Nikt cię tak nie zawstydzi, jak ginekolog - mały przegląd traum z fotela

Do ginekologa się chodzi, i już. Zdrowie jest najważniejsze, więc nie ma co się krępować - majtki w dół, nogi szeroko, bez cackania. Nie jestem pruderyjna, ale wstyd towarzyszy mi od pierwszego wskoczenia na fotel. Jego źródłem nie jest nagość, tylko lekarze, którzy fundują mi traumę za traumą.

 

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

"Cnotliwa?”

Mam dwanaście lat i jestem demonem menstruacji. Ledwo od ziemi odrosłam, a z mojego ciała już wylewa się wzburzone morze krwawej ohydy. Miesiąc w miesiąc podpaski zmieniam częściej niż mrugam, więc marsz do ginekologa - pierwszy raz. Idę z mamą. Jestem kłębkiem nerwów. Mama zacięła się na zdaniu "Nie ma się czego wstydzić” - powtarza je już piętnasty raz. Nie kupuję tego. Całe życie wpaja mi, że przed obcymi nie należy rozbierać się do rosołu, a teraz myśli, że "nie ma się czego wstydzić” załatwi sprawę. W gabinecie nikt nie zwraca na mnie uwagi. Rozmowa toczy się między panią doktor, a moją mamą, która bezskutecznie próbuje jednocześnie mówić tonem żartobliwym (żebym wyluzowała i zrozumiała, że wizyta u ginekologa to w sumie śmichy-chichy) i pełnym niepokoju (żeby nie bagatelizować hormonalnej zadymy, która rozpętała się w moim organizmie). Pani doktor ustawia mnie na fotelu, nie przerywając słonecznej szczebiotaniny z mamą. Do mnie kieruje tylko komendy jak na poligonie: szerzej, wyżej, do przodu. W pewnym momencie zagląda mi między nogi, zawiesza się na ułamek sekundy i... zaczyna się chichrać. Po chwili, niby mimochodem, rzuca w stronę parawanu: "Córka cnotliwa czy...?”

No dobra. Koniec dzieciństwa zawsze przychodzi niespodziewanie, ale to jest ostre przegięcie. Nie wiem czy bardziej jestem wściekła za to, że zadała to cholerne pytanie mojej mamie, czy za to, że uznała za konieczne w ogóle je zadawać. To nie jest Dworzec ZOO w siedemdziesiątym piątym ani nawet "Młodzi Gniewni” tylko nowobogacka Warszawa. Jestem w szóstej klasie. Mam wzorowe zachowanie. Moja ulubiona książka to "Pollyanna”. Kompulsywnie wyplatam bransoletki z muliny. Moja mama wciąż wybiera mi ubrania. Nie ma takiego scenariusza, według którego mam jakiekolwiek doświadczenie seksualne. Ogarnij się, kobieto. Przewróciłabym oczami, ale jestem zbyt zajęta umieraniem ze wstydu.

Busz i męskie gacie

Jestem na drugim roku studiów. Moja pani ginekolog ma ze sto lat, starcze rozedrganie dłoni i ostre szpony jak u prowincjonalnej manikiurzystki. Nazywam ją "moją”, bo prowadzi gabinet w Śródmieściu, bierze tylko siedem dych za wizytę i lekką ręką wypisuje sześć recept na pigułki antykoncepcyjne - bez daty. Perła wśród ginekologów! Drugi rok studiów to czas kiedy nie mam już prawa gorączkować się, że zostanę nastoletnią matką, na poczekaniu wyrabiam sobie więc zastępczą, w pełni nieuzasadnioną obsesję na punkcie chorób wenerycznych. Stały związek stałym związkiem - i tak trwam w przekonaniu, że prędzej czy później uczelniany kibel sprzeda mi chlamydię. Jestem więc częstym gościem na fotelu ginekologicznym. Tym razem biegnę tam z urojoną kiłą. Jestem w trakcie gorączkowego szarpania się z lewą nogawką spodni, kiedy trzy centymetry od mojej twarzy materializuje się oskarżycielski paluch pani doktor.

"To są niby majtki?! Gówno, a nie majtki! Nosi te koronki, wszystko se podrażnia! Nos sobie, dziecko, wydmuchaj w te gacie to zobaczysz! Oczywiście, pewnie, że ze świecą teraz szukać bielizny bez domieszek, więc ja kupuję męską! Chłopy zawsze wszystko mają lepsze gatunkowo, a jak kupisz sześciopak slipów na bazarze to wychodzi trzy złote za sztukę! Niech no spojrzy, że porządne!”

W tym momencie długa kiecka podjeżdża do brzucha, a moim oczom ukazują się stuletnie uda i męskie majty - na oko rzeczywiście szlachetna bawełna. Siedzę już na fotelu, ale pani doktor nie przerywa tyrady.

"Tu cię piecze, dziecko?! Też by mnie piekło, jakbym się tak poharatała! Smarują się tą chemią, kaleczą żyletkami, wciągają na tyłek tę lycrę nieprzewiewną, a potem płaczą, że infekcja. Kiedy ja byłam młodą dziewczyną, co innego się mężczyznom podobało. Porządny gąszcz - to było coś! Teraz, w zimie życia, niewiele mi z tego zostało, ale pocieszam się, że przynajmniej idę z duchem czasu i jestem stosownie łysa!”

Słucham tego wszystkiego w pełnym skupieniu. Trochę mam ochotę umrzeć, a jeszcze bardziej ją wycałować.

"O! Nowotworek!”

Żarty się skończyły. Mam dwadzieścia pięć lat i leżę na USG z sondą między nogami. Pan doktor, który przeprowadza badanie ma lakierki, imponujący zaczes w przedwojennym stylu i, przysięgam, konkretny botoksowy nałóg. Spod warstw jadu kiełbasianego przebija się skwaszona mina, ale wystarczy jeden rzut oka na monitor, żeby się rozchmurzył: "No i proszę! Nowotworek jak ta lala! Ile ma pani lat?” "Dwadzieścia pięć”. Tu następuje rozkoszne klaśnięcie. "Nie rodziła? To już nie urodzi! Nie w smak pacjentce było macierzyństwo i teraz będą kłopoty! O, proszę bardzo. Tu mięśniaczek, tam mięśniaczek, tu torbielka, a tam druga!” Słucham tego w osłupieniu, zastanawiając się czy zaraz tym samym słonecznym tonem, którym odprawia swój one man show zawiadomi mnie, że umieram. Trochę chce mi się wyć. Dopiero z zakrytym tyłkiem odzyskuję rezon i proszę doktora o szerszą diagnozę. Wtedy Eugeniusz Bodo przypomina sobie, że jest profesjonalistą. Zmienia ton z kabaretowego na rzeczowy i oznajmia, że "wyniki badań będą do wglądu podczas wizyty”. Już bez uśmiechu wywala mnie z gabinetu.

Gremium małolatów

Rok później. Zabieram swoje torbielki i mięśniaczki na operację, która ma je unicestwić. Zabieg poprzedza badanie przeprowadzane przez świetną panią doktor i - niech mnie ktoś zabije - trzech studentów medycyny. Pocieszam się myślą, że być może na moim skromnym układzie rozrodczym wychowuje się właśnie przyszły kwiat polskiej ginekologii. Zakładając lateksowe rękawiczki, pani doktor każe mi się rozluźnić, bo badanie bywa bolesne: "Wszystko zależy od położenia torbieli. Czy odczuwa pani ból podczas stosunku?” Odpowiadam, że od kilku miesięcy nie mogę nawet pomarzyć o noszeniu tamponów z serii "moja pierwsza miesiączka”, bo czuję się jakby tysiąc stępiałych noży do masła ciachało mnie od środka, więc na myśl o seksie wzdrygam się z przerażenia. "Czyli od diagnozy - dziesięć miesięcy temu - nie próbowała pani współżyć?” - dopytuje się pani doktor. Otwieram usta do odpowiedzi, ale w tym momencie w gabinecie robi się gęsto od tłumionego śmiechu. Chłopcy się zagotowali. Wszyscy trzej, a właściwie jeden po drugim - jak domino. Chichrają się przepraszająco machając rękami niczym pijane wujostwo na stypie, a mój goły tyłek spokojnie czeka aż gremium małolatów się uspokoi. Leżę, rozważam spalenie się ze wstydu, wbijam wzrok w podłogę i co widzę? Trzy pary rozklapciałych białych laczków z perforowanej skórki oraz trzy pary wepchniętych w nie męskich stóp w znoszonych skarpetach frotte. Niespodziewanie spływa na mnie spokój. Czuję słodki smak minimalnej, ale jednak przewagi.

Czy tylko ja mam takiego pecha, że wchodzę do gabinetu na badanie, a wychodzę z traumą? A może to specjalizacja ginekologiczna jak magnes przyciąga nietaktownych ekscentryków, rażących nieprofesjonalistów i chłopców, których śmieszą rozmowy o seksie? Marzę o dniu, kiedy spotkam swojego wymarzonego ginekologa. Jaki będzie? Kompetentny, małomówny i nudny jak cholera.

Więcej o: