The Jillion - charytatywna rewolucja. "Pomóc może każdy, bez względu na zawartość swojego portfela"

Wsparcie dostają tylko spektakularne przypadki. Kiedy ktoś ?po prostu? jest ciężko chory i potrzebuje pieniędzy na leczenie, jest nieinteresujący, bo takich osób jest zbyt wiele. My im pomagamy - mówią twórcy The Jillion. Polski start-up może zostać Europejską Innowacją Społeczną.

The Jillion znalazło się wśród 30 półfinalistów konkursu na Europejskie Innowacje Społeczne 2015. Czym różnicie się od istniejących platform publicznych zbiórek pieniędzy? Na czym polega wasza wyjątkowość?

Tomek Nowak: - Jesteśmy pierwszą platformą do zbierania funduszy, która nie prosi o pieniądze. Zamiast tego namawiamy wspierających do oddawania nam swoich talentów, umiejętności albo fajnych przedmiotów i wystawiania ich na aukcje. Może to być lekcja żonglowania, plakat z autografem albo miód z domowej pasieki. Pieniądze ze sprzedaży wspierają projekt-marzenie, który wybrała osoba dodająca aukcję.

Edyta Kotowicz: - Ci z kolei, którzy licytują na naszych aukcjach, mogą się czegoś nauczyć, czegoś doświadczyć, coś kupić, nie robiąc tego tylko dla siebie, ale też dla innych.

Adam Kudybiński: - Przy okazji małe i średnie przedsiębiorstwa mogą stosunkowo niedużym nakładem reklamować swoje produkty lub usługi, nie gubiąc wciąż z oczu celu, jakim jest zbiórka pieniędzy. Na przykład właściciel restauracji może wystawić na aukcję kolację dla dwojga i przy okazji zaprezentować swój lokal szerokiej społeczności.

T.N.: - To taki układ, w którym każdy wygrywa.

Komunikat „proszę, daj mi pieniądze” jest dzisiaj tak częsty, że ludzie się już na niego uodpornili. Poza tym projekty charytatywne bazują na emocjach, których ludzie nie chcą odczuwać. U was mają szansę pomagać, jednocześnie dobrze się bawiąc. Dzielą się tym, co w nich najlepsze, czego mają pod dostatkiem, i na dodatek sami na tym zyskują.

T.N.: - Może to zabrzmi brutalnie, ale wsparcie w mediach i pomoc dostają tylko pojedyncze i najczęściej bardzo spektakularne przypadki. Kiedy ktoś „po prostu” jest ciężko chory i potrzebuje pieniędzy na leczenie, jest mało interesujący, bo takich osób są dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy. My możemy im pomóc.

E.K.: - Aby komunikat „daj pieniądze” zadziałał i porwał szerokie kręgi do pomocy, potrzebny jest niesamowity nakład pracy i kosztowny marketing.Te zbiórki sprowadzają się przede wszystkim do wspierania malutkich dzieci walczących o życie, do projektów technologicznych (gdzie jest to przedsprzedaż) albo projektów z udziałem celebrytów. Pozostałe inicjatywy: artystyczne, społeczne, a także inni chorzy mają znikome szanse na pomoc.

Ponieważ u nas głównym założeniem jest osobiste zaangażowanie ludzi i organiczne tworzenie się społeczności wokół każdego projektu, każdy z nich ma równe szanse. Zresztą nawet jeśli ktoś nie jest zainteresowany wspieraniem przedstawienia teatralnego, może być zainteresowany zapisaniem się na lekcję emisji głosu, której kupno dodatkowo pomaga innym. Każdy chce czuć, że robi coś dobrego dla innych. Tutaj może to robić w zasadzie „przy okazji”.

thejillion.comthejillion.com

The Jillion komunikujecie jako platformę realizowania projektów-marzeń. Jakiego typu projekty mogą starać się o zbiórkę pieniędzy? Jest jakiś system weryfikacji?

T.N: - Każda inicjatywa, która dla jakiejś społeczności jest ważna, która ma jasno określony cel finansowy i nastawiona jest na konkretny efekt, może być projektem w ramach The Jillion. Może to być remont schroniska, debiut teatralny, leczenie przyjaciela, konferencja czy sfinansowanie ogrodu warzywnego na dachu. Chcielibyśmy, by projekty na The Jillion były różnorodne, mobilizowały społeczności, wzbogacały i ulepszały nasze otoczenie, łączyły, a nie polaryzowały.

A.K.: - To otwiera nowe możliwości społecznościom, organizacjom związanym z kulturą i sztuką, związkom artystów, stowarzyszeniom. Na przykład organizacje pożytku publicznego, które nie mogą liczyć na pieniądze z 1% przekazywanego wraz z PIT-em, gdyż są mniej popularne w porównaniu z wielkimi fundacjami, u nas mają takie same szanse, jak giganci.

Co można dać od siebie, jeśli nie posiada się gotówki?

T.N.: - Najfajniejsze w The Jillion jest właśnie to, że pomóc może każdy, bez względu na zawartość swojego portfela. Klasyczne modele crowdfundingowe, czyli modele finansowania społecznościowego, opierają się na datkach pieniężnych. Nie każdy ma nadwyżkę finansową, ale każdy ma jakąś umiejętność, coś co potrafi, lubi robić. Możesz więc nauczyć kogoś grać w tysiąca, możesz dać sesję coachingową czy konsultację biznesową. Ale możesz także upiec ciasto albo razem pobiegać w parku. Możliwości jest jillion. To takie nasze polskie „zyliard”, czyli kosmicznie dużo. Wszystko zależy od kreatywności wspierających i ich chęci.

Edyta Kotowicz (fot. archiwum prywatne)Edyta Kotowicz (fot. archiwum prywatne)

Jakie najciekawsze aukcje pamiętacie?

T.N.: - Warsztaty gotowania z chwastów, cztery treningi z pięciokrotnym medalistą Mistrzostw Polski w boksie, zaproszenie na kolację do prywatnego domu, sesja hipnozy, „coś” z Amsterdamu, gra RPG dla całej rodziny, napisanie bajki, w której twoje dziecko jest głównym bohaterem...

E.K.: - Często są to rzeczy, których nie można kupić nigdzie indziej.

Jak urodził się ten koncept?

T.N.: - Pomysł na finansowanie przez społecznościowe aukcje powstał „przypadkowo”. Syn naszej przyjaciółki potrzebował kosztownej operacji ucha. Zastanawiając się jak najefektywniej zorganizować zbiórkę i jak zaangażować w nią jak najwięcej osób, bez grania na emocjach i epatowania tragedią, wymyśliliśmy aukcję. Inicjatywa okazała się sukcesem. W 17 dni zebraliśmy 118% potrzebnej kwoty. Na początku więc rozwiązaliśmy swój własny problem, a dopiero potem postanowiliśmy stworzyć na tej podstawie narzędzie, z którego skorzystać może każdy.

E.K.: - Kiedy pomagaliśmy naszej przyjaciółce, odczuliśmy na własnej skórze, jak ciężko jest prosić znajomych o gotówkę. Stąd pomysł aukcji. Wzięli w niej udział ludzie z pracy i nagle okazało się, że w jednej firmie są osoby z zasobami, często bardzo cennymi, którymi mogą się podzielić, i inni, którzy z nich z wielką ochotą skorzystają. Ktoś wylicytował dla siebie pierścionek, ktoś sesję fotograficzną. Okazało się, że jest masa rzeczy, która tych ludzi łączy, a o których nie mieli okazji porozmawiać w biurowej kuchni, robiąc kawę.

thejillion.comthejillion.com

Od kiedy działacie?

A.K.: - Pracujemy mniej więcej od roku. Portal ruszył oficjalnie 7 maja.

Macie już na swoim koncie zrealizowane projekty?

T.N.: - Pomogliśmy sfinansować debiut teatralny graficzki Oli Cieślak „Tit Anik” [w ramach Teren TR - przyp. red.]. W tym momencie finansujemy trzy inne projekty: festiwal Inspire the Future - doroczny zjazd europejskich środowisk edukacji demokratycznej (EUDEC), leczenie chorej na raka 26-letniej Karoliny Walecznej oraz doraźne wsparcie dla ośrodka „Ukraiński Świat”, który pomaga uchodźcom z Ukrainy odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Pomagamy też przygotować kolejne projekty i czekamy na nowe zgłoszenia.

Z tego, co zdążyłam się zorientować, każda aukcja trwa tydzień, jednak żeby zebrać konkretną sumę pieniędzy, potrzeba zdecydowanie więcej czasu.

T.N.: - To prawda. Dlatego system zbiórki pieniędzy na The Jillion rządzi się innymi prawami niż ten na klasycznych platformach crowdfundingowych, gdzie ich czas jest ściśle określony, a efekty zależne od kampanii marketingowej. U nas do udziału w projekcie zachęcają aukcje, z których każda jest oddzielnym bytem, przyciągającym na bieżąco zainteresowanych. Dlatego też projekty mogą trwać dłużej, nawet kilka miesięcy.

A.K.: - Ludzie, którzy wsparli już jakiś projekt, wracają w poszukiwaniu nowych, ciekawych aukcji, tworzą też swoje własne na kolejny cel i tak powstaje efekt kuli śniegowej. The Jillion to coraz większa społeczność inspirujących, kreatywnych i dobrych ludzi. Aż 40% użytkowników odwiedza nas ponownie.

Adam Kudybiński (fot. archiwum prywatne)Adam Kudybiński (fot. archiwum prywatne)

Jak wygląda system zakładania aukcji i uczestniczenia w ich?

E.K.: - Jest prosty i bardzo intuicyjny. Poza tym każdemu, kto ma taką potrzebę, pomagamy osobiście. Zawsze mamy czas, żeby porozmawiać z nowymi osobami o tym, jak możemy je wesprzeć. Ludzie bardzo to doceniają.

Portal działa w dwóch wersjach językowych. Czy to oznacza, że nastawiacie się na działanie globalnie?

T.N.: - Tak. The Jillion to nie kopia czegoś, co istnieje już gdzieś na świecie. Rozwiązujemy natomiast problemy crowdfundingu, które są powszechne. Dlatego chcemy być narzędziem międzynarodowym. Już teraz na The Jillion licytują i dodają aukcje ludzie z całego świata.

thejillion.comthejillion.com

Cała wasza trójka pracowała wcześniej w korporacjach. Wiem z doświadczenia, że własny start-up wywraca wszystko do góry nogami. Jak The Jillion wpłynął na wasze życie?

E.K.: - Ludzie lubią słuchać historii o tych, którzy porzucili wyścig szczurów, odeszli z korporacji i zaczęli własny start-up, ale nasza historia nie do końca jest standardowa. Ja bardzo lubiłam swoją pracę. Była wymagająca, kreatywna, ciągle uczyłam się czegoś nowego, pracowałam z ciekawymi ludźmi, więc to nie była klasyczna „ucieczka z Mordoru”, ale raczej potrzeba nowego wyzwania.

T.N.: - Kiedy zostawiałem swoją pracę, którą notabene bardzo lubiłem, po prostu miałem głębokie przekonanie, że nadszedł czas na zmianę. Wtedy nie postrzega się takiej decyzji w kategoriach ryzyko versus okazja. Po prostu podejmuje się decyzję i rusza w podróż, w nieznane.

Odejście z pracy na etat, która nie tylko daje poczucie bezpieczeństwa finansowego, ale także organizuje życie, dzieli dzień na pracę i odpoczynek, a tydzień na pięć dni plus weekend, to była prawdziwa rewolucja. Ale rewolucje to część każdej historii. Co jakiś czas muszą się zdarzyć i zmienić wszystko.

E.K.: - Oczywiście jest też 12 godzin pracy dziennie, ale to chyba zna każdy przedsiębiorca, który ma wielką wizję i nie spocznie, póki nie stanie się ona rzeczywistością.

A.K.: - Ja, mając dwójkę dzieci na utrzymaniu, nie mogłem rzucić pracy. Odszedłem z korporacji, ze stanowiska menedżerskiego i zatrudniłem się jako programista. Uważam, że to była dobra decyzja. W pracy robię to, co lubię, a wieczory i weekendy, zamiast nadgodzin, spędzam, tworząc The Jillion. Czasowo wychodzi podobnie, ale satysfakcja jest o wiele większa. The Jillion to projekt, na który czeka się całe życie. W przyszłości może stać się źródłem dochodu, ale przede wszystkim robi wiele dobrego dla innych. Zmienił mnie jako człowieka i jest to zmiana na lepsze. Wydaje mi się, że stałem się bardziej wrażliwy na potrzeby innych - również obcych mi osób. Z dnia na dzień odkrywam fajną, dobrą stronę moich znajomych, którzy licytują albo oddają coś na aukcje. Dzięki Jillion poznałem też kilka fascynujących i inspirujących osób, które pomagają innym i powiem szczerze, że dopiero teraz widzę, jak wielki jest potencjał Polaków, jak wspaniałe rzeczy robią i jakie mają unikatowe talenty.

To wszystko brzmi pięknie i na pewno jest prawdą, ale nie ma co ukrywać, że jest jeszcze druga, bliższa ziemi strona medalu.

E.K.: - Jesteśmy z Tomkiem parą, co oznacza, że obecnie spędzamy ze sobą 24 godziny na dobę w małej kawalerce. Kwatera główna Jilliona jest w naszej kuchni. Tam spędzamy całe dni i całe noce, kiedy dołącza do nas po swojej pracy Adam. Momentami jest ciężko. Jest to test dla związku, bo nie dość, że nie ma podziału na życie prywatne i zawodowe, to nie ma też podziału na życie swoje i czyjeś. Znalezienie work-life balance to wyzwanie. Uczymy się. Poza tym rok bez nowych butów i sukienek to dla każdej dziewczyny ciężki temat, ale to, co się dzieje w moim życiu i we mnie samej jest rekompensatą, która odpłaca to z nawiązką.

T.N.: - Żyjemy z oszczędności, jeszcze. To nie jest proste, bo wiąże się z ograniczeniem do niezbędnego minimum wszelkich wydatków. Mniej jest wyjść, wakacji, wyjazdów. Do tego dochodzi konfrontacja z własnymi lękami, brakiem poczucia bezpieczeństwa, zupełnym wyjściem ze strefy komfortu. Ale w zamian mamy coś bardzo wyjątkowego - wspólną misję, a to bardzo łączy.

Tomek Nowak (fot. archiwum prywatne)Tomek Nowak (fot. archiwum prywatne)

Pomagacie realizować projekty-marzenia innych ludzi. Jakie są wasze marzenia?

T.N.: - Chcielibyśmy, by The Jillion stał się powszechnie używanym narzędziem do finansowania ważnych inicjatyw na całym świecie. Jeżeli każdy, kto odda coś na aukcję poczuje, że ma naprawdę wielkie zasoby w sobie i wokół siebie, to będzie sukces.

Niedawno dziewczyna, która dała na aukcję sesję fotograficzną, napisała do nas, że wzruszyła się prawie do łez, kiedy pierwsza osoba złożyła ofertę na kilkaset złotych. Chcemy generować codziennie jak najwięcej takich emocji szczęścia z tego, że tak wiele może zrobić każdy z nas.

A.K.: - Chciałbym, żeby The Jillion na całym świecie kojarzył się z miejscem, gdzie można zorganizować zbiórkę pieniędzy online za pomocą aukcji. Żeby była to platforma, z którą współpracują takie organizacje, jak na przykład WOŚP.

E.K.: - W przyszłości zamierzamy być społecznością znaną na całym świecie, która będzie łączyła najbardziej kreatywnych, najfajniejszych ludzi po to, aby mogli działać razem.

Gdybyście mieli jednym zdaniem zachęcić innych do udziału w projekcie, co byście powiedzieli?

T.N.: - Na The Jillion wszyscy wygrywają, wszyscy są częścią sukcesu, czemu więc ciebie tam nie ma?

E.K.: - Bądź częścią społeczności ludzi o największych sercach i najbardziej kreatywnych głowach.

A.K.: - Podziel się odrobiną szczęścia i zobacz, jak do ciebie wraca!

 

Edyta Kotowicz. Wcześniej senior copywriter w największych agencjach reklamowych, nagradzana na konkursach kreatywności na całym świecie (m.in. Cannes Lions, Clio NY, Golden Drum Portoroż). Z wykształcenia socjolog i kulturoznawca. Prywatnie dziewczyna Tomka.

Adam Kudybiński. Doświadczony w zarządzaniu zespołem programista z 12-letnim stażem. Ojciec dwóch chłopców, mąż Tamary.

Tomek Nowak. Fotograf wykształcony w Australii. Przez ostatnie 8 lat pracował w agencjach reklamowych jako art director. Zafascynowany filmem, wolne chwile poświęca reżyserii.

Więcej o: