Nos w sos? Niekoniecznie. O dzieciach w restauracji

Czy zabierać ze sobą dzieci do restauracji? Oto jest pytanie (które zawsze podgrzeje Internet i towarzyską konwersację). Bo choć niby wiemy, że nikt nie rodzi się wirtuozem sztućca, to jednak mało kto wytrzymuje towarzystwo adeptów sztuki.

Drzewiej to nie było takich problemów fot. Pexels.com CC0)Drzewiej nie było takich problemów. Dzieci wiedziały gdzie ich miejsce fot. Pexels.com CC0)

Ileż to już deszczy niespokojnych potargało sieć w kwestii dzieci w miejscach publicznych! A to zrobią kupę do pieluszki i zostaną niedyskretnie przewinięte. A to pożywią się z piersi, która, jak wiadomo, należy do przemysłu reklamowego, nie do ciała matki (patrz: szczucie cycem). A to po prostu są i coś robią - coś, co nie jest:

a) podawaniem szklanki wody starcom

b) zarabianiem na nasze przyszłe emerytury.

Same problemy. Jednak najgorsze są dzieci w miejscach związanych z jedzeniem, w tak zwanych restauracjach (przedyskutujcie w grupach: co w dzisiejszych czasach oznacza „restauracja”? Czy na stole musi być obrus? Czy rachunek musi wynieść przynajmniej 100 zł na osobę, nie wliczając w to drinka i deseru? Czy kelner musi podać na dzień dobry kartę win, którą od razu z lekkim zawstydzeniem odsuniecie na bok?)

Polska to, jakby to delikatnie ująć, niezbyt zamożny kraj. Jedzenie poza domem nie należy do żelaznego kanonu obyczajów - bo drogo, pewnie kucharz na zapleczu pluje do zupy świeżym prątkiem gruźlicy, no i po co jeść jakieś świństwa, skoro można sobie coś szybciutko upichcić w domu i wciągnąć to do jamy ustnej przed telewizorem. Kiedy wychodzimy do restauracji, to często znaczy, że odkładaliśmy na to pieniądze przez x czasu (x = wiele, dla każdego jest to trochę inny okres), mamy rocznicę, dziadkowie zabrali nasze własne dziecko na ten jeden wyjątkowy wieczór, generalnie: ma być super i z dyskretną muzyką skrzypcową w głowie oraz całusem przy ostatnim klopsiku. Nawet, jeżeli restauracja to trochę bardziej ekskluzywny kebab, taki z kelnerką, a nie kolejką głodomorów otaczających wzrokiem pana ze skrawarką do mięsa. Oczywiste jest więc, że nie chcemy, żeby atmosferę profanowała obecność dziecka. Bo niby co to ma znaczyć? Że takie małe coś może już poznawać egzotyczny smak baraniny i cienkiego ciasta? Na to trzeba najpierw zapracować i zżuć beczkę schabowych. I nie wydawać przy jedzeniu (oraz przy życiu) dziwnych odgłosów. I jeszcze trzeba mieć zęby. Co najmniej cztery. W głowie się rodzicom przewraca, kiedy my byliśmy mali, raz do roku szło się z dzieckiem na lody do Hortexu i na zapiekankę w ZOO. Czy komuś działa się krzywda i larum grało? Nie grało. A tutaj gra, i to dość obrzydliwie, jakaś pozytywka w wózku. Co za czasy, nie można zjeść spokojnie.

Skoro już odbębniłam część ironiczną, czas na część właściwą: zabierać dzieci na publiczne szamanie czy nie? Oczywista wydaje się odpowiedź: zabierać, jeżeli potrafią się dobrze zachować. Zgoda. Ale wiecie co? Nikt nie rodzi się smakoszem i wirtuozem sztućca. Nie jest tak, że przeczekamy bezpiecznie pierwsze sześć lat w zaciszu domowej kuchni, a potem wypuścimy na świat układne stworzenie, które błyśnie pałeczkami, odróżni sercówkę od omułka i nie będzie wybierało duszonej cebuli z potrawki. Brzydko jedzące dzieci, które nie umieją zachować się przy stole, zawsze wprawiały mnie w bolesną konsternację. Gdzie się chowają te Kaspary Hausery gastronomii? Czy rodzicom nie więdną uszy od odgłosów mlaskania dobiegających z krzesła ośmiolatka? Czy to, że dziecko nie potrafi samo pokroić kotleta mam przyjąć za znak, że wychowane zostało bezstresowo, z dala od przestarzałej kindersztuby?

Pewne nawyki trzeba wyrabiać - i to może być bolesne. Nie chodzi mi o pranie delikwenta po łapach, niewprawnie trzymających sztućce, ale o własną wygodę. Czasem łatwiej powiedzieć: „Odpuszczam, jest małe, niech siedzi w domu, napycha się ziemniakami i dłubie palcem w groszku, ma dopiero cztery lata. Niech biega z krzykiem między stolikami, przecież się bawi”. Po drugiej stronie jest, niestety, uparte korygowanie, pouczanie, zabawianie, zamienianie posiłków w ech, „kolorową przygodę” (nie wierzę, że to napisałam). Czasem pojawia się przekupstwo, szantaż i straszenie Mikołajem, który wszystko widzi, na przykład to rozlane po raz piąty kakao (uwaga: strasznie Mikołajem działa lepiej w listopadzie niż w kwietniu). Podobnie wygląda sprawa z dzieckiem w miejscach przeznaczonych do publicznego celebrowania jedzenia. Nie wszystko od razu i nie zawsze się uda wyjść z lokalu z tarczą (tarcza = pełny żołądek, uśmiech na twarzy, dziecko niespazmujące). Ale trzeba próbować i można osiągnąć dobre efekty oraz nie narazić się na lincz, ostracyzm i dożywotni zakaz wstępu. Wystarczy pamiętać o kilku prostych zasadach.

Fajnie wychodzi się z niemowlakiem. Niemowlak leży/siedzi w wózku i do pewnego momentu broi niewiele, za to ma skłonność do popadania w fascynację najbardziej banalnymi przedmiotami (polecam makaron penne w szeleszczącej folii, zabawa na godziny). Dlatego można pokusić się o wyjście do prawdziwego lokalu (wcześniej dobrze zadzwonić i poprosić obsługę o zarezerwowanie stolika z boku, żeby wózek nie przeszkadzał innym). Oczywiście w tym przypadku nie ma mowy o kilkugodzinnym celebrowaniu posiłku i niezmąconej niczym pogawędce przy winie. Ale lepszy rydz (na przykład w śmietanie) niż nic.

Dziecko ma miesiąc. Trochę śpię, ale za to w ogródku pizzerii (fot. O.W.)Dziecko ma miesiąc. Trochę śpię, ale za to w ogródku pizzerii (fot. O.W.)

Potem można umieścić dziecko w wysokim krzesełku, większość knajp ma coś takiego na stanie, mniej lub bardziej oblepione. Takie siedzące stworzenie może dostać już swój talerzyk, a na nim resztki z pańskiego stołu (czyli z naszego, rzecz jasna). Kiedy moja córka miała rok, jadaliśmy maniakalnie w libańskiej piekarni - placki z serem i przyprawami były niedrogie, ciepłe i smaczne. Greta uwielbiała maczany w oliwie brzeg placka i ajran wysysany z plastikowego kubka.

Ubranie się wypierze (fot. O.W.)Ubranie się wypierze (fot. O.W.)

Wchłonęła przy tym pewnie wiele wzmacniających układ odpornościowy mikrobów, w każdym razie na żołądek nie chorowała i nie choruje. Wskazówka: dziecko zazwyczaj rozrzuca jedzenie. Nie jest niczym niewłaściwym, żeby zabrać ze sobą plastikową podkładkę, śliniak, mokre chustki i przed wyjściem zostawić stolik w stanie zbliżonym do pierwotnego. Kelnerzy będą wam wdzięczni, a dobra karma będzie promieniować w waszym generalnym kierunku. Poza tym tak wypada, po prostu.

Trawię i kołyszę (fot. O.W.)Trawię i kołyszę (fot. O.W.)

Kiedy dziecko chodzi, robi się trudniej. Jeżeli jest lato, dobrze wybrać miejsce z zamkniętym ogródkiem i na zmianę oprowadzać po nim delikwenta. Jeżeli jest zima, a w pobliskich lokalach nie ma zagrody dla małoletnich - cóż, chwilowo darowałabym sobie wyjścia. Nie będę dla nikogo przyjemne. Gdyż - czy już widzicie myśl przewodnią dotyczącą bywania z dzieckiem w restauracjach? - najważniejsze to (jednak!) nie przeszkadzać innym. Kiedy moje dziecko zaczyna się wściekać i wrzeszczeć, nie udaję, że za dwie minuty mu przejdzie i w ogóleeeee, co to społeczeństwo takie nadęte, matka ma prawo wyjść z domu, a dziecko ma prawo płakać. Krzyczy? Trudno, wychodzimy, prosząc z rozpaczą o zapakowanie reszty posiłku w elegancki styropian. Może jest zmęczone, może się nudzi, może cała wyprawa trwa już dla niego za długo, widocznie plan dnia był za bogaty. Ale to jest już mój problem i zagadka do rozwikłania, a nie ludzi dookoła. Następnym razem spróbujemy rozegrać to inaczej - najpierw jedzenie, potem spacer. Może zabrać 5 ulubionych książeczek zamiast jednej? Może iść na pizzę, a nie na tajskie curry? Na pewno można coś wykombinować. Na pewno można trochę wytresować, przykro mi.

Czasem jednak udzielam dyspensy na maniery (fot. O.W.)Czasem jednak udzielam dyspensy na maniery (fot. O.W.)

Teraz moja córka ma trzy lata i wspólne wyjścia wkroczyły w kolejny etap: Greta jest świadoma tego, jakie zachowanie jest właściwe - natomiast niekoniecznie za każdym razem chce i umie dostosować się do zasad. Jest to zarazem łatwiejsze i trudniejsze niż wszystkie poprzednie momenty. Łatwiejsze, bo można jej już wiele wytłumaczyć i zdanie „Wytrzymaj jeszcze chwilę, skończę jeść i wychodzimy” nie jest abstrakcyjnym bełkotem. Ale kiedy nie działa, to czuję, jak skacze mi ciśnienie: dlaczego dziecko, które potrafi czasem przez godzinę przestawiać dwie figurki po stole i opowiadać im bajki, nie potrafi nagle wytrzymać kwadransa bez robienia głupich min i osuwania się demonstracyjnie pod stół? Dlaczego wylewa na siebie sok? Dlaczego wychodzimy w niezgodzie, znowu wyposażone w białe, skrzypiące pudełko? Jednak zdarza się to coraz rzadziej. Zazwyczaj córka siedzi grzecznie, zjada ryż, zjada warzywa, czasem pragnie frytek i dostaje frytki, a ja czuję, że wykonałam dobrą robotę i po trzech latach znojów i wyrzeczeń mogę świecić światu w oczy cywilizowanym dzieckiem, które wie, do czego służy widelec, a do czego serwetka.

Dlatego zabierajmy dzieci do knajp, barów i restauracji, ale pamiętajmy, że to do nas należy odpowiedzialność za komfort zarówno dzieci, jak i innych przebywających w okolicy.

Więcej o: