Czy naprawdę muszę chcieć rzeczy? Przecież ich nie potrzebuję

Brak potrzeby kupowania i posiadania - czy to minimalizm, nasycenie dobrami, a może pierwsze oznaki starzenia się?

Złapałam się na tej myśli kilka dni temu, idąc przez rozświetlone centrum handlowe, pełne ludzi chodzących od sklepu do sklepu z naręczami toreb i obłędem w oczach przy akompaniamencie dyskretnej muzyki. Myśl brzmiała: "jak wiele jest tu rzeczy, kompletnie do niczego mi nie potrzebnych”. Nie był to pierwszy raz. Podobna refleksja przyszła zaledwie parę dni wcześniej, podczas pobieżnej prasówki (pobieżnej, głównie ze względu na to, że nie ma tam co czytać, a przerzucenie nawet kilkudziesięciu stron ładnych obrazków zajmuje przecież moment) błyszczących i kolorowych czasopism "Vogue” i "Grazia”. Leżały w redakcji, to zajrzałam. A w środku - nowe odkrycie w dziedzinie pielęgnacji włosów, już nie olej arganowy, a olej marula zamieni suchy kołtun w powabne loki. Nowy tusz, który za jedyne 200 złotych pogrubi i wydłuży rzęsy i sprawi, że zmienisz się w księżniczkę i diwę, a wszyscy będą w szoku. Torebki za 2000 złotych, ologowane tak, że wstyd by mi było z czymś takim gdziekolwiek chodzić, okulary przeciwsłoneczne za prawie 800 złotych, które pewnie tak samo bym porysowała jak te za 30 i obłędnie piękne złote opaski Dolce&Gabbana, których nie miałabym gdzie nosić. Gorące hity sezonu, które wyjdą z mody w następnym sezonie, "letnie must have” i limitowane wakacyjne edycje kosmetyków. I wiele, wiele innych rzeczy, które koniecznie musisz kupić tego lata, bo... no właśnie nie wiem, dzieci będą na twój widok płakać, a dorośli odwracać wzrok z politowaniem i odrazą?

Od takiej pięknej opaski człowiek od razu patrzy jakoś optymistycznie w przyszłość. Zaraz, zaraz, niebieskie brwi?! (Fot. Natalia Sosin)Od takiej pięknej opaski człowiek od razu patrzy jakoś optymistycznie w przyszłość (Fot. Natalia Sosin)

To nie tak, że nie lubię mieć i kupować ładnych rzeczy. Wręcz przeciwnie - uwielbiam! Otaczanie się ładnymi przedmiotami, kolorami, materiałami, jest dla mnie warunkiem pewnej higieny psychicznej. Nie czuję natomiast potrzeby kupowania rzeczy, które mistrzowie marketingu próbują wciskać jako niezbędne.

Podobną pustkę w głowie, jak we wspomnianym centrum handlowym, miałam, gdy mój narzeczony zapytał, co bym chciała dostać na urodziny. Nie wiem. Nie mam materialnych potrzeb, jestem szczęśliwa i mam wszystko, czego może chcieć zwyczajny człowiek. "Ale na pewno musi być coś, co byś chciała mieć!” - rzuciła koleżanka, gdy podzieliłam się z nią owym spostrzeżeniem. Naprawdę? Musi?

Klasyka zawsze w modzie

Nie wiem nawet, kiedy moje podejście się zmieniło. Kiedyś chyba bardziej potrzebowałam rekompensować sobie długie godziny spędzane w pracy i długie lata dorastania w ubogiej rzeczywistości. Tak jak wiele osób, które tygodniami zasuwają w korporacjach czy innych biurach, a w weekend idą na zakupy, żeby choć przez chwilę poczuć, że coś z tej harówki mają. Ale przychodzi taki moment, że człowiek ma tyle ciuchów, że mógłby spokojnie chodzić w nich latami, zakładając że nie przytyje i nie schudnie drastycznie, oraz że ubrania nie są byle szmatkami, które stracą fason i kolor albo zmechacą się po kilku wyjściach i praniach. Podobnie jest ze sprzętami. Mam wspaniały aparat, który dostałam na urodziny kilka lat temu od mamy i brata, laptop, który śmiga jak trzeba, nie potrzebuję wielkiego telewizora, ani samochodu. Nie ulegam promocjom w sieci, często wrzucam coś do koszyczka wirtualnego, po czym stwierdzam - zobaczę jutro, czy będę jeszcze tego chciała. I zazwyczaj "jutro” stwierdzam, że w sumie nie jest mi to coś jakoś bardzo potrzebne.

Nie nazwałabym tego "filozofią minimalizmu”, dążeniem do osiągnięcia zen, ani żadnym innym, równie górnolotnym określeniem. To nie jest także wyznanie neofity. Nie miałam nigdy problemu z uleganiem szałowi konsumpcji, ubrania nie wypadały na mnie z szafy, buty nie wołały o stworzenie im osobnego pokoju. I nie zdarzyło się nic spektakularnego, co powiedziałoby mi STOP. Po prostu jakoś tak mi się porobiło, że nie potrzebuję i coraz częściej łapię się na tym, że gdy ulegnę chwilowemu pragnieniu i kupię na przykład jakiś super-mega-ekstra zachwalany kosmetyk, to on zazwyczaj po kilku lub kilkunastu użyciach ląduje na półeczce i łapie kurz. Ale minimalistką nie jestem, bo nie mam tendencji do wyzbywania się rzeczy, chodzenia w pięciu zestawach ubrań i opróżniania mieszkania z niepotrzebnych przedmiotów. Umiem wiele rzeczy zrobić sama i często wolę nie kupować, a zrobić coś (na przykład uszyć), bo to mi sprawia przyjemność.

To co to jest? Nasycenie? Praktyczne podejście? Zachwalana przez trenerów życia uważność? A może po prostu to z wiekiem przychodzi?

Więcej o: