Rzeczy, którymi się przejmowałam, gdy byłam młoda (a teraz mnie śmieszą)

Kiedyś byliśmy bardzo młodzi i naiwni. Baliśmy się wielu rzeczy, wiele przyprawiało nas o rumieniec zażenowania. Dziś, w dostojnym wieku średnim, prychamy śmiechem na wspomnienie dawnej niewinności i sytuacji, które wydawały się nie do przejścia.

W punktSnuliśmy ostatnio z mężem kombatanckie wspominki z liceum. Bardzo szybko na wesołe wody imprezowych wspomnień wypłynęła u mnie gorzka oliwa lęku: byłam regularnie zagrożona z matematyki, a powtarzanie klasy wydawało mi się najgorszym koszmarem i tragedią, która wykończy mnie, rodzinę i prawdopodobnie kilka przypadkowych osób, rażonych odłamkami katastrofy. Tymczasem... mój mąż... raz nie zdał (ponure organy). W dodatku nie zdała też moja siostra, równie utalentowana matematycznie. I nic wielkiego się nie stało. Okazało się, że dodatkowy rok w liceum nie miał większego znaczenia w obliczu wychowywania się w całkiem ogarniętych rodzinach oraz w perspektywie dość długiego życia.

Pozwólcie więc posnuć wspomnienia o rzeczach, które kiedyś napawały grozą - może nie taką do końca autentyczną, ale jakoś niefajnie robiło się na myśl, że trzeba będzie przyznać się do nich przed bardziej błyskotliwymi życiowo przedstawicielami tzw. środowiska rówieśniczego. Kolejność rosnąca.

1. Palenie

Sprawa papierosów budziła kiedyś we mnie moralne rozterki. Wychowana przez samą siebie na powieściach Krystyny Siesickiej dążyłam do bycia dziewczęciem hardym, wyniosłym i odpornym na młodzieżowy owczy pęd (co zaowocowało byciem zarozumiałą rurą 24 godziny na dobę). Palenie wydawało mi się niewłaściwe, a z drugiej strony - wszystkie najfajniejsze osoby wychodziły na przerwie zajarać pod murkiem otaczającym szkołę i nie wypadało tam nie bywać, hardo i mądrze paląc Marlboro (a co będzie jak pani powie rodzicom na zebraniu?).

Jak się jest młodym, to się pali, koniec tematu (fot. Wikimedia Commons/Tomasz Siennicki)Jak się jest młodym, to się pali, koniec tematu (fot. Wikimedia Commons/Tomasz Siennicki)

Dzisiaj o paleniu nastolatków i związanym z tym popłochem myślę słowami, które przeczytałam kiedyś na profilu Adelajdy Truścińskiej (parafraza, bo nie pamiętam dokładnie): "Kiedy jesteśmy młodzi, pijemy, palimy i poniewieramy się na różne sposoby. Ale około trzydziestki rzucamy papierosy, jemy kaszę jaglaną i startujemy w maratonach, więc wychodzi mniej więcej na zero". I tego się trzymajmy.

2. Picie

(patrz wyżej, tylko że picie było na imprezach, a nie na murku podczas przerwy. Od dwóch lat jestem abstynentką.)

Łakocie i witaminy (fot. Wikimedia Commons CC0)Łakocie i witaminy (fot. Wikimedia Commons CC0)

3. Strój/makijaż

Jako nastolatka używałam regularnie (czyli codziennie) podkładu, pudru, kredki do oczu, cieni do powiek (im większa paleta, tym lepiej, w końcu powieki są aż dwie), tuszu do rzęs i kosmetyków do stylizacji włosów (pamiętacie mascary do tworzenia metalicznych pasemek w grzywie?). Bez makijażu nie wyszłabym wyrzucić śmieci, o innych wysoce socjalnych wydarzeniach nie wspominając. Do tego dochodzą ubrania - czasy liceum przypadły na względnie niewinną erę, kiedy sukienka ze sklepu indyjskiego załatwiała lato, a kombinacja sweter-dżinsy znakomicie sprawdzała się przez resztę roku, ale studia to już sieciówki i H&M, należało się wystylizować i zadziwiać oraz lśnić.

Dobrze, tylko oko jakieś blade (fot. Wikimedia Commons CC0)Dobrze, tylko oko jakieś blade (fot. Wikimedia Commons CC0)

Dzisiaj stroję się tylko na specjalne okazje (ostatnia: ślub siostry w 2014), a makijaż ograniczam do przypudrowania nosa i podkreślenia brwi. Dlaczego? Bo w ostatnich dwudziestu latach moja odporność na ewentualną/wyobrażoną krytykę ze strony tzw. innych znacząco wzrosła, za to zmalała ilość czasu, którą skłonna jestem poświęcić na ulotne rytuały, czyniące mnie rzekomo piękniejszą. Mam inne zajęcia. Na przykład lubię spać i patrzeć, jak moje papugi czyszczą sobie piórka.

4. Bycie na bieżąco

Czy ulegliście kiedyś wrażeniu, że skoro Internet jest już wszędzie, a od większości dostępnej wiedzy dzieli nas kilka kliknięć, to wstydem jest czegoś nie wiedzieć? W dodatku człowiek pretendujący do miana kulturalnego i wykształconego powinien jeszcze czytać książki, chodzić do kina, teatru i opery, fundować to samo swoim dzieciom, a pomiędzy wciąganiem kultury zdrowo jeść, ćwiczyć i mimochodem zarabiać w jakiejś wdzięcznej, etycznej pracy. A, i znać się na polityce w wymiarze globalnym oraz na ekonomii i medycynie, żeby w razie potrzeby (czyli raz w tygodniu) komentować gorące wątki na Facebooku. Byłam tam, starałam się nadążyć. Prenumeraty, czytanie, odświeżanie, Polityka, Polityczna Krytyka, poważna muzyka, czym jest hermeneutyka? (bo znów zapomniałam, accio Wikipedia!). Ale w pewnym momencie pomyślałam: no i po co mi to wszystko? Czy czuję się lepiej? Nie. Czuję się roztrzęsiona pomiędzy wieloma dziedzinami, roztarta przez przerażające sprawy, na które mam minimalny wpływ. I tak nie dowiem się wszystkiego. I tak nie zrozumiem do końca.

Whatever (fot. Wikimedia Commons CC0)Whatever (fot. Wikimedia Commons CC0)

Dlatego wybieram kontrolowaną ignorancję. Kto jest premierem Ukrainy? Nie wiem. Co sądzę o Państwie Islamskim? Nic. Nie znam się na tym, nie będę powtarzać strzępków cudzych opinii. Kiedy ostatnio byłam w teatrze? Bardzo dawno temu, nie lubię aktorów brykających po scenie i mówiących nienaturalnymi głosami. I nauczyłam się do tego przyznawać bez potu zdenerwowania bijącego na czoło. Nauczyłam się także mówić: „Ale za to świetnie znam się na książkach” bez obawy, że ktoś zaraz przydybie mnie na nieprzeczytanej nowości i podważy kompetencje.

(Z góry dziękuję za wszystkie komentarze szydzące z tego, że mam dyplom kulturoznawstwa. Tak, mam, nic już z tym nie zrobicie.)

5. Nic, nigdzie, z rodziną

Kiedyś nie byłoby dobrze wkroczyć po weekendzie w towarzystwo i na pytanie „Co robiłaś?” odpowiedzieć: „Aaaaa, nic, siedziałam w domu” (tak jakby odpowiedź naprawdę kogoś obchodziła). Gwiazdka z rodzicami? Sylwester w mieszkaniu? Sobota w łóżku? Może dlatego, że weekend zaczął się już w piątek, tylko potężny kac mógł być usprawiedliwieniem dla takiego obrotu zdarzeń. Wakacje na działce? Pamiętam jak dziś - był 2005, pracowałam w przedszkolu i zadałam dzieciom niewinne, wrześniowe pytanie: jak spędziłyście lato? Przedszkole było w dobrej, willowej dzielnicy Warszawy, toteż odpowiedzi szybko wprawiły mnie w lekką panikę - Cejlon, słoń, Turcja, samolot, Egipt, wielbłąd, żaglówka. Ja byłam tamtego roku na Helu (i nigdy nie leciałam samolotem). Poczułam się autentycznie gorsza od dzieci, którym za chwilę miałam wbijać do głowy, że „yellow” to „żółty” a „cat” to „kot” (chociaż może lepiej było rozszerzyć słownictwo o tamandrynowiec, kontrolę celną i „mam alergię na skorupiaki”).

Dziś jestem pogodzona ze swoim statusem materialnym. Jestem sekretarką w muzeum, jeżeli nie dorabiam, to zarabiam mało. Ale codziennie o 16 jestem w domu, a rano odprowadzam córkę do przedszkola i nie boję się kadrowej z minutnikiem. Liczba stresów w takiej pracy jest ograniczona (ostatni stres: w listopadzie 2010 zapomniałam rozdać pracownikom pismo okólne i dyrektor powiedział, że tak być nie może). Co do sobót w domu - teraz byłabym szczęśliwa mogąc spędzić cały dzień w tzw. betach i podejrzewam, że znajomi zazdrościliby mi umiejętności wymiksowania się ze Świata Zadań (gdybym ją miała). Sylwester z rodzicami? Bardzo chętnie, w życiu już wypiłam swoje i nie muszę się więcej wygłupiać. Za to powoli wkraczam w okres, kiedy myśli się w święta „Super, że jesteśmy jeszcze wszyscy razem, nikt w tym roku nie zachorował, tak trzymać”.

Atrakcyjna miejscówka na wypoczynek (fot. Wikimedia Commons CC0)Atrakcyjna miejscówka na wypoczynek (fot. Wikimedia Commons CC0)

Podsumowanie? Bardzo proste. Dopóki nie mamy problemów ze zdrowiem, dachem nad głową oraz zawartością garnków (przy czym dach nie musi mieć panoramicznych okien, a z garnka nie musi wystawać ramię ośmiornicy) nie ma się czym przejmować. Nasze dzisiejsze problemy będą zupełnie nieistotne za kilka lat, zresztą teraz też są w większości przypadków dość błahe. Życie toczy się dalej, niezależnie od tego, w co jesteśmy ubrani i ile literackich hitów udało nam się przetrawić w tygodniu premiery.

Za sprawą mediów społecznych wydaje nam się, że cały czas jesteśmy obserwowani i oceniani. Być może rzeczywiście więcej osób na nas patrzy i coś tam sobie mamrocze pod nosem. Ale ilość spojrzeń naprawdę zmienia coś w codziennej egzystencji? Nie. I tak trzeba wstać rano, iść spać wieczorem, a pomiędzy zachować względną równowagę i lepiej, żeby jej źródła płynęły z przekonania o własnej wartości - nie tej wielkiej, rozdmuchanej, narcystycznej wizji „ja to dopiero jestem, a inni to dopiero nie są”, ale wartości po prostu. Ogarniam życie. Jestem zwykła i to mi wystarcza. Innym też powinno.

(To rzekłszy, idę czytać „Moją walkę. Tom 3” żeby zdążyć z recenzją przez trzema setkami znajomych, których w większości nie poznałabym na ulicy, to bardzo ważne.)

Więcej o: