Jak sprawdza cię twój szef? Bo, że sprawdza, to pewne

W imię zwiększenia wydajności i zysków, pracodawcy kontrolują pracowników na wszystkie możliwe sposoby. GPS w służbowym aucie, identyfikator, sprawdzanie połączeń telefonicznych są już normą. Czasem weryfikacja sięga jednak znacznie głębiej.

Kota nie ma, myszy harcująKota nie ma, myszy harcują /fot. Magda Acer

Czujniki w krzesłach, czujniki w mózgach

Anna pracuje w jednym z polskich urzędów. Niektórzy znajomi jej zazdroszczą, bo to pewna praca. Taka na etat, z trzynastką i dopłatą do wypoczynku. Anna też się kiedyś cieszyła i w sumie nadal swoją pracę bardzo lubi, ale męczy ją ciągła inwigilacja. Imienne identyfikatory rejestrują godziny przyjścia i wyjścia z pracy. Na początku każdego miesiąca pracownicy są rozliczani z czasu zarejestrowanego przez owe magiczne wejściówki.

Wychodzisz na obiad poza urząd - musisz ten czas odpracować. Ci, którzy palą - odrabiają przerwy na papierosy. Nie ma litości dla palaczy. Co miesiąc dyrektorzy otrzymują zestawienia czasu pracy poszczególnych pracowników i rozliczają ich z wszystkich minut poza biurem. Jak się można domyślić, czas spędzony w biurze ma oczywiście przełożenie na wszelkie premie i nagrody.

Kiedyś śmialiśmy się, że brakuje jeszcze czujników w biurowych krzesłach, potwierdzających obciążenie człowiekiem, bo to, że ktoś znajduje się na terenie budynku, wcale nie oznacza, że siedzi za biurkiem i rzeczywiście pracuje.

Nie trzeba było długo czekać, aż pracodawca wprowadził znacznie bardziej wydajny i wymyślny zarazem system nadzoru nad pracownikami. Na służbowych komputerach zainstalowano programy szpiegujące, które weryfikują, ile czasu pracownicy spędzają w internecie i jakie strony odwiedzają. W zasadzie to nic nadzwyczajnego. To jest już normą, takie programy badające internetową aktywność pracownika funkcjonują w wielu firmach. Dlatego pracownicy, nie chcąc by pracodawca czytał ich prywatne maile lub zobaczył jaką płacą ratę kredytu, korzystają ze smartfonów lub przynoszą do pracy prywatne laptopy. Jednak w urzędzie, w którym pracuje Anna kierownictwo poszło o krok dalej. Mamy również programy, które sprawdzają, ile znaków piszemy w Wordzie lub Excelu. Jak można się domyślić są liderzy znaków. Co miesiąc w każdym departamencie jest ogłaszany przodownik pracy.

Czy jednak ilość przekłada się na jakość? To już kwestia, którą trudno zmierzyć jakimkolwiek programem. Choć może w przypadku urzędników, można by analizować to na podstawie stopnia zadowolenia obywatela obsługiwanego przez daną jednostkę.

Szef wszystko wie

Michał pracuje w korporacji. Branża motoryzacyjna. Michał ma najlepszy samochód na świecie, czyli służbowy. Tyle że auto jest na niewidzialnej smyczy. Ma wbudowany GPS, dzięki czemu szef zawsze wie, gdzie akurat znajduje się jego pracownik. To jest w pewien sensie wygodne, bo Michał nie musi już dołączać do rozliczenia delegacji mapek z Googla z trasą przejazdu. Nie musi się już tłumaczyć z kilometrów i zatankowanego paliwa. Nie musi się już logować u klientów, żeby potwierdzić szefowi „tu byłem o tej porze”. Szef Michała i tak wszystko już wie.

Droga do zgubyDroga do zguby /fot. Magda Acer

Do czego to doprowadzi w przyszłości? Może za kilka lat zatrudniając się w korporacji, będziemy musieli podpisać zgodę na wszczepienie czipa, który będzie śledził naszą lokalizację, stan zdrowia i generalną przydatność do pracy. I gdy na horyzoncie pojawi się jakaś choroba, świadcząca o tym, że nie rokujemy za bardzo na przyszłość, to pracodawca elegancko się z nami pożegna. A może już tak jest, tylko nie jesteśmy tego do końca świadomi.

Zaufanie - naiwność XXI wieku?

Nie chodzi o to, żeby rozliczać pracowników z siedzenia za biurkiem, tylko z faktycznie wykonanej pracy. Istniejący w wielu urzędach i niektórych firmach model demotywuje i zmusza do kombinowania. Mój pierwszy tekst na Fochu był właśnie o destrukcyjnej konieczności wysiedzenia ośmiu godzin w biurze, w sytuacji, gdy nie ma się zbyt dużo zadań do wykonania. Tak, takie dni też się zdarzają. Człowiek chciałby wtedy wyjść, zdezerterować, ale zamiast tego musi siedzieć i czekać do tej upragnionej 16 lub innej godziny, w której nadchodzi wolność.

Poza chęcią zwiększenia zysków te wszystkie zabiegi i sposoby na śledzenie poczynań pracowników świadczą o większym problemie z kwestią zaufania i brakiem wiary w zwykłą ludzką uczciwość. Nie każdy pracownik chce zrobić szefa - kolokwialnie mówiąc - w bambuko, wykorzystać i "wydoić" system. Przyznaję, że sama z racji wykonywanej pracy wyznaję zasadę „ufam, lecz kontroluję”, ale na potęgę posępnego czerepu, ta kontrola nie stała się moją obsesją. Jeszcze.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: