"Wpuściłem bohaterów do naszego świata". Powstańcy wrócili na ulice Warszawy w niezwykłym projekcie fotograficznym

Trzech powstańców z karabinami stoi na rogu ruchliwej warszawskiej arterii, mijają ich modnie ubrane dziewczyny, a obok przejeżdżają nowoczesne samochody. Tylko na fotokolażach Marcina Dziedzica w albumie ?Teraz '44 historie? przeszłość i teraźniejszość mogą się spotkać i współistnieć.

Zdaniem wielu przyjezdnych Warszawa to brzydkie miasto, jak pan reaguje na takie opinie?

- Po części się z nimi zgadzam. Nie mam nabożnego stosunku do każdej sterty kamieni. Warszawa jest, jaka jest - są miejsca bardzo ładne i takie, gdzie jest obrzydliwie. Warszawiacy właśnie za to lubią swoje miasto. Poza tym z roku na rok stolica ładnieje.

Nie można jednak zaprzeczyć, że sto lat temu było tu ładniej...

- Estetycznie tak, ale czy mieszkało się fajniej? Niekoniecznie. W 1939 r. to było najgęściej zaludnione miasto w tej części Europy. W Śródmieściu wszyscy żyli na kupie. Nie sądzę, by pachniało piękniej niż teraz...

Warto przypominać tym, którzy sarkają na szpetotę stolicy, że spora część miasta uległa zniszczeniu w trakcie powstania i tuż po nim. Warszawa ma blizny.

- I to spore. Nawet dziś wystarczy się dobrze przyjrzeć, by je zauważyć. Są budynki z dziurami po kulach.

Kiedy poczuł pan, że chce zrobić projekt fotograficzny, w którym w zdjęcia pokazujące współczesną stolicę zostaną wmontowane kadry powstańcze, przypominające o tym, co się działo na tych ulicach?

- Najpierw pojawił się pomysł, jako sama możliwość techniczna: Przecież coś takiego można zrobić! Fajnie by to wyglądało. Ten pomysł sobie żył, chodziłem, dzieliłem się nim ze znajomymi, ale na tym się kończyło. Dwa lata temu w czerwcu zadzwonił do mnie znajomy, że idzie nakręcić reklamę jakiejś akcji dla Muzeum Powstania Warszawskiego i powiedział: Może pokazałbyś dyrektorowi swój projekt? Najpierw się ucieszyłem, a potem mnie zmroziło, bo poza pomysłem nie miałem wtedy nic. Zostały mi trzy dni, by wybrać archiwalne zdjęcia z internetu, dotrzeć w miejsca uwiecznione na nich i zrobić współczesne fotografie. Zrobiłem cztery zdjęcia, następne dwie noce spędziłem, pracując w Photoshopie i to składałem. Wyszło nawet nieźle. Dyrektorowi Ołdakowskiemu się spodobało. Dostałem dostęp do zasobów Fototeki i kontakt do ludzi, którzy tam pracują. Razem szukaliśmy tych miejsc, czasem trzeba było poprawić coś w archiwach, skorygowałem kilka opisów w Fototece, bo albo kierunek inny, albo numer kamienicy zły.

Dziewczyna z lusterkiem została sfotografowana przez Eugeniusza Lokajskiego ps. Brok w połowie września 1944 roku, na rogu ul. Złotej i Zgody (fot. Marcin Dziedzic)

Po przygotowaniu kilkunastu zdjęć poczułem, że nie zdążę wszystkiego skończyć na sierpień. A na pewno nie w takiej formie, jaka mi się wymarzyła. Potrzebowałem więcej czasu, niektóre ujęcia trzeba było wykonać ponownie, bo było złe światło, zły kąt. Daliśmy więc sobie rok na zrobienie wszystkiego na spokojnie. W ubiegłym roku odpaliłem projekt w internecie i bardzo fajnie to wybuchło, gruchnęło i rozniosło się. Stwierdziłem, że zmontuję drugie tyle kadrów i będę mieć w sumie 44 zdjęcia. Potem - albo wystawa, albo album.

W rozmowie otwierającej książkę „Teraz '44 historie” wspomina pan, że robił zdjęcia nie tylko w określonym miejscu, ale też o określonej porze.

- Chodziło o to, by ujęcie było wykonane dokładnie w tym samym miejscu i czasie. Patent polega na tym, że jak człowiek siedzi i dłubie w Photoshopie, to stara się stworzyć inny realizm, podrobić rzeczywistość. Jego warsztat może być ogromny, ale reakcja odbiorcy - zerowa, bo ten odbiorca widzi coś, co powstało w komputerze. Albo ulega tej iluzji, albo - jeśli jedna z rzeczy jest źle zrobiona - cały czar pryska. To może być długość cienia, oświetlenie. Za pierwszym razem działałem trochę na czuja. Zdjęcia miałem na tablecie, tak bym mógł, patrząc na nie, określić, jak mam się ustawić z aparatem. W porę dnia trzeba było wcelować „na oko”. W drugiej turze, czyli w ubiegłym roku, znalazłem bardzo pomocną aplikację. Wpisuje się w niej konkretne daty, choćby 1 września 1944, następnie przesuwa się palcem cień w określonym kierunku i mamy wyliczone, o jakiej godzinie zdjęcie zostało zrobione. I to się sprawdzało w terenie. Przy pochmurnych ujęciach nie było tego problemu, więc miałem osobno zbiór z pochmurnymi zdjęciami i tymi słonecznymi.

Obecność z aparatem w tym samym miejscu i o tej samej godzinie co bohaterowie archiwalnych fotografii powoduje też, że to działanie nabiera bardziej metafizycznego charakteru, prawda?

- Zdecydowanie, choć niekiedy nie było to idealnie to samo miejsce. Decydowały względy techniczne, bo wojenni fotografowie mieli inny sprzęt i inne obiektywy. Czasem zależało mi też, by po prostu być na tej samej osi, ale uchwycić więcej miasta. Bardzo chciałem na przykład wejść na dach budynku, z którego zrobiono wykorzystane na okładce albumu zdjęcie Prudentialu, najwyższego budynku przedwojennej Warszawy. Długie tygodnie walczyłem z administracją o zgodę. Kiedy już udało się uzyskać właściwy dokument, okazało się, że aby wyjść na dach tej kamienicy, muszę iść z drugim człowiekiem i z alpinistycznym zabezpieczeniem. Potem znów mi odmówiono. Wreszcie pani, którą od miesiąca maglowałem w tej sprawie, powiedziała, że przecież po wojnie dobudowano tam piętro, i jeśli chcę być dokładnie w tym samym miejscu, to trzeba po prostu dostać się do mieszkania na ostatnim piętrze. Z pewnymi perturbacjami, ale w końcu się udało. Robiąc stamtąd zdjęcie, nie trzymałem się komina jak fotograf, który uchwycił wybuch. Stałem natomiast przy tej samej ścianie, po której biegnie przewód kominowy. Jest w tym trochę magii, ale największa magia wychodzi na zdjęciach.

(fot. Marcin Dziedzic)Powstaniec na zdjęciu to Stefan Szempliński ps. Stefan z kompanii "Anna" batalionu "Gustaw". Stoi na ul. Jasnej. Fotografię zrobił Wiesław Chrzanowski. Był 5 października 1944 r. (fot. Marcin Dziedzic)

Hasło „powstanie warszawskie” albo powołanie się na Muzeum Powstania Warszawskiego nie otwiera wszystkich drzwi?

- Czasem to pomagało, ale nie zawsze. Miałem też ciekawe sytuacje konfrontacji z ludźmi. Raz facet, osiłek taki, 150 kilo żywej wagi, przybiegł do mnie truchtem z drugiej strony ulicy i powiedział, że mnie zabije za to, że robię mu zdjęcia z ukrycia. Były miejsca, gdzie nieustannie trafiałem na pijaczków i musiałem im cierpliwie tłumaczyć, o co mi chodzi. Jedna pani minęła mnie i wróciła za chwilę, by z odległości pół metra zacząć robić mi zdjęcia telefonem, „bo ja też ją fotografowałem”.

Czy nie myślał pan, że ci fotografowie powstańczy byli jednak szaleni, biegając tak z aparatem w ogniu walk partyzanckich?

- Oczywiście, że tak, chociaż my jesteśmy dziś przyzwyczajeni do tego, że fotoreporterzy wojenni to takie psy wojny. Pchają się prawie pod kule, by zrobić zdjęcia wybuchów, trupów. W tamtych czasach było to nieco inaczej zorganizowane. Fotografów wynajmowano w celach propagandowych. Najwięcej jest zdjęć, na których nie widać walki i ludzi, ulice są puste. Dokumentowano przede wszystkim ogrom zniszczeń dokonanych przez Niemców oraz portretowano dzielnych powstańców. Ewentualnie można znaleźć ujęcia ludzi kryjących się po podwórkach, które są z kolei nie do odróżnienia. Mnie natomiast zależało na tym, by mieć w kadrach i powstańców, i miasto. Te zdjęcia były w większości pozowane. Fotograf brał takiego chłopaka czy dziewczynę i mówił im: Chodź, zrobię ci zdjęcie. Powstaniec wyciągał giwerę, patrzył się w obiektyw. To nie są fotografie dokumentujące powstanie, tam nie ma trupów. Oczywiście w archiwum są ujęcia zwłok na ulicach. W tym projekcie chodziło mi o coś innego niż pokazywanie śmierci. To rodzaj hołdu dla bohaterów. Dzięki nowym środkom technicznym chciałem ich wpuścić do naszego świata.

Na wybranych przez pana archiwalnych zdjęciach widać powstańców. Często są to kadry „zza kulis” powstania - przed akcją albo tuż po niej. Na przykład ujęcie grupki młodych uśmiechniętych ludzi stojących na powalonym drzewie...

- Ci są uśmiechnięci, bo przeżyli. Im się udało.

(fot. Marcin Dziedzic)Żołnierze batalionu "Iwo" na posterunku w przejściu przy barykadzie na ul. Marszałkowskiej. Autorem oryginalnego zdjęcia jest Marian Grabski "Wyrwa" (fot. Marcin Dziedzic)

Kiedy się montuje te zdjęcia ze współczesnymi fotografiami, ważne jest przede wszystkim to, żeby zgadzały się detale, cienie, linie budynków, oświetlenie. Ciężko o spojrzenie z dystansu. Są wśród tych kolaży zapewne takie, które efektem końcowym zaskoczyły także i pana.

- Zgadza się. Były fotografie, które wydawały mi się pewniakami, ale wychodziły słabo albo nie wychodziły wcale. Jest takie zdjęcie zrobione nieopodal Politechniki. Uwieczniono na nim wysoką barykadę, a za nią lej. Tam nie udało mi się zrobić zdjęcia. W poprzek stała półciężarówka. Wszystko zasłaniała, a w żaden sposób nie mogłem wyciąć jej z kadru. Były też zdjęcia niepozorne, które wyszły nastrojowo. Jedno z moich ulubionych zostało wykonane na ulicy Wareckiej, która jest bardzo klimatyczna - w tle widać dziś nową Warszawę, ale same zabudowania przy niej niewiele się zmieniły. Na fotografii powstaniec oparty o mur pozuje z parabelką [rodzaj krótkiej broni palnej - przyp. red.], bardzo fajnie odbija się w lusterku samochodu, z którego wysiada robotnik w podkoszulku. Na tym zdjęciu wszystko się zgadza i efekt pozytywnie mnie zaskoczył.

Drugie takie zdjęcie to fotografia spod odbitej przez powstańców PAST-y, jednego z ważniejszych budynków stanowiących obiekty strategiczne w stolicy. Byłem tam trzykrotnie, żeby zrobić zdjęcia. Pierwszy raz przyszedłem z marszu. Liczyłem, że to, co sfotografowałem, jakoś się dopasuje, ale się nie udało. Drugi raz robiłem ujęcia z przyklęku, w górę. Okazało się jednak, że perspektywa rozchodzi się zupełnie inaczej. Za trzecim razem już się prawie poddałem, bo nic nie chciało się na tym zdjęciu zgodzić.

Może łatwiej byłoby to zgrać, gdyby zdjęcia były w jednym kolorze? Nie myślał pan o tym, by kolaże były w całości czarno-białe, a granice między przeszłością i teraźniejszością zatarte?

- Chodziło właśnie o to, by tych granic nie zacierać. W muzeum pokazano mi podobny, ale czarno-biały projekt, który zrealizowano kilka lat wcześniej - „Miasto Feniksa”. To było coś zupełnie innego, niż chciałem. Nasza rzeczywistość jest kolorowa. Tamta, powstańcza, też taka była, ale została uchwycona w czerni i bieli, więc do takiej się przyzwyczailiśmy. Od początku wiedziałem, że na moich zdjęciach zostanie kolor oraz czerń i biel. Cała sztuka polegała na tym, by połączyć ten kolor z czernią i bielą tak, by obserwator wiedział, gdzie kończy się stare, a zaczyna nowe. A jednocześnie miał poczucie, że to jest to samo miejsce. Te rzeczywistości musiały do siebie idealnie pasować. Pozwoliłem sobie na pełną magię, gdy zwróciłem się do ludzi, by przysyłali zdjęcia ze swoich rodzinnych archiwów - dziadków, babć, pradziadków, powstańców. Na dwóch kolażach sprawiłem, że świat z przeszłości dotknął świata teraźniejszego. Na większości zdjęć te światy „przechodzą obok siebie”, a w przypadku krewnych poprosiłem o zapozowanie. W efekcie prawnuczek z pradziadkiem „widzą się” na tych fotografiach. Pytałem, czy tym młodym potomkom powstańców to nie przeszkadza. Kiedy zobaczyli efekt końcowy, byli poruszeni.

Jedno z dwóch zdjęć na których świat z przeszłości dotknął teraźniejszego - dziewczyna z powstania ze swoją krewną  (fot. Marcin Dziedzic)Jedno z dwóch zdjęć, na których świat z przeszłości dotknął teraźniejszego - dziewczyna z powstania ze swoją krewną. Dziewczyną jest sanitariuszka Izabela Wilbik "Iza"(fot. Joachim Joachimczyk, 1 września 1944 r.). Rękę na ramieniu kładzie jej siostrzenica, Małgorzata Koszelew (fot. Marcin Dziedzic)

Taki projekt to chyba fajny sposób dotarcia do młodych ludzi, opowiedzenia im o historii w sposób bardzo sugestywny, a jednocześnie nieuciekający się do patosu.

- Nie tylko do młodych. Przecież dla większości odbiorców powstanie warszawskie jest jedynie faktem historycznym, nie przeżyli go. Nie wiem, na ile uczyli się o tym w szkołach, na ile potrafią sami uruchomić wyobraźnię. Tu nagle widzą zmontowane zdjęcia i zdają sobie sprawę, że w tym samym miejscu, gdzie przesiadywali np. na wagarach, wiele lat wcześniej pojawili się ich rówieśnicy, idący z bronią na Niemca. Ten efekt działa na każdego. Starsi ludzie też mi mówią, że na przykład uliczką ze zdjęcia chodzili przez lata do pracy, a od kiedy obejrzeli mój projekt, już zawsze będą widzieli tam tego powstańca ze starej fotografii.

A co z ludźmi, którzy nie mieszkają w Warszawie i mają poczucie, że historia powstania warszawskiego to nie ich historia? Myśli pan, że taki projekt zmotywuje ich do refleksji?

- Póki co „Teraz '44 historia” oglądali przede wszystkim ci, którzy i tak zdawali sobie sprawę z tego wszystkiego, co się wydarzyło. Po dwóch tygodniach zauważyłem, że jest to miejsce - jak na internet - wyjątkowe, bo nie miałem hejterów. Nawet jak się jakiś głupek pojawił i palnął coś niemądrego, to go ludzie wytupali. Jak się znalazł jakiś maniak, żydożerca, też został wyfukany. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że nie mam trolli i coś tu jest nie tak! Są za to ludzie z całej Polski, a nawet z innych krajów, na przykład na stronę wchodzi sporo osób z Brazylii, Azji, właściwie z całego świata. Pewnie wielu ledwo kojarzy, gdzie leży Warszawa.

(fot. Marcin Dziedzic)Powstańcy kompanii "Anna" w okopach przy al. Jerozolimskich, na wysokości ul. Kruczej. Autorem oryginalnej fotografii jest Wiesław Chrzanowski (fot. Marcin Dziedzic)

Teraz pańskie zdjęcia opuszczają świat wirtualny. Wydany właśnie album zawiera jednak coś więcej niż tylko kolaże. Są opowieści, wspomnienia, felietony. Od początku plan był taki, by książka „Teraz '44 historie” była pełniejsza?

- Miałem prosty pomysł: album i wystawa na ulicy dostępna dla każdego. Nie udało się, bo nie znalazłem sponsorów na przygotowanie ekspozycji. Za jakiś czas będę chciał do tego pomysłu wrócić, ale pewnie przy wsparciu internautów. Odpalimy jakąś zbiórkę crowdfundingową. Nie chcę już wisieć na sponsorach, którzy najpierw powiedzą, że inicjatywa jest super, a potem przez trzy tygodnie milczą i nic nie robią. Z albumem zgłosiłem się natomiast do dwóch wydawców, jednym z nich był mój kolega ze studiów. Zadzwoniłem, mimo że wiedziałem, że nie wydaje w swoim wydawnictwie albumów. Paweł z Wielkiej Litery, bo o nim mowa, znał ten projekt, ale nie skojarzył, że to ja za niego odpowiadam. Był absolutnie zachwycony i sam chciał go wydać. Powiedział, że to musi być książka i zaczęliśmy rozmawiać, co mogłoby się w niej znaleźć. Wymyśliliśmy, że każde zdjęcie mogłoby być zaczątkiem opowieści. Nie zawsze się to udawało, trzeba by na siłę coś dopisywać, a to nie miało sensu. Znakomita większość kolaży jest jednak pretekstem do opowieści.

To, że niektóre z tych historii są straszne? Cóż, tak było. Na zdjęciach nie widać tej hekatomby, ale to dobrze, to się świetnie uzupełnia. Te dwie rzeczywistości zawsze funkcjonowały obok siebie, nawet w dniach powstańczych walk. My się z Michałem Wójcikiem, autorem tekstów, pięknie różnimy w ocenie powstania warszawskiego. On, jako historyk z wielką wiedzą o tych wydarzeniach, ma stosunek bardzo krytyczny. Uważa, że do tego zrywu nie powinno dojść. Ja uważam inaczej. Kiedy pojawia się pytanie, czy do tego powstania musiało dojść, odpowiadam: Musiało, i mamy na to jeden niepodważalny dowód - że wybuchło. To nie jest tak, że jedna osoba podjęła decyzję i wzięła za nią odpowiedzialność. Takie były nastroje i nasza tradycja narodowa. To, że powstanie zaczęło się o godzinie 17.00, to kwestia zdyscyplinowania bardzo młodych, rozgrzanych i niepokornych głów warszawskiej młodzieży. Reszta jest gdybaniem.

Marcin Dziedzic i ... (fot. materiały promocyjne)Marcin Dziedzic (po prawej) i Michał Wójcik (fot. materiały promocyjne)

A pytanie współczesnej młodzieży, „Czy ty walczyłbyś, gdyby jutro wybuchło takie powstanie?”, też nie ma sensu?

- Nie każdy ma taką wyobraźnię, by umieć sobie nakreślić całą perspektywę. Jeśli ktoś uznaje się za wielkiego patriotę, chodzi z łysą głową i w Dzień Niepodległości wyrywa drzewka, to wcale nie jest powiedziane, że to właśnie on sięgnąłby po broń i ruszył do walki powstańczej. Nie wiadomo, jakby się taka osoba zachowała. Kto by walczył, a kto uciekał. Za mało znamy realia wojny i okupacji, a przede wszystkim za mało znamy samych siebie, by dziś odpowiadać na tak postawione pytania. Czasem najmniejszy czy niepozorny tchórz w warunkach bojowych okazywał się walecznym, lojalnym druhem, a jakiś paker z siłowni, nadający się na bohatera, nagle pękał i uciekał. Pytanie jest ciekawe, ale nie sposób na nie odpowiedzieć.

A pan odpowiedział sobie już na inne pytanie: jakie będą dalsze losy projektu?

- Dla mnie sprawa jest zamknięta. Są kolaże, opowieści, jest fizyczny zapis tego wszystkiego w postaci książki. Kiedy pierwszy raz dostałem album, poczułem ciężar. Nie tylko taki fizyczny. Nagle miałem w ręku coś, co znałem tylko jako wirtualną, ulotną rzecz. Co dalej? Nie mam wrażenia, że robienie kolejnych powstańczych kolaży jest potrzebne. Kiedy ktoś widział czterdzieści takich zdjęć, to bez kłopotu wyobrazi sobie kolejnych dwadzieścia. Myślimy z Michałem natomiast nad tym, by poszukać ludzi i zrobić cykl filmów dokumentalnych o historiach rodzinnych związanych z powstaniem. To jest fajne, kiedy są żywi ludzie, konkretni bohaterowie i ich emocje.

Album „Teraz '44 historie” dostępny w promocyjnej cenie w formie e-booka w publio.pl

(fot. materiały promocyjne)(fot. materiały promocyjne)

Marcin Dziedzic. Redaktor kreatywny, scenarzysta, fotograf. Współpracował m.in. z Radiem ZET i telewizją TVN, współtworzył program Szymon Majewski Show. Od dwóch lat po godzinach pracował nad projektem „Teraz '44 historie”.

Więcej o:
Skomentuj:
"Wpuściłem bohaterów do naszego świata". Powstańcy wrócili na ulice Warszawy w niezwykłym projekcie fotograficznym
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX