Codzienne niedogodności, które mogą doprowadzić pracownika do szału - ściąga dla szefów

Mam szczęście, lubię to, czym się zajmuję. Pracę wybieram zawsze świadomie i na trzeźwo. Ale i tak nie obywa się bez zaskoczeń. I nie mam na myśli zapisów w umowie, tylko pozornie niewiele znaczące szczególiki, ot takie małe jak kamyczek - w bucie.

Magda Danaj

Wypadałoby zacząć od szefa lub współpracowników. Od tych ludzi, z którymi spędzam przynajmniej osiem godzin dziennie. Tyle że już pisałam o ich różnorodności, bazując na kilkunastu latach pracy w różnych miejscach. O ironio, najwięcej uwagi poświęciłam tym, którzy na uwagę niekoniecznie zasługują. Będę zatem konsekwentna i ponownie przyjrzę się temu, od czego zazwyczaj staram się odwracać wzrok.

Open space. Od zawsze uważałam to rozwiązanie przestrzenne za wymysł szatana. Och, jak bardzo nieświadomym byłam dziewczęciem. Posmakowałam bowiem pracy w dwupiętrowym pomieszczeniu typu open space! Umiłowani, jak bardzo byłam niemądra, jednopłaszczyznowe pomieszczenie - nawet wielkości boiska piłkarskiego - to ledwie czyściec. Dwupiętrowy to prawdziwe piekło. Emigracja wewnętrzna to żadne rozwiązanie, bo kakofonia dźwięków jaka mnie otacza jest niemożliwa do zignorowania bez słuchawek na uszach. Koniecznym jest przy tym jednak słuchanie muzyki, w innym przypadku nawet słuchawki nie uchronią mnie przed hałasem. Wiem, że są fani pracy przy muzyce. Bez bicia przyznaję, to nie jestem ja. Osiem godzin słuchania muzyki, padającego deszczu czy nawet popiskiwania waleni owocuje u mnie wyłącznie bólem głowy. Zwłaszcza gdy chcę napisać coś co ma sens i jest dłuższe niż kilka zdań. Dzięki temu doświadczeniu rozumiem już jednak skąd biorą się nieskładne e-maile w mojej skrzynce pocztowej. Przypuszczam, że ich autorzy też pracują w hali.

Open space = closed mind (fot. Pexels.com CC0)Open space = closed mind (fot. Pexels.com CC0)

Temperatura. Jedna z bardziej konfliktogennych kwestii w życiu pracowników biurowych. Gdy jedni - z niskim ciśnieniem - szczękają zębami, inni z rozmachem pozbywają się kolejnych sztuk odzieży. We wspomnianym przeze mnie dwupiętrowym open space różnice były jeszcze bardziej wyraźne. Podczas gdy dół miał szron na brwiach, góra plamy potu pod pachami. Powiedzieć, że jest to irytujące, to nic nie powiedzieć. Kompromis jest możliwy - zimne rączki narzucają kocyk na ramiona, spocone paszki - ubierają się na cebulkę i zrzucają kolejne warstwy. Wszyscy zadowoleni? Niestety, przegrywają miłośnicy świeżego powietrza. Tego w klimatyzowanych pomieszczeniach nie uświadczysz. Za to twarze w kolorze ziemi (tej ziemi) owszem.

Światło. Temat rzeka. Marzę o takim miejscu pracy, gdzie ktoś mądry (dla odmiany) tak zaplanuje ustawienie stanowisk pracy, że możliwe będzie jak najdłuższe pracowanie przy dziennym świetle. Oczywiście, są fani siedzenia w półmroku, nie zauważyłam jednak, aby były to osoby piszące lub redagujące. Długotrwałe wpatrywanie się w literki w półcieniu dobrze wygląda tylko na filmach.

Złe zaplanowanie przestrzeni bardzo często owocuje tym, że część pracowników musi osłaniać się przed słońcem, bo odbija się w ekranie, część za to niczym kurczak siedzi pod żarówką albo we wspomnianym półmroku. Byłam w każdej z tych grup. Nie polecam żadnej nikomu, kto czyta codziennie więcej niż 20 tysięcy znaków. Chyba że są to znaki Braille'a.

Telefon i inne przedmioty potrzebne ci do pracy. Ha! To moja ulubiona dykteryjka świadcząca jednak o dużej przezorności finansowej pryncypała. Zdarzyło mi się bowiem pracować w miejscu, w którym telefon, z którego powinnam korzystać, był postawiony przy innym biurku. Aby wykonać telefon powinnam wstać od biurka i przejść kilkanaście kroków. Oczywiście, kończyło się to tym, że najczęściej dzwoniłam z prywatnego telefonu. Sprytne? A jakże. W jednym z wydawnictw, aby dostać długopis i notatnik, musiałam napisać podanie do kilku osób. Oczywiście, kupiłam własne. To naturalnie nie jest żadną tragedią, ale raczej powodem, aby docenić te miejsca pracy, w którym narzędzia pracy nie są reglamentowane, a komputery, na których wykonuje się swoją pracę mają lat mniej niż ja. Z pewną tkliwością wspominam też pracę w wydawnictwie, w którym miałam najdalej do drukarki, choć jednocześnie najczęściej musiałam z niej korzystać. Drobiazg, ale w dniu wysyłki magazynu do druku czułam się nieco jak oszalały sprinter kursujący między biurkiem a drukarką. Dzięki Bogu był tam ekspres z całkiem nielichą, mocną kawą. A nie wszędzie, jak się potem przekonałam, ekspres z dobrą kawą jest dostępny dla pracowników.

Wniosek? Przed podpisaniem umowy warto zobaczyć przyszłe miejsce pracy. Będziesz spędzać tam co najmniej osiem godzin dziennie. Koniecznie spójrz na twarze ludzi, którymi będziesz otoczony. Jeśli przyjmiesz propozycję, będziesz dokładnie w ich sytuacji. Chyba że aplikujesz na stanowisko szefa. Ale wtedy tym bardziej warto wiedzieć, co irytuje ludzi w pracy. Dlaczego? Bo to obniża ich wydajność.

Nie ukrywam, że jestem nad wyraz ciekawa co was w pracy irytuje? Optymistycznie przy tym zakładam, że nie chodzi o samą pracę.

Więcej o: