To nie jest miłość, choć często nam się tak wydaje

Mylimy miłość z zakochaniem. Z zauroczeniem. Z pożądaniem. Z sympatią. I pewnie z wieloma innymi rzeczami też. Nieustannie. I nie tylko wtedy, kiedy mamy lat -naście (co jest poniekąd usprawiedliwione brakiem doświadczenia życiowego). Wiecie jak pięknie mylą miłość ze wszystkim innym czterdziestolatkowie?

#happyforeverfot. CC0 pexels .com

Choć trochę trudno w to uwierzyć, to osoby całkiem dorosłe, moje rówieśniczki (i rówieśnicy, pełne równouprawnienie w tej kwestii) biorą za miłość rzeczy, które na pewno nią nie są. Mają swoje własne nazwy. I też mogą być fajne, ale to nie jest miłość. Z myślą o nich, tych nieco zagubionych czterdziestolatkach, stworzyłam katalog modelowych sytuacji, nader często mylnie nazywanych miłością.

To nie jest miłość:

Kiedy spotykasz w kolesia w klubie (czy w jakimkolwiek innym miejscu - w pracy, na szlaku w górach, w sklepie), lecą gwiazdy i iskry, on cię odprowadza do domu i tam rżnie do utraty tchu, rozdzierając po drodze od drzwi do stołu w kuchni twoją kiecę. Albo kiedy rżnie cię jeszcze w kiblu w tym samym klubie, gdzie się poznaliście, (nawet jeśli jest to w miarę elegancki kibel w drogim klubie, a on naprawdę dobrze cię rżnie), albo w krzakach na szlaku tudzież w przymierzalni w modnej sieciówce szepcząc do ucha cudowne sprośności przetykane rozemocjonowanym "kocham cię, kocham cię, jesteś taka mokra, jesteś taka gorąca, tak pięknie się ruszasz, tak pięknie pachniesz”. To nie jest miłość, chociaż pewnie chciałabyś, żeby tak było. "Już go widzi w myślach jako męża, siebie jako żonę”, a to tylko rżnięcie. Nawet, jeśli dobre.

Kiedy siedzicie sobie razem na dobrej kolacji, popijacie winko / piwko / margaritę, patrzycie sobie głęboko w oczy, jest miło, ciepło i przyjemnie, on głaszcze delikatnie twoją dłoń i przyjaźnie się uśmiecha, potem spacer pod gwiazdami, dłoń w dłoni, albo i nad Wisłą, gdzieś w dali słychać muzykę, która się wam podoba. Jest miło, ale to nie jest miłość, nawet jeśli to lato i powietrze tak ładnie pachnie od wody (Wisła już tak nie śmierdzi, zauważyliście?).

Kiedy rozmawiasz z kimś (z nią albo z nim, żyjemy w czasach dżenderowej równości) i rozumiecie się w pół słowa. On / Ona czyta te same książki, co ty, słucha podobnej muzyki, w tej samej chwili pomyśleliście, że Houellebecq jest super, ale katalog Ikea jeszcze lepszy, czujecie, że jesteście dla siebie intelektualnie inspirujący i nie tylko, a w dodatku to samo myślicie na temat uchodźców (ciepło myślicie na ich temat, to jasne), nawet chmury na niebie układają się wam w słoneczniki Van Gogha, które widzieliście kiedyś na pocztówce w gazetce szkolnej. To nie jest miłość, niestety, to zwykłe zauroczenie.

Kiedy przysyła ci co dzień 200 emoji z kotkami, pieskami, nawet gify sobie zainstalował na swoim iPhonie 6, te to dopiero wymiatają, nimi to dopiero prawdziwe uczucie można przekazać. Kiedy jest jeszcze lepszy i śle ci wiadomości głosowe, że wstał i od razu pomyślał o tobie, i dlaczego cię tu nie ma koło niego, przecież on tęskni, on chce czuć twoje ciało pod swoimi palcami (tak, rżnąłby cię z rana pewnie zanim by zęby umył, to się ewidentnie zdarza tylko na początku, PRAWDZIWA MIŁOŚĆ wymaga na szczęście więcej starań).

Kiedy przynosi ci ciepłe bułeczki z samego rana, jechał po nie trzy przystanki specjalnie do twojej ulubionej piekarni, a w dodatku padało. A do tego twoja ukochana kawa na sojowym, bo wie, że nie tolerujesz laktozy, i dżemik "własnej roboty” z targu śniadaniowego do tych bułeczek za 50 PLN za słoiczek. To nie jest miłość, choć rzeczywiście, to bardzo miłe. I smaczne. Ale nawet gdyby po te bułeczki zapieprzał na drugi koniec miasta do piekarni bezglutenowej, bo tak, nie żresz glutenu także, to i tak, do cholery jasnej, nie jest jeszcze miłość, choć co nieco już ten On / Ona na twój temat wie i wie też, że życie składa się z drobnych przyjemności.

Kiedy więc jest ta cholerna miłość? I dlaczego nie wtedy, kiedy w komediach romantycznych, które oglądasz pasjami, całe noce, płaczesz potem w poduszkę, bo on tak strasznie ją kocha, choć jeszcze o tym nie wie, przecież biegł do niej przez całe miasto Nowy Jork, żeby jej jednak te życzenia noworoczne osobiście złożyć, choć na początku zupełnie nie miał na to ochoty?

Miłość być może zaczyna się tam, gdzie komedia romantyczna się kończy. Kiedy wchodzi proza życia. Kiedy wchodzą te nieszczęsne skarpetki rozrzucone na dywanie i trzeba znaleźć sposób jak się ich pozbyć NA ZAWSZE (i żeby nie wracały). Kiedy rodzą się dzieci, wszystko staje na głowie i przestaje być tak miło i fajnie, przestaje chcieć się rżnąć non-stop, bo człowiek zasypia w pół słowa na kanapie. Kiedy wieczorem trzeba pozmywać gary, a nikomu się nie chce. Kiedy trzeba powiesić pranie składające się w większość z "drobnicy”, czyli skarpeteczki, skarpetunie i majtki, np. dla czterolatki. Kiedy trzeba odwołać wspaniale zapowiadającą się imprezę lub wyjazd, bo w domu nastał właśnie czas choroby i z szaleństw nici, bo ktoś tam liczy na kisiel i szklankę wody. Kiedy trzeba przytulić, czasem wbrew sobie, kogoś, kto cię w tym momencie strasznie wkurza. Kiedy trzeba się wstawić za kimś, kto prawdopodobnie nie ma racji, ale jest naszym mężem / żoną / partnerem / dziewczyną / chłopakiem i nie będziemy przecież ostatnim gwoździem do trumny. Kiedy nie chce nam się już gadać, bo ileż można gadać? Kiedy zasypiasz na kanapie i ktoś przykrywa cię kocykiem. Kiedy płaczesz a on / ona nie mówi ci "przestań już się mazgaić". Kiedy pręży się przed nim / nią młodsze, bardziej jędrne ciało, całkiem ładne, a on / ona twierdzi "na pewno jest głupia".

CC0 pexels comfot. CC0 pexels .com

Nie wiem do końca, kiedy jest miłość, ale wydaje mi się, że dosyć dobrze wiem, kiedy jej jeszcze nie ma.

Więcej o: