Traszki, ptaszki i fistaszki... Co twoje dziecko wie o przyrodzie?

Na poziomie deklaracji wszystko jest proste: kochamy zwierzęta i rośliny, chcielibyśmy nauczyć nasze dzieci wrażliwości na przyrodę, bo to ładnie brzmi i dobrze wygląda w CV (żartuję). Ale jak się właściwie do tego zabrać? Na początek proponuję wyjść razem z domu...

Moi dziadkowie wychowywali się na wsi. Wiecie, klasyczne klimaty: bieda, pole, inwentarz, żniwa, boso do szkoły i tak dalej. Potem nastąpił awans społeczny, cała czwórka znalazła się w Mińsku Mazowieckim i tam zajęła pracą umysłową oraz powiększaniem rodzin. Moi rodzice w dzieciństwie mało czasu spędzali w domu: tata bawił się w wojnę na pobliskim poligonie, na wakacje wyjeżdżał na wieś, łapał żaby, męczył kurczęta i buszował w zbożu. Mama zbierała maliny, biegała po ugorach za domem i jeździła na łyżwach po zamarzniętym kanałku pod nasypem kolejowym. Potem rodzice dorośli i wyjechali do Warszawy. Ja i siostra spędzałyśmy wakacje u babci w ogródku, oglądając mrówki, gąsienice i rzucając w siebie zgniłymi jabłkami. Kolejnym pokoleniem jest moja córka. Mieszkamy w bloku. Moi rodzice mieszkają w bloku. Babcia zbliża się do osiemdziesiątki, nie da rady latem zabawiać i kontrolować energicznej prawnuczki. Widzicie, do czego zmierzam, prawda? W każdym pokoleniu kontaktu z przyrodą jest jakby mniej. Dziadkowie, jako dzieci, byli nią otoczeni - dla nich natura była przezroczystym tłem życia. Kontakty mojej córki z błotem i trawą są starannie aranżowanymi wypadami, świętem w blokowej codzienności.

Taka ładna przyroda, nie siedź w domu! / fot. commons.wikimedia.orgTaka ładna przyroda, nie siedź w domu! / fot. commons.wikimedia.org

No dobrze, dzieci siedzą przy biurkach, mają telewizory, konsole, tablety i inne rzeczy, których chwilowo nie umiem nazwać (nie wątpię, że rosnąca potomkini mnie dokształci). Z jednej strony wiemy, dzięki zbiorowej mądrości, że to bardzo źle, bo my na trzepaku i w ogóle. Z drugiej strony, cały czas powtarza nam się przecież, że nie potrzeba już humanistów, socjologów, artystów i innych darmozjadów PKB. Trzeba kształcić inżynierów, informatyków, społeczeństwo musi być nowoczesne, stechnicyzowane i konkurencyjne. Gdzie w tym miejsce na sianie wiosną rzodkiewki, odróżnianie żaby od ropuchy i dwutygodniowe zapalenie oskrzeli po obrzucaniu się liśćmi po szkole w nieszczególną pogodę? Gdzie w ogóle miejsce na samodzielne chodzenie po parku? Przecież ze szkoły odbierają rodzice i od razu wiozą na zajęcia dodatkowe, a dzieci same z domu nie wychodzą, bo w każdym krzaku siedzi pedofil wraz z porywaczem. Czytałam ostatnio książkę „Przygoda z małpką” Stefanii Szuchowej z 1960. Jest ładny, jesienny dzień, więc mama pozwala jechać dzieciom pociągiem podmiejskim do lasu, żeby zrobiły sobie piknik, pozbierały liście i kasztany, pobawiły się na świeżym powietrzu. Dziś, widząc w pociągu takie rodzeństwo, nie oparłabym się pokusie zawiadomienia odpowiednich służb - dziesięciolatka z braciszkiem jedzie sama do lasu? Kto na to pozwolił?!

Jednak wymogi rynku pracy sobie, a nasze organizmy sobie. Kto dziś potrafi powiedzieć tak z marszu, we wtorek ok. 10.30: „Jest spoko, nie jestem zmęczony, mam energię do działania i, generalnie, nie czuję się zbytnio przygnieciony życiem!”. Słyszymy raczej inną mantrę: wypalenie, depresja, nerwice, agresja, ból pleców, ból karku, migrena, duszności, wyczerpanie, niechęć, zgon mentalny, zgaga, zaparcie, hemoroidy. Nasze dzieci? Znerwicowane, nadpobudliwe, płaczliwe, wrzaskliwe, ADHD, otyłość, cukrzyca, problemy z nauką, rozmaite zaburzenia koncentracji.

Do czytania na łonie natury, a co! / fot. Olga WróbelDo czytania na łonie natury, a co! / fot. Olga Wróbel

Przyczyny tego stanu rzeczy, realnego i wyobrażonego (czy zawsze jest rzeczywiście aż tak źle, jak u nas w głowie?) są oczywiście złożone, ale ciekawy trop proponuje Richard Louv, amerykański dziennikarz i działacz społeczno-ekologiczny. W książce „Ostatnie dziecko lasu” twierdzi, że nasze ciała i umysły nie nadążają za tempem przemian technologicznych. Nie jesteśmy stworzeni do bycia wydajnymi automatami działającymi w trybie „zarabiaj-wydawaj”, funkcjonującymi w sztucznym świetle i klimatyzowanych pomieszczeniach. Potrzebujemy kontaktu z naturą - a mamy go coraz mniej i nie przekazujemy właściwych wzorców dzieciom. Żyjemy z narastającym „zespołem deficytu natury” i nawet tego nie dostrzegamy.

Kiedyś biwakowanie i wczasy pod namiotem były normą, dzieci spędzały wakacje na koloniach w kraju, nad jeziorem, u dziadków na wsi, na osławionym podwórku. Dziś wszystko musi świadczyć o finansowym sukcesie rodziny, lecimy więc do hotelu w Tunezji i drepczemy po jałowej plaży ozdobionej wielbłądem. Kto normalny będzie narażał się na zmienną pogodę i inne niewygody kempingu na Mazurach? Ma być zgrabnie, szybko, pewnie i bez przygód. Nasze dzieci widziały więc Kretę, Egipt i Majorkę, za to nie odróżniają prawdopodobnie klonu od topoli, a na widok padalca krzyczą „Wąż!!!”. Potrafią też grać na skrzypcach, znają pod koniec podstawówki trzy języki obce i potrafią rozpoznać dwadzieścia (tysięcy) gatunków dinozaurów, ale nie wiedzą, jak rośnie brukselka i w życiu nie oparzyły się pokrzywą. Nie mają też za bardzo pomysłu, co zrobić z wolnym czasem, jeżeli przypadkiem zostaną wypuszczone z domu. Jechać do lasu? Iść nad rzekę? Posiedzieć na ławce? Po co? Zresztą, i tak mają astmę, alergię i nietolerancję. Kiedy nasze dzieci dorosną i same zostaną rodzicami, nie będą miały weny do rozpalania ognisk ze swoimi potomkami i pokazywania im natury. Same nic o niej nie wiedzą i nie mają żadnych pozytywnych skojarzeń ani wspomnień. „Przyroda” to puste hasło.

W książkach dzieciom wolno łazić po ogrodach / fot. commons.wikimedia.orgW książkach dzieciom wolno łazić po ogrodach / fot. commons.wikimedia.org

Pamiętacie książkę „Tajemniczy ogród”? Nieznośna Mary znajduje zamknięty ogród zmarłej ciotki - praca na świeżym powietrzu zmienia ją, uspokaja, prowadzi też do uzdrowienia stosunków w nieszczęśliwej rodzinie lorda Cravena. Wszystko dzięki kawałkowi ziemi i kiełkującym w niej roślinom. Pozytywny wpływ natury na zdrowie psychiczne jest faktem. Pisze Louv: „W czasie II wojny światowej pionier psychiatrii Carl Menninger prowadził ruch ogrodoterapii w ramach Systemu Hospitalizacji Weteranów. W latach 50. XX wieku pojawił się szerszy ruch uznający leczniczy wpływ ogrodnictwa na przewlekle chorych (...). Okazało się, że nawet przyglądanie się rybkom w akwarium znacznie obniża ciśnienie krwi u badanych osób, inne raporty donosiły o związku między posiadaniem zwierząt domowych a nadciśnieniem i większą szansą na przetrwanie ataku serca”. Wszyscy słyszeliśmy o dobroczynnej hipoterapii czy o psach, które pomagają autystycznym dzieciom w nawiązywaniu kontaktów z otoczeniem. Kiedy chorowałam na depresję, lekarka powiedziała mi: „Jest wiosna, zamiast fantazjować o raku i wymyślać choroby, niech pani idzie do parku i patrzy, jak rosną liście”. Pomogło. Siedzenie w krzakach nad rzeką zrobiło mi lepiej niż siedzenie w domu.

Czy zapoznawanie dziecka z przyrodą jest czasochłonne? Niezbyt. Mierzmy siły na zamiary! Nie mam pary, żeby jechać w październikową sobotę do Kampinosu i szukać z córką tropów łosi, ale czy trawnik pod domem nie może być interesujący? Są tam liście na ozdobnych krzewach, zmieniające akurat kolor. Pamiętasz, córeczko, jak wyglądały w marcu - takie malutkie pączki? W lipcu były zielone, czy dziś uda nam się znaleźć na tym krzaku chociaż jeden, który nie zrobił się żółty? A to jabłko, pamiętasz? Gniło pod żywopłotem całe lato, zobacz, został tylko ogryzek. Wszystko się tak rozkłada. Co to za pisk? Sikorka. Czy wiesz, że sikorka śpiewa inaczej o każdej porze roku? A tu ostatnie liście na trawniku, babka lekarska. Moja babcia przykładała mi ją do skaleczeń. Chodź, zobaczymy, czy zostały jeszcze jakieś kasztany. Hm, tylko brzydkie i pomarszczone. Ale weźmy ze dwa, w domu położymy je na gazie zanurzonej lekko w wodzie i zobaczysz, jak zaczną kiełkować. Może potem zasadzimy je w ogródku w Mińsku? A to wierzba, jeżeli nikt nie patrzy, to możemy urwać kilka witek i zrobić z nich zabawkę dla papug. Śniegulica, te białe kulki. One dla papug się nie nadają. Dobra, możesz nazbierać liści, ten patyk też spoko, zabierzemy do domu, trudno. Mam nadzieję, że na tym trawniku sikają tylko psy. Nie, ślimaków już nie ma. Wiesz, co dzieje się ze ślimakami zimą?

Pogadajmy o ślimakach / fot. commons.wikimedia.orgPogadajmy o ślimakach / fot. commons.wikimedia.org

I tak dalej. Zapewniam was, że spacer wokół bloku z trzylatką może trwać godzinę, a przyniesione zdobycze wystarczą na kolejne kwadranse zabawy. Liście pomalować i odcisnąć na papierze. Z witek zrobić warkocz i zamocować w klatce ptaków. Kasztany wkręcić w kiełkowanie. Sprawdzić w googlu, jak to ostatecznie jest z tymi ślimakami. Owszem, mogłabym zamiast tego włączyć córce film, nawet niegłupi, nawet z przesłaniem ekologicznym („Tupot małych stóp”, „Mój sąsiad Totoro”) i zająć się sobą, ale mnie po tygodniu w biurze taka przechadzka też odpręża. Lubię pogapić się na te liście, sikorki i kałuże. Z przyjemnością wspominam letnie czekanie na przystanku tramwajowym - wypadek w centrum, korek, nic nie jedzie - a my zbieramy sobie kwiaty na pobliskim trawniku i liczymy: ile gatunków na pięciometrowym spłachetku ziemi obok metra? Krwawnik, lnica pospolita, koniczyna biała, koniczyna czerwona, tasznik z listkami w kształcie serc, mlecz, wrotycz, tego nie znam, sprawdzę w domu. Przypominam sobie czasy, kiedy ze mną chodzili tak cierpliwi rodzice i dziadkowie, mam nadzieję, że kiedyś będę te same informacje przekazywała wnuczce. Na co dzień nie jestem może matką idealną, ale odróżniam ziębę od drozda i zrobię wszystko, żeby moja córka nie wyrosła na technokratyczną imbecylkę, dla której wszystko, co lata to ptaszek, a wszystko, co pełza, to robak.

A na wakacje znów pojedziemy nad Liwiec i będziemy grzebać patykiem w piasku, patrząc na małże pełznące dnem rzeki. Nie zobaczymy piramid, nie zaznamy animacji nad basenem, a na obiad będzie makaron z jagodami, na które sikał lis. Czego i wam życzę.

Olga Wróbel, Foch.pl

Więcej o: