Buty z nóg spadają! Ludzie, gdzie wasze maniery?

Podróż może okazać się traumatyczna z wielu powodów. Pociąg może się spóźnić, klimatyzacja odmówić posłuszeństwa, a współtowarzysze podróży... No właśnie, najbardziej zaskakujący - jak zawsze - okazuje się czynnik ludzki.

Kwestia obuwia teoretycznie nie powinna zaprzątać nam głowy (fot. Gratisography.com CC0)Kwestia obuwia niby nie powinna zaprzątać nam głowy (fot. Gratisography.com CC0)

Zdaje się, że wszystko o zdejmowaniu butów zostało już powiedziane, napisane i przeczytane, a specjaliści od savoir-vivre'u wyczerpali temat. Wiadomo, że nie wypada wymagać od gości, żeby na wejściu (albo co gorsza przed wejściem) buty zdejmowali. Takie żądanie to wyraz małostkowości, drobnomieszczaństwa i szacunku, ale do swoich dywanów i podłóg, a nie dla gości. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki, bo przecież nie wypada w zabłoconych kaloszach chodzić po mieszkaniu, gdzie są raczkujące dzieci. To są rzeczy, które się wie albo przynajmniej wiedzieć się powinno. I o tym właśnie co wydawałoby się, że się wiedzieć powinno, a jednak się nie wie, będzie ten tekst.

Bywają sytuacje ekstremalne, nieprzewidywalne i nieplanowane. Jedna z takich przydarzyła mi się bardzo dawno temu, "za młodu". Rodziców nie było w domu, a do mnie wpadł kolega z wizytą. I tak od słowa do słowa, przeskakując z tematu na temat, przeskoczyliśmy z krzeseł na kanapę. I tak się złożyło, że w ferworze emocji kolega zaczął zdejmować ubranie - najpierw moje, a potem swoje, albo odwrotnie, dziś to już nieistotne. Dość, że gdy już prawie wcale tych ubrań na sobie nie mieliśmy, rozległ się dzwonek do drzwi. Za drzwiami stał mój starszy kuzyn. Zanim otworzyłam drzwi, ubraliśmy się tak szybko jak się dało, ale przez ten pośpiech kolega pozostał bez skarpet. Ponieważ to nie było lato, mój przyzwoity kuzyn natychmiast ten brak zauważył, chociaż nie dał po sobie niczego poznać. Nie miał pojęcia i w swojej przyzwoitości przez myśl mu nie przeszło jaki charakter ma moja z kolegą relacja, nie mógł zrozumieć i później lata całe głowę mi suszył próbując rzecz wyjaśnić. Niepojętym dla niego było, dlaczego kolega, który mnie odwiedził w butach, podczas wizyty zdjął nie tylko buty, ale i skarpetki. Ponieważ z wrodzonej nieśmiałości i naturalnego bycia "ścichapęk" nigdy mu tego nie wyjaśniłam, to prawdopodobnie do dziś się nad tym od czasu do czasu zastanawia.

Dalej - zdejmowanie butów w domu własnym. Zauważam istotną różnicę pokoleniową w podejściu do tematu. Mnie namolnie pouczano, że mam chodzić "w kapciach"- czyli Poznanianką będąc - nieustannie słyszałam "załóż laczki". I to samo teraz słyszy moja córka kiedy jedzie do dziadków albo do starszych ciotek - "a gdzie masz laczki?". Na nic się zdają tłumaczenia, że boso jest zdrowo, że ortopeda zalecał, że skarpetki się wypierze, a stopy się umyje. Jak nie masz kapci to dziadkowie poczęstują swoimi. Nieważne jak dużymi i z czego wykonanymi - mogą być nawet śmierdzące gumą ze sklepu chińskiego za 2 zł, według nich każde laczki są lepsze od ich braku. Na tym polu ambitnie walczę o prawo do bosych stóp. Ale bywa, że bosa stopa mnie przeraża, a ostatnio zdołała wprawić w wielką konsternację.

Doszło nawet do tego, że ja zazwyczaj wygadana, zapadłam się w sobie i milczałam w osłupieniu. Jak teraz o tym myślę, to się tego wstydzę, ale człowiek w szoku nie działa racjonalnie, dlatego o wybaczenie proszę i podarowanie sobie rad w stylu "trzeba było", bo co trzeba było to ja teraz doskonale wiem i jeśli znajdziecie się w sytuacji adekwatnej do mojej - gorąco do odwagi zachęcam. Świat przez to będzie trochę lepszy, a na pewno bardziej estetyczny.

A propos "gorąco" - to słowo w ostatnich dniach nabrało wybitnie pejoratywnego znaczenia. Każdy to gorąco na własnej skórze odczuwa i na porządku dziennym są sandały, klapki, japonki oraz baletki z materiału albo z supertworzywa. Takie obuwie bez skarpet noszone łatwo jest zzuć, jak to się kiedyś mawiało. I róbmy to jak najczęściej, ale w sprzyjających okolicznościach. A do takich należą: piknik w parku, bieganie po łące, pływanie w basenie i tym podobne relaksujące zajęcia. Bose stopy można sobie mieć w domu matki, przyjaciółki albo gacha.

Na plaży - proszę, do woli (fot. Stockshap.com COO)Na plaży - proszę, do woli (fot. Stockshap.com CC0)

Do miejsc w których należy zachować obuwie na nogach należą między innymi: urzędy, kościoły, dyskonty, banki. Nie należy butów zdejmować na przyjęciach (chyba że to pidżamaparty). Obutym należy pozostać również w miejscach komunikacji publicznej, takich jak: autobusy, tramwaje, pociągi o czym nie wszyscy wiedzą, bo w pociągu właśnie TO się wydarzyło.

Pociąg był do Lublina, a w nim ja i moja córka. Jechałyśmy na Carnaval Sztukmistrzów, czyli już z założenia byłyśmy nastawione na sytuacje niekonwencjonalne, a i tak ta sytuacja mnie przerosła. W Warszawie wsiadły dwie kobiety z czwórką dzieci. Dzieci jak to dzieci, chciały jeść, nie chciały się nudzić, chciały grać na smartfonach, pytały jak długo jeszcze, a mama z ciocią cierpliwym i łagodnym głosem wszystko wyjaśniały. Czyli że miłe, sympatyczne i kulturalne kobiety. Pociąg był nieco opóźniony, w środku duszno. W pewnym momencie jedna z pań siedząca naprzeciwko mnie - nazwijmy ją umownie ciotką, zdjęła klapki, ale to jeszcze wcale nie było straszne. Straszne było to, co postanowiła zrobić ze swoimi stopami, a dokładnie z lewą. Otóż bezceremonialnie położyła ją na siedzeniu obok mnie, w kilkumilimetrowym sąsiedztwie do mojego osobistego uda, pod moim prywatnym nosem. I tu właśnie nastąpił wspomniany szok i wewnętrzny foch, ale nie wiedzieć czemu nie dałam niczego po sobie poznać. Przez chwilę zbierałam się w sobie, żeby coś powiedzieć, ale im dłużej się zbierałam, tym ciężej było mi wydobyć z siebie cokolwiek. W głowie mi się nie mieściło, jak ona w ogóle mogła wpaść na ten pomysł, a co gorsza - zrealizować go. Przecież nawet w domu najlepszej przyjaciółki nie położyłabym swoich stóp na jej kanapę pod jej nosem, a przecież ciotka z naprzeciwka nie była moją przyjaciółką i nic nie wskazywało na to, żeby to się miało zmienić.

Nagle wydarzyło się coś, co dawało nadzieję na szybkie wyjście z sytuacji. Ciotka odezwała się w te słowy:

- Mogę tak trzymać stopę? Nie przeszkadza? - niezmiernie się ucieszyłam, że będzie mi ułatwione, wystarczy powiedzieć grzecznie, że wolałabym nie -... Zosiu?- dokończyła pytanie ciotka zwracając się do małej dziewczynki siedzącej obok mnie.

No, to cała ufność w tak zachwalanej dziecięcej szczerości.

- Nie przeszkadza - odpowiedziała pogrążona w smartfonie Zosia, najwyraźniej zgodnie z prawdą.

I tak jechałyśmy, ja, mój szok, Zuza, dziewczynki, ciotki i całkiem obca stopa niebezpiecznie zbliżająca się do mojego uda przy każdym szarpnięciu pociągu.

Być może mój szok i moje milczenie wywołane jest traumą - dawno temu, w czasach jeszcze sprzed kolegi co zdjął u mnie skarpety (i nie tylko), jechałam w swoją pierwszą samodzielną podróż pociągiem do Krakowa. I wtedy jakaś kobieta, również siedząca naprzeciwko, położyła swoją nieobutą, a odzianą jedynie w pończochę w kolorze cielistym stopę pomiędzy moimi nogami. A ja podówczas zupełnie w stosunku do obcych nieśmiała, milczałam tak długo, jak długo trwała podróż, czyli około siedmiu godzin. Widocznie tak mi zostało.

Z tych podróży pozostał mi pociąg zarówno do Krakowa jak i do Lublina oraz niechęć do obcych stóp bosych pod nos mi bez pytania podtykanych.

W wyniku tego doświadczenia zaczęła mi się nawet źle kojarzyć, tak piękna przecież, zarówno ze względu na tekst, wykonanie i jak i samego wykonawcę piosenka Zakopower "Pójdę boso".

* Anna Kapczyńska - PoznaniANKA od urodzenia, JeżycjANKA z wyboru. Miłośniczka absurdu i czarnego humoru. Autorka sztuk teatralnych, m.in.: "Strzelić Focha" wystawianej na deskach Teatru MplusM. Autorka tekstów do "Wuja Niechluja" - blogowej niemoralnej i politycznie niepoprawnej bajki dla dorosłych w odcinkach.

Więcej o: