Trzydziestolatki powiększają rodzinę, czyli dziecko albo piesek?

Mówi się, że dziewczyny, którym tyka zegar biologiczny, ale nie chcą jeszcze urodzić dziecka, adoptują pieska (kociary pod słowo "piesek" mogą podłożyć "kotka"). Bo można na niego przelać matczyną miłość, a nie trzeba rodzić, karmić piersią ani przewijać. Takie macierzyństwo dla opornych. Czy to naprawdę tak działa?

Czy jestem gotowa, by podarować miłość i wziąć odpowiedzialność? (fot. Unsplash.com CC0)Czy jestem gotowa, by podarować miłość i wziąć odpowiedzialność? (fot. Unsplash.com CC0)

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy chcę mieć dziecko. Oczywiście zadawałam sobie to pytanie już wcześniej (choć wkurza mnie, że „wypada” sobie to pytanie zadawać), ale odpowiedzią zawsze było uspokajające: „później”. Bo jeszcze fajnie byłoby wyjść za mąż, pojechać gdzieś daleko, napisać to i tamto. Większość punktów planu już odhaczyłam, a jeśli czegoś nie zrobiłam, może wcale tak bardzo mi nie zależało. „Później” zamienia się więc powoli w „teraz”. Nic nadzwyczajnego. Skończyłam trzydzieści lat i dylemat: „już tak” kontra „jeszcze nie”, dzielę z większością bliskich mi dziewczyn.

Za opcją „już tak” przemawiają:

a) z grubsza ustabilizowane związki,

b) mniej więcej ogarnięta praca,

c) w miarę osiągnięta dojrzałość

d) wszystkie te biologiczno-fizjologiczne uwarunkowania, na temat których rozwodzić się nie będę, bo zawsze mi od tego „Frondą” wieje.

Za „jeszcze nie”:

a) młody związek,

b) brak stabilności finansowej,

c) dużo do przeżycia.

Nie chcę wypowiadać się za moje przyjaciółki, ani tym bardziej czytelniczki, bo wiadomo, że każda historia jest trochę inna. Niektóre z nas czekają na awans, inne spłacają kredyt, wiele wciąż szuka siebie. Racjonalnie rzecz biorąc, nie mam powodu, żeby dziecka nie mieć. Oprócz tego „egoistycznego”: jestem szczęśliwa, lubię moje życie, takim jakie jest, boję się zakłócić wychuchaną harmonię. Dlatego postanowiłam (a właściwie postanowiliśmy, ale na potrzeby tekstu, męskich motywacji roztrząsać nie będę), że chcę mieć pieska.

Decyzja podjęta. W naszym domu jako pierwszy pojawi się piesek (fot. Pexels.com CC0)Decyzja podjęta. W naszym domu jako pierwszy pojawi się piesek (fot. Pexels.com CC0)

Bo piesek jest czysty, puchaty i słodki, a dziecko potrafi się nieźle rozryczeć, wkurzyć i zabrudzić. Bo pieski nie potrzebują pieluch. Ani klocków Lego, gier komputerowych i prywatnych lekcji francuskiego. Bo jak są głodne, smutne i złe, chwilę poszczekają i idą spać, a dzieci, cóż, ryczą wniebogłosy i oczekują (jak najsłuszniej, bo to, nomen omen, psi obowiązek rodziców) pocieszenia, pomocy i wsparcia. Dzieci trzeba wydać na świat, wykształcić i wychować, pieski nakarmić, ogrzać i wybiegać. Wspólnym mianownikiem jest miłość. Inna, bo kochając pieska, kochamy czasem naszą miłość do niego, a z dzieckiem to jeszcze nie wiem, ale zapewne jest to uczucie obezwładniające, wszechogarniające i zmieniające priorytety. Jest też odpowiedzialność za ogólny dobrostan - w przypadku dzieci i piesków równie dojmująca. Mniejsza może za to, na kogo wyrosną. Źle wychowane dziecko może stać się dosyć niebezpiecznym dorosłym. Niegrzecznego pieska zabierze się najwyżej do behawiorysty.

Postanowiłam więc wykręcić się od decyzji: „dziecko czy piesek”. Adoptuję pieska, bo pokochałam ją (to będzie ona, dwumiesięczna kundelka) od pierwszego wejrzenia, chcę dać jej dobry dom, chcę położyć moją cegiełkę w najprostszym ulepszaniu świata. Opiekę nad maleństwem, które koniecznie chce spać w łóżku z „rodzicami”, nie lubi zostawać same w domu i bezbronnie na mnie polega, chciałabym potraktować jako wprawkę. Ale bez specjalnej napinki. Nie czuję, żeby coś mi tykało, więc to nie jest piesek „zamiast”. Może niedługo zostanie starszą siostrą. Jeśli tak, lekcja miłości, odpowiedzialności i wyrozumiałości, na pewno się przyda.

Więcej o: