Multimasking - stara metoda pielęgnacji odziana w nowe marketingowe ciuszki

Multimasking został ogłoszony nowym trendem. Na wyrost. Pomysł bowiem niekoniecznie jest nowatorski, ale na pewno dobry. Skóra na twarzy jest różna, dlatego powinno się używać różnych kosmetyków. A aby zaoszczędzić czas - najlepiej jednocześnie.

Ze wszystkich zdjęć w internecie najbardziej podobają mi się te, na których są kotki (fot. MM)Ze wszystkich zdjęć w internecie najbardziej podobają mi się te, na których są kotki (fot. MM)

Multimasking nie jest zły. Powiedziałabym, że bardzo dobry, bo zwraca uwagę na fakt, że na twarzy mamy różne rodzaje cery. Czoło, nos i policzki mogą wykazywać tendencję do przetłuszczania się, podczas gdy policzki mogą być na przykład przesuszone. U mnie jest inaczej, bo akurat przesuszone mam czoło przez leczenie trądziku (obrzydliwość i upokorzenie). Pocieszam się jednak tym, że cera mieszana wydaje się wieść w Polsce prym.

Niezależnie jednak od konkretnych przypadłości, rzeczywiście na określone rejony twarzy powinno się nakładać różne produkty. Maseczki, które aplikujemy w tzw. strefie T powinny raczej regulować wydzielanie sebum, podczas gdy te nakładane na policzki mogą na przykład uszczelniać naczynia krwionośne (przy cerze naczynkowej) lub nawilżać (przy cerze suchej lub zwiotczałej). Właściwa pielęgnacja opiera się przecież na założeniu, że dajemy skórze to, czego najbardziej potrzebuje.

Popularność multimaskingu wynika stąd, że pokazuje najprostszą rzecz na świecie, a mianowicie to, że nie trzeba poświęcać na pielęgnację zbyt wiele czasu. Maseczki nakłada się przecież jednocześnie. Dla mnie to bardzo ważne, bo czasu mam mało i choć uwielbiam kosmetyki, nie zamierzam poświęcić im życia. Dodatkowym atutem multimaskingu jest to, że po nałożeniu wygląda się dość zabawnie, może nawet lepiej niż gdy cała twarz jest pokryta np. jednobarwną glinką. Zresztą, spójrzcie.

Techniki aplikacji są różne - można maseczki nakładać palcami, można (i to polecam) płaskim, szerokim pędzelkiem. W kwestii naklejania nawilżających plastrów pod oczy czy peelingujących na nos sprawa jest oczywista. Plastry należą do moich ulubionych produktów, bo ich nałożenie trwa sekundę. Przetestowałam też ich wytrzymałość. Przetrwają pracę na komputerze (pozycja siedząca) i odkurzanie (pozycja pochylona). Nie przetrwają niektórych zabaw, ale o nich pisać nie będę.

Mój zestaw na weekend. Hialuron pod oczy, aloes i drobinki złota na resztę (fot. MM)Mój zestaw na weekend. Hialuron pod oczy, aloes i drobinki złota na resztę (fot. MM)

Zamieszanie wokół tego pielęgnacyjnego "trendu" może nam konsumentkom wyjść na dobre. Mam bowiem nadzieję, że producenci dostosują objętość jednorazowych maseczek do nowych potrzeb, a przynajmniej część z nich zaopatrzą w praktyczną mininakrętkę, dzięki czemu maseczka awansuje do ligi "dwurazowych". Mutimasking wymaga bowiem co prawda użycia co najmniej dwóch maseczek, ale za to w mniejszych ilościach. Dlatego niektóre maseczki jednorazowe okazują się dość niepraktyczne. Można je naturalnie  zamykać posiłkując się domowymi sposobami, ale przyznaję, że nie lubię szukać gumek recepturek czy innych spinaczy.

Oczywiście, są dostępne maseczki w większych objętościach. Praktyczne słoiczki czy pudełeczka pozwalają aplikować tyle, ile akurat w danej chwili potrzebuję. Nie grozi mi wyschnięcie. Mam w tej grupie swoich faworytów. Po pierwsze GlamGlow. Czy to wersja niebieska dobrze nawilżająca, pachnąca kokosami, czy jej czarna siostra - delikatnie złuszczająca, za każdym razem jestem zachwycona. Minus? Obejdzie się bez zaskoczeń - cena. Maseczka zamknięta w pojemniczku 50 g kosztuje około 230 zł. Czy warto zainwestować? Moim zdaniem tak, ale wiem, że nie jest łatwo wydać, aż tyle na maseczkę, dlatego będę ostrożna w namawianiu. Poczytajcie w sieci opinie dziewczyn o tych maseczkach. One zrobią to za mnie.

Możecie też obejrzeć tutorial poświęcony tymże maseczkom, choć wymaga to pewnej cierpliwości. Przyznaję, że nie jestem najbardziej cierpliwą odbiorczynią tutoriali, ale doceniam to źródło informacji. Dla bardziej analogowych odbiorców przygotowałam zdjęcia. Nieruchome takie obrazki.

Jedna z lepszych maseczek nawilżających, jakie miałam w swojej kosmetyczce (fot. materiały promocyjne)Jedna z lepszych maseczek nawilżających, jakie miałam w swojej kosmetyczce (fot. materiały promocyjne)

GlamGlow ma w swojej ofercie, aż cztery rodzaje maseczek, ale próbowałam dwóch, więc tylko o nich piszę. Wersja czarna wydaje mi się bardziej odpowiednia dla skóry dojrzałej, bo wyraźnie skórę rozświetla. W swoim składzie ma tajemniczy składnik, który ma pobudzać produkcję kolagenu. Nie bardzo w to wierzę, ale za to widzę działanie obkurczające rozszerzone pory (ani chybi to ta francuska glinka, o której pisze producent). Maseczka idealna dla nikotynowych księżniczek.

Dla kobiet, które widziały w życiu już sporo i nie chcą widzieć więcej rozszerzonych porów (fot. materiały promocyjne)Dla kobiet, które widziały w życiu już sporo i nie chcą widzieć więcej rozszerzonych porów (fot. materiały promocyjne)

Bez wstydu mogę polecić też maseczkę z serii Ziaja Pro. Zwłaszcza tę dotleniającą z czerwoną glinką. Skutecznie skórę odświeża i napina. Czytając jednak opinie innych użytkowniczek, natrafiłam na skargi, że niekiedy szczypie. Myślę więc, że nie jest to propozycja dla dziewczyn mających skórę wrażliwą i skłonną do podrażnień. Ale dla tych, których policzki mają ziemisty koloryt, jak najbardziej. Cena nie jest odstraszająco wysoka - ok. 25 zł za 200 ml, więc jeśli nawet nie przypadnie komuś do gustu, żal nie powinien zamroczyć oczu wściekłością. Kłopotów raczej spodziewam się z dostępnością. Swój egzemplarz nabyłam podczas wizyty w jednym z popularnych hipermarketów, ale na szczęście można maseczkę zamówić w internetowych sklepach.

Uwaga - może lekko szczypać! Wrażliwe buźki to nie dla was (fot. materiały promocyjne)Uwaga - może lekko szczypać! Wrażliwe buźki to nie dla was (fot. materiały promocyjne)

Nie lubisz kupować w sieci? Dla tych, którzy preferują wizyty w drogerii, mogę podpowiedzieć jeszcze jedną niezawodną maseczkę. Polska, bardzo nawilżająca, działająca szybko - znana i mam nadzieję lubiana dr Irena Eris i jej seria Algorithm. Maseczka do twarzy i szyi działa jak kompres, dość szybko odżywia, zmiękcza skórę i dzięki nawilżeniu dodaje jej blasku. Polecam tym kobietom, które tak jak ja wyglądają jakby sen je brzydził. Okład z tej maseczki (połączony oczywiście z inną maseczką) powinien ten niekorzystny efekt zniwelować. Cena przyjazna - za 75 ml należy zapłacić ok. 75 złotych. Tak wiem, że jednorazowe maseczki są tańsze, ale te wygodniejsze.

Podobnie jak Marta lubię polecać polskie kosmetyki. Ta maseczka jest naprawdę dobra (fot. materiały promocyjne)Podobnie jak Marta lubię polecać polskie kosmetyki. Ta maseczka jest naprawdę dobra (fot. materiały promocyjne)

Chętnie poznam wasze ulubione maseczki. Wciąż szukam takiej, która zachwyci mnie bardziej niż czarna GlamGlow. Może podpowiecie coś, co jest lepsze? Zrewanżuję się drobnym ostrzeżeniem. Zawsze byłam wierna zasadzie, że nie kupuję produktów milion w jednym, bo zazwyczaj coś co jest do wszystkiego, zazwyczaj jest do niczego. Niestety, uległam magii słowa "kultowy" i kupiłam olejek marki NUXE. Tak, ten najbardziej znany na świecie. Nie przeczę, że pięknie nabłyszcza ciało i włosy, ale nałożony na twarz - jest niegrzecznym ancymonem. Powiem wprost, zostawił po sobie nieładną wysypkę. To niewybaczalne. Niech jego fotografia będzie niczym list gończy.

Ancymonie jeden, nie nadajesz się do wszystkiego (fot. MM)Ancymonie jeden, nie nadajesz się do wszystkiego (fot. MM)

Więcej o: