Nie jestem bałaganiarą. Niestety. (Bo kto normalny lubi sprzątać?!)

Trudno wyznać, że nie jest się idealną panią domu i przestrzeni. Ale równie trudno wydać sobie wewnętrzną zgodę na bycie porządnicką ze ściereczką i mopem. Sprzątanie jest jakieś takie... no nie wiem... stereotypowo kobiece? Budzące kiepskie skojarzenia? Kto normalny CHCE sprzątać?

Kiedy byłam młodą panną, zawsze odczuwałam wewnętrzną złość na widok mamy układającej wieczorami różne rzeczy. Porządki w szufladzie z bielizną. Wycieranie parapetu. Prasowanie zasłon. Ba, prasowanie ubrań! Po co to? - pytało moje niezgodne ja. Czy nie lepiej siąść i siedzieć? Po to jest wieczór. Nie sugeruję tu bynajmniej, że mama była ślepo uwiązana do obowiązków i nic innego nie zaprzątało jej głowy. Skądże - czytała, oglądała filmy. Ale mogłaby, moim zdaniem, czytać i oglądać jeszcze więcej, gdyby przyjęła kilka prostych zasad, kierujących moim życiem: papierki od słodyczy świetnie mieszczą się w szczelinie pomiędzy tapczanem a ścianą. Wyjmować można (ale nie trzeba) raz w miesiącu. Zamiast myć kubek po herbacie, lepiej zebrać ich piętnaście i wyszorować hurtem, najpierw długo żonglując kategoriami „brudny-za brudny-spleśniały-wrzątek zabije zarodniki-umyję potem”. Dodam, że moim ideałem wnętrzarskim był w tym czasie przytulny nieład - tu poduszka, tam koc, dużo bibelotów, świeczników, obrazków, zdjęć i kurzu oraz książki, wszędzie. Taka lokalna Amelia Poulain, żeby nie szukać daleko inspiracji.

Dziiiiiiiiiwne / fot. commons.wikimedia.orgDziiiiiiiiiwne / fot. commons.wikimedia.org

I miało być tak pięknie i swobodnie! Tymczasem skończyłam 18 lat, potem 20, potem wyprowadziłam się z domu i mogłam wreszcie uskuteczniać swoje ideały do woli, bez ojca-matki dostających ataku astmy na sam widok mojego pokoju. No i - zabijcie mnie i zapeklujcie, ale nie wiem, co się stało. Czy to tęsknota za domem rodzinnym, oddalonym aż o pięć przystanków tramwajowych, czy złowieszcze geny? W każdym razie odczułam wyraźnie, że nieład mnie nie kręci. Zamiast przylepiać do ścian kolaże ze zdjęć przyjaciółek i pijackich, malowniczych imprez w letnie noce, pomalowałam rzeczone ściany na biało. Narzuty i poduszki szybko wybił mi z głowy swoimi wiecznie ubłoconymi łapami pies. Wąski parapet wykluczył malowniczą plantację ziół. Generalnie, mieszkanie w kawalerce składającej się z pokoju i metra czegoś, co pokojem nie było (i kuchnią też nie, mimo zlewu w ścianie), wymagało żelaznej dyscypliny albo utonięcia w chaosie. Gdyby jeszcze to był lokal własnościowy - kreatywne przeróbki mogłyby go uratować. Ale nie będę wszakże budowała właścicielowi antresoli i systemu szafek pod sufitem łazienki, nieprawdaż. Nawet, gdyby chciał. Zamiast tego będę chowała, wyrzucała, redukowała i czyściła.

Dziś mam 33 lata i sama jestem matką. Dobrałam sobie na drogę życia partnera równie zakochanego w pustych przestrzeniach (czego trudno spodziewać się po absolwencie ASP - ale, jak się okazuje, nie każdy artysta musi paradować po domu w wymazanym farbą kitlu, roniąc po drodze pędzle). Moja trzyletnia córka sumiennie chowa swoje buty do szafki i nie zaśnie, dopóki sukienka jej lalki nie zawiśnie równo na wieszaczku. Uwielbiam sprzątać, uwielbiam mieć czysto. Ale... Budzi to mój wewnętrzny sprzeciw i nie licuje z wizją siebie, którą pieszczę w głowie (z papierosem, w jedwabnym peniuarze, popijam kawę i psuję sobie oczy nad kolejną lekturą). Sprzątanie jest jakieś takie... no nie wiem... stereotypowo kobiece? Niedowartościowane? Budzące kiepskie skojarzenia? Kto normalny CHCE sprzątać? To zawsze jest narzucona czynność, zło konieczne, czyste mieszkanie budzi niepokój, czyste dziecko jest nieszczęśliwe, wiadomo. No i czas - czy naprawdę nie mogłabym poświęcić go na coś pożyteczniejszego? W końcu nie zarabiam tak źle, może zatrudnię „panią do sprzątania” z Ukrainy? Będę miała czysto, zapłacę niedużo, pani zarobi, wszyscy szczęśliwi. Tak? Nie. Ostatecznie takie rozwiązanie wydało mi się nieetyczne i niesolidarne. Nie chcę, żeby inna kobieta szorowała moje podłogi, kiedy ja leżę na kanapie lub oddaję się rzekomo czynnościom wyższym (np. czytam kryminał lub piszę niedowarzony felieton dla pewnego znakomitego serwisu). Nie jestem w stanie zmieścić tego w moim horyzoncie feminizmu i siostrzeństwa, przynajmniej dopóki jestem zdrowa, silna oraz mam komplet rąk i nóg.

Musi być RÓWNIUTKO / fot/ www.pexels.com CCoMusi być RÓWNIUTKO / fot/ www.pexels.com CCo

Przyznajcie sami - fajniej wrzucić na fejsa zdjęcie malowniczej, domowej katastrofy przestrzenno-gospodarczej z lekceważącym, wyzwolonym tagiem „#chu***a pani domu” niż na pytanie o weekend odpowiadać:

1. Sprzątałam w szafach. Znowu? Jakie znowu? Nieee, dwa tygodnie temu chowałam letnie ubrania, teraz przeglądałam różne rupiecie i sprawdzałam, czy przypadkiem nie da się któregoś wyrzucić. I wiesz co? Miałam zbędną doniczkę, ale już jej nie mam, uff. Co za ulga.

2. Usuwałam przedmioty z pola widzenia. Wyobrażasz sobie, na półce aż dwie świeczki. Wystarczy przecież jedna, po co tyle wizualnych bodźców.

3. Układałam książki na półkach tak, żeby pasowały do siebie wielkością i kolorami grzbietów. Owszem, dzięki temu „Magiczny pudding” stoi teraz pomiędzy Vianem a „Życie: instrukcja obsługi”. Ale to ma sens!

Do linijki! / fot. Olga WróbelDo linijki! / fot. Olga Wróbel

4. Fantazjowałam o wyrzuceniu wszystkich papierowych książek, które właśnie poustawiałam i zastąpieniu ich schludnymi plikami w formacie mobi.

5. Pojechałam do Ikei, ale nie kupiłam zasłon (za pstrokate!), układałam za to kompulsywnie zabawki w kąciku dziecięcym, były w okropnym nieładzie.

6. Posprzątałam w pokoju córki. Hm? Czy płakała z powodu tych wszystkich maskotek, które trafiły do worka? Może przez pierwszą godzinę.

7. Skrobałam wykałaczką szczeliny między blatami kuchennymi a listwami, zawsze zbiera się tam taki dziwaczny brud. Potem wysysałam z innych szczelin okruchy za pomocą specjalnej nakładki i odkurzacza. A jeszcze później usprawniałam system sortowania śmieci. Nie, nie potrzebuję pomocy specjalisty od natręctw, dziękuję. Ale jakbyś znała jakiś środek, który doczyści ramy okienne...

I tak dalej. Czy to brzmi sexy i nowocześnie? Nie. Czy dobrze mi się śpi, jeżeli wcześniej nie wyniosłam kubka po herbacie do zlewu, nie wywietrzyłam pokoju i nie ułożyłam aktualnych lektur w schludny stosik, odpowiednio oznaczony zakładkami? Też nie. Kiedy koleżanki przychodzą do mnie na wybawianie dzieci lub - rzadziej - na herbatę, mówią ze zgrozą: „Jak tu czysto!” i wtedy ja odpowiadam, błyskając zębami: „Bo lubimy sprzątać!”. Budzi to pewną wyczuwalną nieufność. Czy jestem ponurą frustratką, wściekającą się na dziecko o każdą plamę? Nie. Ale kiedy zabawa się kończy, wycieram, sprzątam i chowam na miejsce cokolwiek było w użyciu. Czy mąż mnie zmusza do pucowania ogniska domowego? Skądże. Mąż narzeka, że nadal mamy za dużo wszystkiego wszędzie i on by chciał to sprzątnąć. Czy nie potrafię się wyrwać z okowów konwencji? Potrafię, ciastem nikogo nie poczęstuję i mało prawdopodobne, że ugotuję kiedyś obiad z dwóch dań (mięso i jarzyna to już prawie dwa dania, no nie?) Ale po prostu lubię mieć porządek.

Pedantki wszystkich krajów, łączcie się!

P.S. Ubrań nadal nie prasuję, bez przesady.

Więcej o: