Czy coś się zmieniło po ślubie? Odpowiedź zadowalająca wszystkich

Po ważnych wydarzeniach w życiu nadchodzi czas na ważne pytania. Jednym z przewijających się ostatnio często w rozmowach jest, czy po ślubie czuję się jakoś inaczej?

Czyli nic się nie zmienia?Czyli nic się nie zmienia?

Trzy miesiące temu wzięłam ślub. Wiele osób (wiem, że) z czystej życzliwości - z uśmiechem i nadzieją w oczach zadaje mi pytanie: co się zmieniło po zalegalizowaniu związku. Mam wrażenie, że część pytających naprawdę chcę usłyszeć jakąś mądrą odpowiedź. Pozostali, zakładam, pytają w ramach kurtuazyjnej pogawędki Cóż. Postanowiłam udzielić kilku odpowiedzi, tak by zadowolić wszystkich. Także tych, którzy po własnym ślubie będą musieli odpowiedzieć na to pytanie. Oto instruktaż różnych odpowiedzi na różne okazje.

Wierząca ciocia

Noooo. Skoro już dojechałam do tej (ponad) trzydziestki w czystości, czekając na tego jedynego, to chyba wiadomo, co się zmieniło? (Tu OBOWIĄZKOWY rumieniec). Nic więcej nie powiem, bo przecież... (rumieniec, ewentualnie nerwowy chichot).

Kolega kawaler

Wszystko! Moje libido (z i tak rozbuchanego, wszak przecież bez tego nie byłoby ślubu!?) wskoczyło na jeszcze wyższy poziom. Teraz chce mi się nawet, gdy śpię. Poza tym odkrywam w sobie niezwykłe rozmiłowanie w praniu i gotowaniu. I uwielbiam zbierać po mężu zostawiony czasem gdzieś brudny kubek czy zmiętolone skarpetki. Jak był chłopakiem i narzeczonym, strasznie się wkurzałam. A teraz? Myślę - oooo, mąż zostawił. I z uśmiechem na ustach podnoszę, zabieram... Czasem nawet przebieram się w jakieś sexy fatałaszki, by emanować większą radością sprzątania.

Ślubosceptyczna znajoma

Słuchaj, to bardzo ułatwia kwestie związane z przedstawianiem faceta w różnych kręgach. Znajomym możesz powiedzieć - poznajcie mojego chłopaka. Ale już w sytuacjach bardziej formalnych czasem tak dziwnie to brzmi, wszak nie jesteśmy już w liceum. A to bardzo ułatwia - mówisz: to mój mąż. I od razu, z automatu jakiś taki szacun jest! Chyba idzie za tym podwyżka.

Zamężna znajoma

No wszystko! Czujemy teraz tę więź jakoś tam bardziej, mocniej, inaczej! Wstajemy rano, patrzymy sobie w oczy i wiemy jakoś tak wyraźniej, że wszystko jest jak trzeba, że to było spełnienie naszych marzeń, ten ślub. Takie dopełnienie, wiesz? (Nawet jak nie wie, będzie kiwać głową, bo przecież nie wyzna, że u niej nie było tak wspaniale).

Uniwersalna odpowiedź

Zmieniło się wszystko! Nagle zaczęliśmy chodzić tyłem, widzieć w ciemnościach i porozumiewać się tylko nam zrozumiałym językiem. Mnie na plecach zaczęły rosnąć skrzydełka, jemu dodatkowa para rąk i trzecia noga. Zauważyliśmy też, że świecą nam uszy, gdy pada deszcz. Magia małżeńska to się chyba zwie...?

Natychmiast po wypowiedzeniu TAK udzieliła mi się niespotykana energia taneczna / fot. Marta BrodziakNatychmiast po wypowiedzeniu TAK udzieliła mi się niespotykana energia taneczna / fot. Marta Brodziak

Szczerze?

Tak, coś się zmieniło, ale to jest nieuchwytne, a próba nazwania tego sprowadza mnie na manowce infantylnego romantyzmu. Myślę sobie, że kilka (nie tak znowu wiele) dekad wstecz było to na pewno bardzo wyraźne i łatwe do nazwania, gdy rzeczywiście ślub był obrzędem przejścia. Do współżycia - rozumianego nie tylko jako dzielenie alkowy z mężczyzną, ale i wspólne życie w sensie adresu i poddania się w pewnym sensie męskiej opiece. Dziś, przy naszej babskiej samowystarczalności i wielkomiejskim podejściu, że ślub nie jest potrzebny, staje się on czymś wyjątkowym. Bo nie bierzemy go, by uciec spod skrzydeł rodziców i legalnie się bzykać. Bierzemy go, bo naprawdę chcemy. Albo nie chcemy, ale to też jest wówczas świadome i staje się manifestem.

Też myślałam, że ślub to nie dla mnie - tyle zachodu, by podpisać świstek, a co to zmienia? Ale po tym wszystkim muszę przyznać, że było warto. W dniu ślubu, rano dostałam smsa od koleżanki. Napisała mi: „pierdy śmierdy, że ślub zmienia wszystko są dla romantycznych lal, ale zobaczysz jutro z rana jakie to śmieszne, że będziesz mogła powiedzieć: Dzień dobry, Mężu!”. Może mnie zaczarowała tym smsem, a może rzeczywiście coś w tym jest, bo następnego dnia rano otworzyłam zapyziałe i skacowane oko, zobaczyłam śpiącego na poduszce obok skacowanego zapyzialca i pomyślałam z ogromną czułością „oto MĄŻ”.

Czy coś się zmieniło po ślubie? Wciąż jest tak samo fajnie. No może o jeden bardziej.

***

[W odpowiedzi na miłe zapytania o kieckę (dziękuję!) - wszak co jest ważniejszego w dniu ślubu, jak nie ona, hihi - spełniam prośbę Czytelniczek i prezentuję ją w całości (z poszanowaniem prywatności moich gości i Męża).

Kiecka z kilkudziesięciu warstw tiulu w kilku kolorach: trzech odcieniach szarości i różnych różo-fioletach. Jest to  efekt owocnej kolaboracji: mój projekt ołówkiem na kartce, moja kochana Ciotka i jej wiedza gdzie-co-jak, jeśli chodzi o materiały i szycie oraz polecona przez nią zdolna krawcowa. Kiecka jest prezentem ślubnym od w/w wymienionej kochanej Ciotki, więc jej tu za to podziękuję, a co! :) ]

Oto ja i moja kiecka / fot. Marta BrodziakOto ja i moja kiecka / fot. Marta Brodziak

Więcej o: