"Nie śpię, bo wszystko mnie budzi" - o wiecznym niewyspaniu i kłopotach ze snem

"Wyspałaś się?" - proste pytanie, na które z czystym sumieniem odpowiedzieć mogę: "Tak - ze trzy razy w życiu". O wysypianiu się wiem niewiele, bo zwykle budzi mnie WSZYSTKO - od strużki porannego światła o piątej rano, po brzęk łyżeczki uderzającej o szkło, kiedy sąsiad miesza herbatę.

Sąsiad będzie mieszał kawkę? Szlag by go... / fot. pexels.com CC0Sąsiad będzie mieszał kawkę? Szlag by go... / fot. pexels.com CC0

W braku snu jest dużo glamouru. Wybitne jednostki nie barłożą się przecież do czternastej. Czterem godzinom snu DaVinciego zawdzięczamy rozwój humanizmu i kilometrowe kolejki do Louvre'u, a Mozart z pewnością nigdy nie stworzyły sześciuset dzieł, gdyby zamiast czterech godzin na dobę przesypiał zalecane osiem. Krótkosenność to ponoć cecha intelektualnych elit - mówi się, że genialne umysły nie lubią zbyt długo trwać w stanie spoczynku. Ta myśl to jedyne pocieszenie, które przychodzi mi do głowy, gdy wyrywam się ze snu bladym (serio, bladym) świtem. Chciałabym móc powiedzieć, że należę do tych piętnastu procent ludzkości, którym w zupełności wystarczają cztery godziny drzemki, ale to byłoby kłamstwo. Moje ciało interpretuje to jako niedobór i odpłaca się strasznym spowolnieniem i worami pod oczami.

Niestety, wygląda na to, że ja po prostu nie umiem spać. Wszystko mnie budzi. Każde szturchnięcie, szurnięcie, brzęknięcie, dmuchnięcie. Wystarczy najsłabsza strużka światła sącząca się przez szparę w drzwiach albo słońce przedzierające się przez zasłonięte żaluzje. Czasem mam wrażenie, że to, co inni nazywają snem, w moim przypadku jest czuwaniem. Wierzyć mi się nie chce, że kiedykolwiek zdarza mi się wejść w fazę REM, bo niezależnie od tego czy nastawiam budzik na siódmą czy na trzecią nad ranem, zrywam się do pozycji siedzącej już przy pierwszej wibracji. Odkąd pamiętam, ze snu wytrącają mnie najbardziej absurdalne bodźce.

Słoneczko już wstało, więc i ja muszę. Co z tego, że jest piąta rano w sobotę... / fot. pexels.com CC0Słoneczko już wstało, więc i ja muszę. Co z tego, że jest piąta rano w sobotę... / fot. pexels.com CC0

Budzę się, gdy sąsiadce z góry wrze woda w czajniku. Budzę się, gdy ktoś po drugiej stronie ulicy podnosi rolety antywłamaniowe. Budzi mnie budzik dzwoniący dwa piętra wyżej (który, rzecz jasna, nigdy nie budzi osoby, która go nastawiła). Budzi mnie szept na klatce schodowej. Budzi mnie rozświetlający się nagle ekran telefonu. Jeśli niespodziewane wyrwanie ze snu następuje w środku nocy, istnieje szansa, że jeszcze się ululam, ale jeśli jest już jasno, moje ciało momentalnie przełącza się na tryb dzienny. Nie ma już mowy o spaniu. Zamykam oczy, próbuję wyciszyć myśli, wytłumaczyć ciału i głowie, że mam wolną sobotę i nie muszę być na chodzie, ale nic z tego. Choćbym położyła się o czwartej - styrana albo pijaniuśka, o siódmej ciało komunikuje mi, że zaczyna się dzień, a wraz z nim powinna zacząć się moja aktywność. Świat, w którym śpi się do południa to dla mnie mityczna kraina, do której nie mam wstępu. Ze trzy razy w życiu udało mi się ugrać powyżej dziewięciu godzin nieprzerwanego snu. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie woskowe zatyczki, zasłony dające efekt egipskich ciemności nawet w słoneczny letni dzień, a także brak jakiejkolwiek obecności ludzkiej w promieniu stu metrów i skrajne, letargiczne zmęczenie. Takich warunków nie mogę zapewnić sobie każdej nocy, więc żyję w stanie chronicznego niedospania.

Mam nadzieję, że kiedyś porządnie gdzieś zaśpię... / fot. pexels.com CC0Mam nadzieję, że kiedyś porządnie gdzieś zaśpię... / fot. pexels.com CC0

Nie mówię, że byłoby lepiej, gdybym potrzebowała siedmiu budzików i ciągnięcia za kostki, ale nie rozumiem dlaczego nie mogę spać tak, jak normalni ludzie - aż się wyśpię. Całe życie upływa mi na czekaniu, aż reszta świata wstanie i będzie można coś porobić. Normalna osoba przeznaczyłaby pewnie ten czas na cudownie bezproduktywne leżenie pod kołdrą, ale w moim przypadku nie ma mowy o kokoszeniu się, ziewaniu, przeciąganiu się i leniwym dolce far niente. Jak nie śpię, to nie śpię. Jak nie śpię, to wstaję i z impetem brnę w dzień. Z podkrążonymi oczami.

Nie jest tajemnicą, że z wiekiem sen staje się towarem deficytowym, ale na myśl o krzątaniu się od czwartej rano - tak jak moi rodzice - robi mi się słabo. Ja chcę spać jak zabita i budzić się wypoczęta, zdrowo rumiana, rozziewana. Czy głębokiego snu można się nauczyć? Czy jest jakaś droga do wyspania, która nie prowadzi przez barbiturany? A może, zgodnie z podstawowym dogmatem XXI wieku, wyśpię się dopiero po śmierci?

Więcej o: