Idris Elba - 5 powodów, by zostać fanką

Gdybym miała wymienić aktorów, na których mogę patrzeć bez znużenia, bez względu na rodzaj roli, gatunek dzieła oraz stopień oglądalności owego dzieła, byłby wśród nich na pewno Idris Elba. W ciągu ostatniej dekady serialowy Luther wyrósł bowiem na postać, którą można śmiało postawić obok Marlona Brando, Jacka Nicholsona, Gary'ego Oldmana i Clinta Eastwooda.

fot. materiały promocyjnefot. materiały promocyjne

Czasy, gdy wieszałyśmy plakaty idoli w naszych pokojach może i już należą do przeszłości, ale to nie powód, by tak zupełnie wyrzucić z serca tych wszystkich utalentowanych, pięknych, fascynujących ludzi, którzy poza tym, że są, obiektywnie patrząc, rzeczywiście utalentowani i/lub piękni, to działają na nas też w jakimś pozaracjonalnym wymiarze. Nie chodzi bowiem o to, że ktoś jest dobrym aktorem czy dysponującą świetnym głosem piosenkarką. Raczej o uczucie zupełnie niczym nieuzasadnionego wzruszenia, które potrafią w nas wzbudzić i które nie jest po prostu podziwem dla ich kunsztu.

Wielu aktorów (i aktorki!) darzę szczerym uznaniem, dla ich umiejętności, charyzmy, a także urody. Jednak lista tych, którzy przyprawiają mnie o to jakieś wewnętrzne drżenie jest dużo krótsza. Idris Elba należy do tego ekskluzywnego grona ekranowych gwiazd, które powodują, że idę na film czy włączam serial, bo on tam gra. A jak gra, to ja oglądam - proste. Nawet jeśli rola jest drugoplanowa, a ja spodziewam się, że dzieło ma niewielkie szanse, by mnie zachwycić. Co takiego jest zatem w tym 43-letnim (w zeszłą sobotę obchodził urodziny) czarnoskórym Brytyjczyku, o którym wciąż mówi się jako potencjalnym nowym Jamesie Bondzie i którego najnowszy film "Beasts of No Nation" został właśnie entuzjastycznie przyjęty na festiwalu w Wenecji, a możliwe, że przyniesie mu także Oscara za ten rok? Oto kilka powodów, by mieć nań oko.

Ma charyzmę godną klasycznego ekranowego amanta

Neil Cross, twórca i scenarzysta serialu "Luther", powiedział ostatnio, że "dla mężczyzny w średnim wieku przebywanie w tym samym pomieszczeniu co Idris Elba, to doświadczenie podobne do bycia niewidzialnym". To prawda, Elba, ma tę supermoc, która sprawia, że wszystkie oczy kierują się na niego, a gdy pojawia się na ekranie to jest na nim najważniejszy. Nawet jeśli gra epizod, a obok stoją ładni, utalentowani chłopcy jak Charlie Hunnam ("Pacific Rim") czy Chris Hemsworth ("Thor").

Tworzy postaci, które żyją dłużej niż film

Jedni kochają go za rolę gangstera z ambicjami Stringera Bella w "The Wire", dla innych zrósł się z mroczną postacią detektywa z serialu "Luther" i oczywiste jest, że te wytwory fikcji stały się dla nas (nas - fanów) równie realne jak ludzie, których spotykamy na ulicy. A przynajmniej tak realne jak Batman. Wiecie o co chodzi - można się o nich spierać, ba! kłócić zajadle, mieć swoje najsłuszniejsze zdanie na temat ich (wciąż fikcyjnych i jak się zdaje jednoznacznych) motywacji i poczynań oraz swoją (najmądrzejszą!) interpretację losów tej postaci. O, gdyby na maturach dawali takie zadania: "Zinterpretuj przemianę bohatera na podstawie postaci Stringer Bella", to z radością zdawałabym jeszcze raz.

Nie daje się zamknąć w jednym typie roli

Zagra Mandelę w zrobionym "po bożemu" filmie hagiograficznym, przepraszam: biograficznym, by za chwilę wcielić się w "Beasts of No Nation" w okrutnego afrykańskiego generała, który formuje i rzuca do walki odziały dzieci-żołnierzy. O tej roli krytycy piszą zresztą z zachwytem, że jeśli za to Elba nie dostanie wreszcie Oscara, to Hollywood jest głupsze niż się wydaje (a na mądre nie wygląda). Wystąpi w napakowanych akcją superprodukcjach SF ("Thor", Pacific Rim", "Avengers", "Prometeusz") i w wyciszonym, niskobudżetowym filmie w stylu brytyjskiego realizmu społecznego ("Second Coming"). A potem podłoży głos pod animowane postaci w nadchodzących produkcjach dla dzieci - "Księdze dżungli" i "Gdzie jest Dory". Bo może. Bo potrafi. Bo chce mu się szukać innych pomysłów na siebie.

fot. materiały promocyjnefot. materiały promocyjne

Ze spokojem godnym bożyszcza przyjmuje burze wokół swojej osoby

A tych burz nie brakuje. Pamiętam awanturę, którą wzniecili amerykańscy zwolennicy supremacji białej rasy, gdy podano do wiadomości, ze Elba zagra nordyckiego boga Heimdalla w adaptacji komiksowego "Thora". No jak to?! CZARNUCH? BOGA? NORDYCKIEGO na dodatek? (Fakt, że w komiksowym pierwowzorze Heimdall był czarnoskóry jakoś umknął w całym tym sporze.) Rasistowskie echa pobrzmiewają i w najnowszej kontrowersji: czy aby Elba nadaje się na kolejnego Bonda. Zdaniem autora kontynuacji Bondowskiego cyklu powieściowego jest "zbyt uliczny" (czyli czarny), by zagrać agenta JKM. Fani dostali na takie dictum szału, udowadniając, że WCALE NIE, a Idris tylko się uśmiecha. Za ten uśmiech też można go pokochać!

Świetnie wygląda w garniturze, smokingu i tweedowym płaszczu

Choć uroczo wygląda i w tym złotym czymś na głowie, gdy gra Heimdalla, uliczna stylówka Stringera Bella też miała swój urok, to jednak moje serce topnieje, gdy pan Elba występuje pod krawatem. Zaś rozwiany płaszcz Luthera (jak peleryna Batmana, tylko w znacznie lepszym stylu) to jeden z tych obrazów, które warto mieć pod powiekami, gdy się zasypia.

fot. materiały promocyjnefot. materiały promocyjne

Może więc nie grać Bonda, nie zależy mi tak bardzo - odżałuję ten smoking. Grunt, że wróci jako Luther, bo czwarty sezon już nakręcony i premiera jeszcze tej jesieni. A tymczasem Stopklatka.tv przypomni trzy poprzednie sezony serialu.

"Luther" od 10 września w każdy czwartek o godz. 20:00 na antenie Stopklatka TV

Więcej o: