Tak, oglądam filmy porno. Tak, jestem normalna (zazwyczaj)

Rozmowy o filmach porno mogą doprowadzić do ataku śmiechu, kłótni o podłożu politycznym (kto jest PIS, a kto PO), rozważań psychologicznych oraz - na szczęście - także do sypialni. Kto zaryzykuje udział w dyskusji na taki temat?

Rodzinny, ciepły i ze szczęśliwym zakończeniem - takie filmy to owszem, lubięRodzinny, ciepły i ze szczęśliwym zakończeniem - takie filmy to ja owszem, lubię

Och, oczywiście wiem, że są wśród was i tacy, którzy nigdy na te obrzydliwości nawet kątem oka nie spojrzeli (a jeśli już, to z wyraźną dezaprobatą). Plwając obficie na fizyczność tak zezwierzęconą i poezji pozbawioną. Pogarda jest tu co najmniej na miejscu, bo czyż nie ma lepszych propozycji filmowych? Rozwijających, poruszających, gwarantujących niezapomniane katharsis - choćby "Ostatnie tango w Paryżu" Bertolucciego. Ach, ojej, ta pozycja taka nietrafiona. Wszak seks wyuzdany, a wręcz analny się pojawia. Fujka!

To może poezja, ale bynajmniej nie erotyczna. Któż chciałby o wzgórkach obrzmiałych i gorejących czytać. O, publicystyka - ta to najskuteczniej pożądanie chłodzi, myśli w zupełnie niegenitalnym kierunku wiodąc. Żar skutecznie gaszą też - podobno - chorały gregoriańskie. Nie będę jednak błądzić w gąszczu kastrujących rozrywek. Bez gry wstępnej, przejdę do sedna. Nie uważam filmów porno za zło prosto z piekielnych czeluści wyjęte. Dlaczego?

Najbardziej kuszące jest teraz skorzystanie z kobiecej odpowiedzi zamykającej każdą trudną dyskusję: BO NIE! Ale ponieważ dziś jestem w figlarnym dobrym nastroju przedstawię swoje przekonania w nieco bardziej klarowny sposób.

Po pierwsze Szatan nie wymyśliłby takich tytułów. "Penetrator"? "Analny Terminator"? "Marco Ruchollo"? Na Boga, czuć w tym czarcią uciechę, ale okraszoną zdecydowanie ludzkim, koszarowym poczuciem humoru. Dowodów, że porno może stać się doskonałym pretekstem do heheszków jest aż nadto. Te fantazyjne dialogi, ujmujące zwroty akcji, no i naturalnie wspaniała gra aktorska. Porno może uchodzić za komedię. To rzeczywiście, aż tak złe?

Mam też argument bardziej poważny, choć nie bez nutki nostalgii. Dla pokolenia urodzonego na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (ostały się pewne niedobitki) filmy porno nie były dobrem, do którego dostęp był łatwy. Należało wykazać się nielichym sprytem, aby wypożyczyć kasetę VHS z filmem dla dorosłych lub przynajmniej odkryć, gdzie rodzice taką kasetę starali się ukryć. To nie były czasy, kiedy wystarczyło wpisać odpowiedni adres w internetową wyszukiwarkę. Utrudniony dostęp do treści niegrzecznych jedynie potęgował fascynację. Z dzisiejszej perspektywy filmy porno osadzone w stylistyce lat osiemdziesiątych nie dość, że trącą myszką (taką w trójkącik owłosioną) to prędzej wywołają spazmatyczny śmiech niż uniesienie. To były wszak czasy, kiedy za jedną z bardziej wyszukanych pozycji uchodziło 69 - przyznacie, że to lekkie erotyczne truchełko. Celowo omijam udziwnienia z udziałem zwierząt, odwołujące się do fantazji pewnej wysoko postawionej kobiety Wschodu. Rzecz w tym, że te produkcje pełne klaszczących pośladków nie wpłynęły niszcząco na moją (nastoletnią wówczas) wrażliwość.

Wraz z mijającymi latami dostępność filmów porno jedynie rosła. Życie erotyczne wcześniej oglądane wyłącznie w telewizorze, stało się rzeczywiste, namacalne, satysfakcjonujące oraz nie. Wspomniana pozycja 69 może i jest fantastyczna, ale chyba wyłącznie dla tych urodzonych w 69. roku. Po wielokrotnych testach z różnymi partnerami doszłam do wniosku, że wolę zupełnie inne pozycje, niekiedy może i wyuzdane, niekiedy po prostu przyjemne i wygodne. Tak, odkryłam, co seksie sprawia mi przyjemność. Czy to oznacza, że porno z mojego życia zniknęło? A skąd!

Nie jest może nieodłącznym towarzyszem mojej codzienności, nie jest również niezbędnym stymulatorem poprzedzającym zbliżenie, po prostu niekiedy jest. I nie jestem w tym - dość może nonszalanckim - podejściu do filmów porno odosobniona. Nie reaguję z oburzeniem na spowiedź, że w czyimś życiu porno również jest obecne. Nie krzyczę, że to świadczy o nieudanym związku i płaskich zwojach mózgowych. Może dlatego, że nie traktuję filmów porno z podszytym lękiem i pretensjonalnością zaciekłym absmakiem? Nie, nie widzę w nich zagrożenia. Mimo napływających zewsząd danych, że młodzież czerpie w nich niewłaściwe wzorce. Mimo psychologów krzyczących, że to zabija romantyzm i niweluje umiejętność miłowania kogoś całym serduszkiem. Zagrożeniem nie są wcale filmy porno, sednem sprawy jest to, jak zostaliśmy wychowani. To skąd czerpiemy wzorce. Z kim lub czym konkuruje dostępność, często niewątpliwie głupich i wulgarnych filmów porno.

Dla mnie porno jest jak alkohol. Może rozśmieszyć, pobudzić ale i namieszać w głowie. Zdecydowanie nie jest dla każdego. Ale czy to od razu musi oznaczać stygmat? Nie. Gdy zatem kolejny raz usłyszę, że porno jest złe - zamiast odpierać atak, zacznę się zastanawiać, czego oponent boi się najbardziej. Czyżby siebie?

Więcej o: