Jestem syfiarą! Bałagan nie jest domeną mężczyzn

Utarło się, że od robienia syfu są faceci, a rolą kobiety jest przewracać oczami i gonić takiego ze ścierą. Ja przewracam oczami, gdy słyszę wyrażenie "brakuje tu kobiecej ręki". Bo moja kobieca ręka sieje niezłe zniszczenie. Bałaganiara? To nie to słowo. Ja jestem pierwszą damą syfu.

fot. Pnguyen6224 [CC BY-SA 4.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)]fot. Pnguyen6224/Wikimedia

Syf rodzi się w chwilach, w których wygrywa lenistwo. W syfie nie ma ani odrobiny rockandrollowego glamouru, nie można go nazwać „artystycznym nieładem”. To nie są malowniczo rozrzucone na kanapie ciuszki, ani imponujące sterty ważnych papierzysk piętrzące się na biurku kobiety sukcesu. Prawdziwy syf składa się z całego wachlarza małych, strasznie złych rzeczy, które robisz, a o których nikt nigdy nie powinien się dowiedzieć. Trudno być dumną z tego, że:

1. W progu mojego mieszkania od miesiąca stoi walizka, o którą potykam się za każdym razem kiedy wracam do domu po zmroku. Dorobiłam się już piętnastu siniaków, ale czy to wystarczający powód, żeby wreszcie wyjąć z niej te cholerne klapki i gdzieś ją przestawić? Nie, to absolutnie nie jest wystarczający powód.

2. Zdarzyło mi się obudzić w środku nocy i odkryć, że w lewe biodro wbija mi się coś zupełnie absurdalnego, np. zdjęcie rentgenowskie. Skąd się tam wzięło? Z ręką na sercu - nie wiem.

3. Jedynie sześćdziesiąt procent mojego łóżka to faktyczna przestrzeń do spania. Całą resztę zajmuje, pozbawiona jakiejkolwiek logiki, kolekcja przedmiotów codziennego użytku. Są kable i kabelki, cztery koce, pięć piżam, cholernie dużo książek, mój zmaltretowany komputer, trzy pary okularów (które w nocy migrują pod moje plecy - wiadomo), a także wszystko co odruchowo pieprznęłam na łóżko po wejściu do mieszkania. Właśnie dlatego zdarza mi się wstać rano, dowlec się do wanny i odkryć, że przespałam całą noc z pięciozłotówką przyklejoną do lewej łydki, a pod kolanem patriotycznie odcisnął mi się orzeł biały.

4. Ponieważ „szuflada na bieliznę” to u mnie w domu raczej umowne, dość abstrakcyjne pojęcie, regularnie kończą mi się czyste majtki - zdradziecko, bez zapowiedzi. Spóźniam się wtedy pół godziny do pracy, bo w panice przekopuję się przez wszystkie sterty ciuchów w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku - dołu od kostiumu.

5. O tym, że w poniedziałek rano wstawiłam pranie, zdarza mi się przypomnieć we wtorek wieczorem. Muszę wtedy zupełnie nieekologicznie wyprać wszystko jeszcze raz w pięciu litrach płynu do płukania, żeby nie waliło stęchlizną.

6. Dno zlewu to widok, który rzadko ukazuje się moim oczom. Co zmyję to pobrudzę i pieprznę do zlewu - niech stoi.

7. Jedną z moich codziennych rozrywek jest obwąchiwanie wszystkich produktów spożywczych w lodówce, żeby dociec skąd, do diabła, pochodzi ten toksyczny fetor.

8. Stale mam pootwierane szafki. Nie dlatego, że mam takie dziwaczne upodobania tylko dlatego, że otwieram, a potem na śmierć zapominam o tym, że to zrobiłam. Normalka!

9. Próbując w nocy po omacku dojść do toalety urządzam sobie prawdziwe igrzyska śmierci. Czy na mojej drodze wyrośnie nagle odzieżowy kopiec? Czy moja lewa stopa znów wyląduje na kolczyku? Czy kopnę szklankę z herbatą, którą przed snem postawiłam przy łóżku, bo nie chciało mi się odnieść jej do zlewu? Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. To prawdziwa ruletka.

10. W odpowiedzi na każde pytanie z gatunku „czy mogę u ciebie przenocować w przyszłym tygodniu?” dziarsko odpowiadam: „jasne!”, a potem biorę pięć dni urlopu na żądanie i przez sto dwadzieścia godzin szoruję powierzchnie jak maniaczka. Kiedy w końcu wpuszczam gościa do mieszkania, z udawanym przerażeniem patrzę na samotny talerzyk w zlewie i skruszonym tonem wypowiadam to cholernie wyświechtane „przepraszam za bałagan - nie miałam czasu posprzątać”.

fot. Maria Rocio [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)]fot. Maria Rocio/Wikimedia

„Przepraszam za bałagan” rzadko ma bowiem cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Pada równie często we względnym nieładzie, co w absurdalnie sterylnych przestrzeniach. Jest elementem obowiązkowej kurtuazji, wepchniętym - niby od niechcenia - pomiędzy „rozgość się”, a „czego się napijesz?”. Podstawowe pytanie brzmi: po co przepraszać za bajzel, którego nie ma? Mężczyźni rzadko grają w tę grę. Kobiety wciąż panicznie boją się wyjść na syfiary. Udają więc, że w wypolerowana na błysk kuchnia zasługuje na miano burdelu, tylko dlatego, że na środku blatu stoi solniczka. Kurtkę przewieszoną przez oparcie fotela nazywają pierdolnikiem. A gdyby tak przestać? Zerwać z udawaną pedanterią i niepotrzebną kokieterią? Ja skorzystam z prawa do szczerości, które wywalczył dla mnie dwudziesty pierwszy wiek i przyznam otwarcie: jestem syfiarą.

Nie umiem panować nad swoją przestrzenią. Jestem potworem. Wychowała mnie matka pedantka, która usuwała nieistniejący kurz zanim ktokolwiek inny wpadł na to, żeby polatać trochę ze ścierką. Nie miałam szansy odkryć, że przeszkadza mi syf, bo nigdy go nie zaznałam. Kiedy dorosłam okazało się, że nie potrafię wygospodarować czasu na porządki. Nie umiem uczynić jednego z dwóch cennych jak złoto wolnych dni w tygodniu Dniem Mycia Kibla i Szorowania Wanny. Jednocześnie jestem zbyt leniwa, żeby sprzątać na bieżąco. Lenistwo jest tutaj słowem kluczem. Skrajne lenistwo. Takie, które sprawia, że gdy brudny od tuszu do rzęs wacik spadnie mi na podłogę, muszę ostro ze sobą negocjować, żeby schylić się po niego od razu. A nie, dajmy na to, jutro. Bądźmy szczerzy - nie ma dla mnie nadziei.

Nie szukam też rozgrzeszenia. Wiem, że całe moje mieszkanie z powodzeniem można by odgrodzić od reszty klatki schodowej taśmą policyjną. Że gdyby wpuścić tam ludzi w białych kombinezonach, to pewnie trafiłabym za kratki z podwójnym wyrokiem za zanieczyszczanie środowiska i estetyczną patologię. Nie będę się usprawiedliwiać i kłamać, że lubię ten mój bałagan. Kiedy ludzie mówią, że lubią bajzel, nie mają zazwyczaj na myśli nic w rodzaju „lubię czasem zapomnieć o herbacie i patrzeć jak kubek zakwita mi pleśnią” albo „nieświeża, przepocona pościel - to jest to!”. Ja też nie jestem wyjątkiem. Świetnie czuję się w ładzie i cholernie wstydzę się syfu, który wokół siebie wytwarzam. Czasem nachodzi mnie myśl, że jeśli kiedyś wyjdę z domu i wpadnę pod samochód, to ktoś obcy wejdzie do mojego mieszkania, a świat pozna straszliwą prawdę na mój temat. I będzie siara. To przeraża mnie bardziej niż śmierć pod kołami samochodu.

fot. Sugar Pond [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)]fot. Sugar Pond/Wikimedia

Najbardziej jednak z równowagi wyprowadza mnie to, że bałaganu muszę się wstydzić mniej jako człowiek, a bardziej jako kobieta. Czasem mam wrażenie, że wyrosłam na bałaganiarę na złość wszystkim karcącym głosom, według których „dziewczynka powinna dbać o ład wokół siebie” i na przekór wszystkim, którzy ostrzegali, że „żaden facet nie zechce bałaganiary”. Nie wiem, czy bałaganiarstwo aż tak mnie odczłowiecza, czy rzeczywiście czyni ze mnie wadliwy towar. Może zwyczajnie jestem żywym dowodem na to, że nie wszystkie kobiety rodzą się z genem schludności. Nie szukam usprawiedliwienia dla patobałaganiarstwa, ale dziwi mnie, że to wciąż takie tabu. A przecież obok kobiet, które namiętnie robią test białej rękawiczki żyje mnóstwo innych - takich, które w ukryciu, mistrzowsko zachowując pozory, robią wokół siebie najzwyklejszy w świecie syf.

Więcej o: