Wszystko, co robisz na Facebooku i myślisz, że jesteś super - a nie jesteś

Fejsbukowi wyjadacze, czyli ci, których życie zaczyna się i kończy na fejsie - kreują się, oddychają, żyją na portalu społecznościowym. Mam jednak wrażenie, że wcale nie do końca panują nad swoim wizerunkiem Nazwałabym to taką ?fejsbukową hipokryzją?, czyli co twoje działania w sieci mówią o tobie, choć wcale tego nie chcesz.

"Ależ z ciebie hipokryta!" - nie ma tu inwektywy, a obraźliwe i boli. Nie lubimy, gdy nam ktoś wytyka, że mówimy jedno, a robimy drugie. Tymczasem na Facebooku dzieje się tak każdego dnia. Fejsbukowi wyjadacze w tym przodują. W sieci budują swoje ja w sposób konsekwentny i przemyślany. Można poznać to po tym, że codziennie wall zapełnia się nowymi treściami, które tworzą bardzo spójny (czyżby?) wizerunek.

W social mediach prowadzimy znacznie lepsze życie, to żadne zaskoczenie. Póki nie publikujemy nic po pijaku lub w afekcie - doskonale kontrolujemy, czego i ile mogą się o nas dowiedzieć nasi sieciowi przyjaciele. Gdy widzimy dziewczynę, co wrzuca tylko i wyłącznie fotki swoich małych dzieci w czterdziestu PRZEZABAWNYCH pozach dziennie czy wystylizowanego wariata, co udostępnia jedynie zdjęcia z jednej imprezy za drugą - wyrabiamy sobie zdanie i prawdopodobnie klikamy opcje "ukryj na moim wallu". O takich hiperirytujących stworzeniach pisała Ania.

Świadomi, że jak nas widzą, tak nam potem dupę obrabiają - pilnujemy więc, by wyważyć rozrywkę, inteligentne i zaangażowane wypowiedzi z wypoczynkiem i rodzinnym tłem. Jest zatem i selfisek z superkoncertu, na którym to dawaliśmy czadu pod sceną, i post zaangażowany politycznie, w którym odnosimy się krytycznie do mądrego artykułu z sieci. Mamy fotkę znad jeziora - jedną romantyczną z ukochanym, drugą odsłaniającą naszą twarz krejzolki - pluski i chichoty z przyjaciółkami. Obowiązkowe zdjęcia zdrowego jedzenia lub - a czemu nie? - kulinarnej rozpusty. Jeśli już foty dzieci - to nie tak po prostu. Takie zdjęcia muszą wyraźnie komunikować, że nasze dzieci są bardziej dziećmi. Albo bardziej dorosłymi. Zależy od trendu.

Lajki też rozdajemy w sposób przemyślany. Jeśli lubimy wszystko u wszystkich, nasze lajki tracą na znaczeniu. By ich waga pozostała słuszna i były doceniane (i odwzajemniane!), rozdajemy je z iście salomonową strategią.

Tobie dam, a tobie nie / fot. wikipedia.comTobie dam, a tobie nie / fot. wikipedia.com

W tym fejsbukowym spektaku "Ja i moje interesujące życie" bawi mnie zawsze jedno i to samo: choć tacy jesteśmy różni i bardzo się staramy nasz indywidualizm podkreślać - wszyscy robimy dokładnie to samo, choć w zależności od naszego fejsbukowego sposobu ekspresji objawia się to na rożne sposoby. Tym wszystkim, czego nie piszemy i nie publikujemy wyrażamy drugie tyle. A tym, co robimy - jeśli nosi to znamiona cykliczności i nieprzypadkowości - mówimy już naprawdę sporo.

Gdy więc z pozorną nonszalancją, luzem i "życzę im jak najlepiej" na ustach lajkujemy wszystkie zdjęcia naszego byłego i jego nowej dziewczyny, wysyłamy dokładnie odwrotny komunikat, niż chcemy. Zamiast "pogodziłam się z tym, że mnie trzy lata temu zostawił" wysyłamy w świat sygnał: "wciąż mnie to kłuje i kontrolnie sprawdzam, czy się przypadkiem nie rozstali. Ale ponieważ jestem WYLUZOWANA, dam im dużo lajków, żeby wiedzieli, że mi to wszystko NIC nie robi. NIC. Nie oglądałam specjalnie, samo mi w oczy wlazło przecież ”

Historia zna przypadki osób, które są wiecznie na diecie i żyją o liściu sałaty, ale ścianę fejsa mają usłaną fotami jedzenia. Nie ma dnia, by nie siedziały w knajpie i nie robiły sobie słodkich fotek z górą żarcia. Może w sumie ma to właśnie taki wydźwięk: wącham, patrzę, ale nie jem.

Gdyby oceniać kondycję niektórych związków po zdjęciach na fejsie - można by uznać, że szczęśliwszych i bardziej dobranych ludzi ziemia nigdy nie niosła. A potem, w realu - jeden wielki foch, nie ma spotkania towarzyskiego, z którego któreś nie wyszłoby obrażone, a na babskich ploteczkach nic tylko: „mam go dość, jest dla mnie okropny”. Może czas zmienić status na fejsie?

Zawsze sobie myślę, że ci wszyscy co to "czekują" się co chwila w nowych, lepszych, bardziej rozchwytywanych i „musisz tam być” miejscach, chodzą na wszystkie premiery sezonu i nie odpuszczają żadnego festiwalu - nie mają chyba miejsca w życiu na życie? Pewnie przemawia przeze mnie zazdrość, bo jestem niebywała i często, gdy muszę wybrać: spokojny wieczór z kieliszkiem wina, kocem i filmem na lapku vs impreza, na której spotkam WSZYSTKICH, a potem pójdziemy razem WSZĘDZIE - nie zastanawiam się ani sekundy, od razu sięgam po koc. Zastanawiam się po prostu - jaki z tego płynie przekaz? "Nie potrafię spędzić chwili w samotności, w oderwaniu od atrakcji?" Ponieważ znam takie osoby z realu - kompulsywnie zapełniające sobie czas ze strachu przed chwilą na odpoczynek i nieuchronną refleksję - tak bym to właśnie zdiagnozowała.

To nie dotyczy oczywiście wszystkich - niektórzy traktują Facebooka jako zło konieczne, dziś przeniosła się tam niemal cała komunikacja, ciężko więc zupełnie się z tego wypisać (mój przyjaciel nigdy nie był na Facebooku i nie chce tam być, choć czasem chyba ma ochotę zrezygnować z uporu, gdy po raz kolejny dowiaduje się o jakimś spotkaniu w ostatniej chwili, a wszyscy mówią - „no co ty, przecież na fejsie od tygodnia się umawiamy”).

Wyjadacze mają pewnie tę ikonkę... / fot. wikipedia.comWyjadacze mają pewnie tę ikonkę... / fot. wikipedia.com

Ja raczej nie jestem fejsbukowym wyjadaczem, bo gdy nie muszę (fejs to jedno z moich narzędzi pracy, stąd mus), mogę tam nie zaglądać wiele dni. Ale grzechy różne też popełniam, nie powiem, że nigdy nie zajrzałam, co tam u byłego na wallu piszczy. Tyle że ja moich byłych lubię i dziś są w kategorii przyjaciół i dobrych kumpli, więc nie wiem, czy to się liczy. Zdjęcia wrzucam czasem, bo lubię komentarze przyjaciół. Za rzadko mamy czas, by usiąść i obejrzeć album ze zdjęciami przy herbacie. A, sorry, w ogóle tego nie robimy. W końcu wszyscy siedzimy na fejsie...

Może jednak, przewrotnie - jako osoba nie do końca z fejsowymi trendami zaznajomiona - zupełnie źle to czytam. Tak naprawdę te wszystkie zabiegi mają głębsze dno, ale do zrozumienia tego trzeba być fejbukowym wyjadaczem?

Więcej o: