Matka ze smartfonem to zło

Smartfony ogłupiają nasze dzieci, a rodzice zamiast poświęcać czas dzieciom, gapią się w ekrany swoich telefonów - takie panuje przekonanie. Tymczasem dla nas pisze matka dwójki dzieci, która "ma smartfona i nie zawaha się go użyć". Bo smartfon to może niekoniecznie wcielone dobro, ale z tym złem też nie przesadzajmy.

Matka ze smartfonem to zło. Ojciec też, chociaż trochę mniej. Tak przynajmniej zgodnie piszą internety. Matka uciszająca dziecko smartfonem to też zło i to do kwadratu. Takie uciszanie w linii prostej prowadzi do a) ciamajdowatości dziecka, b) zostania zwyrodnialcem internetowym w przyszłości, c) utraty połowy zdolności mózgu do czegokolwiek - źródło to oczywiście internety.

Jak to się ma do rzeczywistości? Nijak. Jestem matką dwójki dzieci, mam smartfon i nie zawaham się go użyć. W różnych sytuacjach jest on bardzo przydatny, nawet wtedy, gdy dzieci są w pobliżu. Być może mają w głowie zło, ale jednak nie sądzę.

Sam smartfon nie jest narzędziem złym, tak jak nóż nie służy tylko do zabijania. To jest pewne narzędzie umożliwiające szybszy, łatwiejszy i lżejszy (także fizycznie) dostęp do różnych innych narzędzi. Tylko sposób jego wykorzystania i ilość poświęconego nań czasu może być zła, a nie samo jego posiadanie i używanie w ogóle.

Smartfon i witaminy / fot. Agata UhleSmartfon i witaminy / fot. Agata Uhle

Przykład 1. Jestem na placu zabaw z czterolatkiem. On ma swój świat i uczy się nawiązywać relacje z innymi dziećmi. Umie już korzystać z większości sprzętów na placu zabaw, a ja nie jestem matką-helikopterem kontrolującą każdy krok mojego dziecka. Ważne, że mam je na oku. Powierzchnia jest bezpieczna, sprzęty także, plac zabaw ogrodzony i zamknięty. Dzieci bawią się razem, chcą się bawić godzinę, a może i dwie. Ja siedzę na ławce raz na parę minut zerkając na dzieci. Mam czas, nie przyszłam tutaj przypadkiem, tylko właśnie w celu wybiegania dziecka (o wspaniałym wpływie placu zabaw na rozwój dziecka możecie przeczytać na przykład tutaj), zatem nie mam potrzeby opuszczać ławki za 10 minut. Nudzi mi się. Mogę zabrać z domu książkę, gazetę, 1000 panoramicznych albo inny czasoumilacz. Ale po co? Mam smartfon, a w nim to wszystko i jeszcze więcej.

Wreszcie mam czas bez sterczącego i znudzonego czterolatka na to, żeby odpisać na mail, zapłacić rachunki (tak, zdarza mi się zrobić to na placu zabaw), kupić na allegro namiot i przeczytać dwa artykuły o książkach. Jestem z dziećmi w domu cały dzień, nie chodzą w tej chwili do przedszkola. To naprawdę najlepszy moment. Cały czas mam na oku dziecko, a ono się bawi z innymi dziećmi, nie wymaga mojego sterczenia nad nim i mówienia „A może pójdziesz teraz na karuzelę, a może teraz wejdziesz na zjeżdżalnię”. Jeżeli są momenty, kiedy dziecko prosi mnie o pomoc (bo ścianka wspinaczkowa jest trochę za trudna, asekuruję więc), chowam smartfon do kieszeni. Po chwili wracam na ławkę, dalej załatwiam jakieś sprawy. Kiedy wracamy do domu, trzymając się za ręce, rozmawiamy o tym, co było fajnego na placu zabaw, kogo poznało, jak się bawiło. Smartfon jest już dawno w kieszeni, nie przeszkadza mi w relacjach z dzieckiem. Ach - i zrobiłam mu w międzyczasie zdjęcie, takie z zaskoczenia i niepozowane, takie jakie lubię najbardziej, a ono niczego nieświadome, nie popisywało się i nie stroiło głupich póz i min. Matka ze smartfonem to zło?

Fota z ukrycia / fot. Agata UhleFota z ukrycia / fot. Agata Uhle

Przykład 2. Muzeum Ewolucji PAN. Mamy ze sobą książkę o dinozaurach, oglądamy eksponaty. Niestety w naszej książce brak informacji o tarbozaurach i odkryciach paleontologicznych na pustyni Gobi. Czytam cicho dziecku opisy muzealne. Jest tego sporo, ja nie umiem wszystkiego zapamiętać, tym bardziej że moja fascynacja dinozaurami jest udawana na potrzeby dziecka, które bardzo te pradawne gady kocha. Po ponad godzinie opuszczamy muzeum. Pamiętam trochę o tych tarbozaurach, ale nie wszystko. Wsiadamy do metra, przed nami dwudziestominutowa droga do domu. I zaczyna się quiz „100 pytań o tarbozaurach”. Książka w plecaku jest nieprzydatna, a smartfon owszem. Szukam szybko informacji i zdjęć, pokazuję zainteresowanemu malcowi, odpowiadam na jego pytania rzeczowo i zgodnie z prawdą. Rozwijam się i ja, bo pamiętam teraz o tych gadach dużo więcej. Matka ze smartfonem to zło? I jeszcze uciszyła dziecko za jego pomocą! Masakra!

Dla równowagi podam przykład 3. Dziecko ma mniej niż rok, siedzi w wózku. Matka przepchała je na plac zabaw (ten wcześniej opisany, z wydzieloną częścią dla maluchów), usiadła na ławce, ale dziecka z wózka nie wyciągnęła. Wyciągnęła za to smartfon. Włączyła sobie skype i na cały głos gada na tej ławce z ojcem dziecka, które bardzo chce zobaczyć tatę, ale nie może, bo siedzi w wózku. Zaczyna się irytować i marudzić, wyciągać ręce, a matka na to „No co jesteś taka niegrzeczna, siedź spokojnie, masz tu zabawki” - i daje dziecku grzechotkę. Dziecko dalej się wierci, chce zobaczyć tatę, którego słyszy. Ja też słyszę i pozostałe dwie ławki też. Matka dalej gada, w międzyczasie uciszając dziecko. Tak mija jakieś 10 minut. W końcu matka kończy rozmowę słowami „To pa. Kończę, bo się gadać nie da, ta Maryśka taka niegrzeczna!”, a do dziecka mówi „Widzisz, byłaś niegrzeczna, w takim razie nie pobawisz się na placu zabaw. Wracamy do domu!”. Chowa smartfon do kieszeni, nadal nie wyciąga dziecka z wózka, odwraca się na pięcie i pcha wózek, zapewne do domu. Tak! Matka ze smartfonem to zło!

Mądrze wykorzystany smartfon w rękach rodzica to dla dziecka dłuższy czas spędzony na placu zabaw, mniejsza uwaga poświęcona przez rodzica, a co za tym idzie - rozwój samodzielności i umiejętności interpersonalnych, czas na beztroską zabawę. A dla rodzica to oszczędność kręgosłupa, bo nie dźwiga kilogramowych książek. Chociaż podobno odcinek szyjny jest narażony na ajfonowe krzywizny i androidowe uciski.

Dziecko śpi, zła matka nie buja, a czyta / fot. Agata UhleDziecko śpi, zła matka nie buja, a czyta / fot. Agata Uhle

Co do przyciszania dziecka smartfonem mogłabym podać równie obrazowe przykłady, ale się powstrzymam. Nie uważam, że nowe technologie (w minimalnej dawce oczywiście i pod ścisłym nadzorem rodziców) mogą zaszkodzić dziecku, za to czasem pomagają rodzicom załatwić naglącą sprawę bez dużej dozy jęczenia. Proszę nie zganiajmy zła, znieczulicy, niewłaściwych zachowań społecznych młodzieży na to, że jako dziecko mogli raz na jakiś czas pograć w Angry Birds. To zawsze jest wina nas - dorosłych, bo to my ustalamy zasady korzystania z tych diabelnych narzędzi. I to my tłumaczymy na czym polega życie.

Agata Uhle

*Agata Uhle - zawodowo głównie copywriterka, prywatnie mama Ryśka i Celi. Uwielbia czas spędzany z dziećmi, bo może wtedy znowu być jednym z nich. Wspólne chwile opisuje na blogu "Kreski, kropki i fikołki". Dla przyjemności pisze, na razie do szuflady. Lubi paprykę, książki i nowe technologie.

Więcej o: