Ustępowanie dzieciom miejsca w komunikacji miejskiej - kolejna bitwa na froncie codzienności

"Ja rozumiem, że kobiecie w ciąży albo staruszkowi czy inwalidzie, ale dziecku? Niby dlaczego?" - pytają oburzone kobiety. Ustąpilibyście trzylatkowi miejsca w tramwaju albo autobusie?

Tramwaj zwany nieporozumieniem (fot. foch.pl)Tramwaj zwany nieporozumieniem (fot. foch.pl)

Sądząc po emocjach, jakie wzbudzają dyskusje na temat tego, jak traktować najmłodszych pasażerów, obecność ludzi młodszych w środkach komunikacji miejskiej to jeden z największych problemów pierwszego świata, a przynajmniej naszego, polskiego podwórka. Nie tak dawno temu pewien ojciec opisał (i nakręcił) swoje przygody związane z miejskimi podróżami z synem w wózku. A to kierowca nie opuści podwozia w autobusie do tego przystosowanym, a to współpasażerowie zaniepokojeni zapytają, gdzie jest matka tego dziecka? Teraz mamy nowy dramat.


Te dzieci bez wózków, małe cholery, terroryzują biedne, sterane trzydziestolatki wracające ze swej zmiany w korpofabryce, wymuszając miejsca. Czasem wymuszają już samą swoją mikroobecnością. Wsiadają i nagle pół autobusu się zrywa, by ustąpić im miejsca. Czasem po prostu stoją tak sugestywnie obok. I stoją, i stoją, i czujesz ten ciężar spojrzeń na sobie. One stoją, a ty siedzisz. Niby wszystko się zgadza, a jednak presja społeczna zaczyna cię swędzieć i wstajesz, i czujesz się taka poniżona i sterroryzowana. Najgorzej jednak, kiedy zaczynają się domagać miejsca. "Chcę usiąść, buuuuuu, chcę usiąść". Takim to już na bank nie ustąpisz. Patrzysz dyskretnie co się dzieje dalej - wstaje staruszka, oddaje swoje miejsce. I wtedy zalewa cię krew, no co za skandal! Żeby starsza osoba ustępowała maluchowi?! Przecież jest młody, da radę. Ma ze trzy latka, trzy i pół, no, może pięć. Postoi sobie. Takie dzieci to przecież mają więcej siły niż niejeden dorosły! Chamstwo!

Jasne. Dzieci mają cholernie dużo siły. Potrafią przez 40 minut drzeć się w knajpie o to, że rodzice im nie dali naleśnika (a może właśnie jadą autobusem do knajpy, żeby się powydzierać? Hmmm?). Potrafią biegać, skakać i dewastować mienie, na przykład kolekcje znaczków po dziadku. Mogą śpiewać, jak pokręcone tę samą piosenkę przez następne dwie godziny. A klęczeć na grochu albo stać pod ścianą, to nie łaska?

Dziś o dobry groch coraz trudniej, może stąd pomysł, by zamiast zdrowo sobie pospacerować wzdłuż arterii, jednak wozić je autobusami? Niech tam uczą się wytrwałości, niech wąchają cudze dupy i oswajają się z faktem, że za dwadzieścia parę lat, aby dobrze sobie radzić w pracy, będą musiały dupy całować.

Z internetowych komentarzy wynika, że w kolejce do dna społecznego podróżującego komunikacją miejską dzieci są drugie. "To może jeszcze mam żulom ustępować?!" , zapytała zbulwersowana użytkowniczka, tym samym brawurowo unikając jasnej deklaracji odnośnie tego, czy ustępuje tym dzieciom, czy nie. Ja się nie dziwię, małe dziecko ma coś z żula, zwłaszcza jak jedzie tym samym autobusem. Po pierwsze łatwo wejść z nim w interakcję, a skutki mogą być opłakane. Dosłownie. Po drugie nigdy nie wiesz, kiedy zacznie wrzeszczeć, po trzecie - lepiej się odsunąć, bo w każdej chwili może ci narzygać na buty. Wiadomo.

Poza tym jazda autobusem, tramwajem, czy kolejką podmiejską NA STOJĄCO może dać dzieciom same plusy. Uczy balansowania ciałem. Wywróciło się? No trudno, następnym razem może takie dziecko lepiej się złapie barierki albo nauczy się reagować właściwie. Taka trochę fizyka w pigułce. Masa, przyspieszenie, grawitacja, siła odśrodkowa, te sprawy. Skoro dzieciak i tak stoi i nic nie robi w tym środku transportu publicznego (zwanym często "zbiorkomem") można mu przy okazji zrobić wykład, niech ma.

Czego jeszcze się nauczy? Że życie jest męczące, śmierdzące, a ludzie wkoło nie dbają o to, czy zaraz sobie wybijesz zęby, czy rozbijesz głowę, byleby im było miękko i wygodnie. Że nie warto być cichym i uprzejmym, bo jak zrobisz solidną awanturę, to albo ktoś wymięknie i ustąpi ci to cholerne miejsce albo was zlinczują i wyjdziecie wreszcie z tego cholernego pojazdu. Że zazwyczaj to starsi ludzie wykazują ludzkie odruchy.

Z tymi dzieciakami to są nieustanne problemy. Albo nie zdążysz urodzić, bo byłaś w Paryżu i Tokio, a to z miejsca skreśla z listy bycia matką, albo - co gorsza - zdążysz, ale tylko z in vitro i wtedy ponosisz moralną porażkę. Masz cesarkę, jesteś taka nieprawdziwa, nie karmisz piersią - jesteś wyrodna. Kręcisz się z nim tylko po najbliższej okolicy - mentalnie durniejesz, ty cholerna antyfeministko. Najgorzej jednak jak wychodzisz. Jeśli bez dziecka, do pracy, albo do koleżanek, jesteś suką, wiadomo. Jeżeli jednak wychodzisz z dzieckiem, by ruszyć gdzieś dalej, i - na przykład - wsiadasz do autobusu, wtedy to już w ogóle masz przerąbane (niezależnie od płci - twojej i dziecka).

Na koniec, już bez ironii odpowiem, po co i kiedy warto ustąpić miejsca dziecku? Wyobraźcie sobie, że dzieci, choć są małymi wulkanami energii, nie potrafią zbyt długo wytrwać w jednej pozycji (mówimy o tych małych, do 6 roku życia), na przykład stojącej. Nie mają dobrej koordynacji ruchowej, więc dość łatwo o kontuzje. Siadając stwarzają też mniejsze zagrożenie dla innych - łatwiej się czymś zajmą i dotrą do celu bez marudzenia. Matka siądzie i weźmie takiego na kolana? Podwójny profit, bo zrobi się więcej miejsca dla innych pasażerów stojących, a kobiecina też sobie odsapnie, to że w autobusie stoi, a nie gania w te i we wte, to nie znaczy automatycznie, że "teraz pani ma relaks". Matki dzieci w wieku 0-5 często są bardziej zmachane i zdechłe niż kobiety w widocznej ciąży. Oczywiście, jak nie chcą siadać, to nie ma powodu do uszczęśliwiania ich na siłę.

Mogę jeszcze powiedzieć coś o odruchach dobrej woli: ty będziesz uprzejma/y dla kogoś - powiedzmy matki z dzieckiem - w przyszłości ktoś zrobi coś miłego dla ciebie. Jestem trochę naiwna, ale w moim życiu taka zasada się sprawdza. Nie zawsze dostaję z powrotem dobro od tych samych osób, którym je okazałam, ale tak czy inaczej wraca to do mnie. Nie chodzi o to, by wszystkim, wszędzie i zawsze ustępować, ale o to, by zwracać większą uwagę na tych wokół nas, którym w bardzo łatwy i bezbolesny sposób można trochę ułatwić życie. Oczywiście, zawsze może się okazać, że wszyscy jesteście mizantropami, w tej sytuacji zapraszam na kawę i ciasteczka (mogą zawierać śladowe ilości cyjanku).

Więcej o: