Najlepszy peeling na zimę? Błyskawiczny i przyjemnie rozgrzewający

Im jestem starsza, tym bardziej cenię sobie pielęgnację, która jest skuteczna, ale ekspresowa. Te pozornie wykluczające się wymagania można połączyć. Zarówno podczas zabiegów, jak i codziennej kosmetycznej rutyny.

c

Nie jest tajemnicą, że większą słabość niż do zabiegów kosmetycznych mam jedynie do seksu. Wszystkim niepewnym lub niechętnym gorąco polecam zarówno jedno, jak i drugie. Świat byłby z pewnością piękniejszy, a i konfliktów mogłoby być znacznie mniej. Muszę jednak przyznać, że ostatnio zmieniły mi się nieco priorytety. Bo choć nadal lubię wizyty u kosmetyczki, to jednak wolę, aby trwały one nieco krócej. Tak, nadwyżkę przeznaczam na inne figle.

Jesień, ostatecznie wczesna zima to najlepszy moment nie tylko na eksfoliację kwasami - jak zauważyła droga mi Marta, ale i wszelkiego typu peelingi. Szukając zabiegu kierowałam się zatem przede wszystkim tym, JAK DŁUGO on trwa i czy NAPRAWDĘ działa. Drogą eliminacji wybór padł na Bio Electro Peeling. Czas zabiegu? 10 minut. Obiecywane działanie? Przede wszystkim intensywne odświeżenie, odmłodzenie, ujędrnienie. Cena? W warszawskim salonie, który odwiedziłam za jeden zabieg należy zapłacić 80 złotych. W zależności od stanu cery zaleca się wykonanie serii przynajmniej pięciu zabiegów. Czy mogę polecić ten zabieg zmęczonym i dojrzałym buziom? Tak.

Bio Electro Peeling wydawał mi się początkowo po prostu innym typem peelingu kawitacyjnego. Ale choć przeciwwskazania do jego wykonania są identyczne (m.in. ciąża, laktacja, menstruacja, zaogniony trądzik), to jednak efekty po zabiegu najbardziej zbliżone są do mikrodermabrazji. Sam zabieg nie jest skomplikowany czy bolesny. Jak przy każdym peelingu po wyczyszczonej i (co ważne przy zabiegach z prądem) - osuszonej dokładnie twarzy - kosmetyczka szybkimi ruchami przesuwa coś jakby diodę (tyle że o większym obwodzie niż końcówka używana do mikrodermabrazji diamentowej). Dioda jest dość ciepła, zabieg bardzo miło rozgrzewa buzię i gdyby trwał dłużej, z pewnością mogłabym w trakcie zasnąć. Po zabiegu twarz jest lekko zaróżowiona i wyraźnie bardziej napięta. Mniej widoczne stają się bruzdy nosowo-wargowe (Alleluja, nie cierpię ich) oraz rozszerzone pory (hej, caryce nikotyny, to coś dla nas). Po zabiegu konieczne jest bardzo intensywne nawilżenie i zabezpieczenie skóry wysokim filtrem - zwłaszcza w przypadku gdy zabieg wykonuje się w ciągu dnia, a na twarzy już są przebarwienia.

Zabieg zakwalifikowałabym do tych, które wykonuje się tuż przed ważnym wydarzeniem lub randką (zwłaszcza z młodszym mężczyzną). Skóra tuż po peelingu jest widocznie odżywiona. Nie, nie wygląda się dużo młodziej, ale znika charakterystyczna biurowa szarzyzna, twarz jest znacząco odświeżona. Następnego dnia wygląda się równie dobrze, ale już po kilku dniach, wrażenie "wypoczętej" twarzy niestety sukcesywnie się zmniejsza. Tak, to jest ten moment, kiedy warto wykonać kolejny zabieg z serii. Ogromną zaletą tego peelingu jest to, że w przeciwieństwie do mikrodermabrazji czy zabiegów z użyciem kwasów, skóra nie jest w żaden sposób podrażniona i nie łuszczy się spektakularnie (zauważyłam co prawda drobne ślady u siebie na nosie, ale mam ekstremalnie suchą skórę). Oczywiście, wiele zależy też od tego, czy czas po zabiegu wykorzystasz właściwie i rozpieścisz skórę intensywnie nawilżającymi  i odżywiającymi maskami. Jeśli ten etap pominiesz, skóra szybko wróci do stanu sprzed zabiegu.

Jeśli jesteś zwolenniczką domowych salonów piękności (fot. D.L.)Jeśli jesteś zwolenniczką domowych salonów piękności (fot. D.L.)

Nie lubisz zabiegów? Masz za daleko? Albo po prostu nie przekonałam cię do tego rozwiązania? OK, mam inny pomysł - bardzo delikatny peeling enzymatyczny marki Chantarelle. Unikatowy produkt, gdyż można go nałożyć także na powieki. Przyznam, że do tej obietnicy podeszłam dość sceptycznie, ale postanowiłam zaryzykować. Od dłuższego czasu szukałam czegoś co pomogłoby mi zregenerować powieki, które nieco zmieniły kolor po długotrwałym stosowaniu odżywki do rzęs RapidLash. Udało się. Krem ma długą nazwę: Lumi Cream Face & Eyelid Brightening Peeling, ale w skrócie chodzi o to, że odświeża i wygładza. Producent twierdzi co prawda, że również redukuje plamy, ale moich nobliwych plam hormonalnych nie ruszył - chcę wierzyć, że z szacunku.

Cena? Około 89 złotych za 50 ml. Czas? Pierwszy raz nałożyłam produkt tylko na 2 minuty, gdyż bałam się, że nałożony w delikatnej okolicy oczu nada im kaprawego sznytu. Gdy tak się nie stało, nabrałam animuszu, żeby nie powiedzieć, że tupetu i nałożyłam na zalecane 5 minut. Krem ma dość gęstą konsystencję, jest więc bardzo wydajny. Skóra po tym peelingu jest odświeżona. Wszędzie. Nawet w okolicach oczu. Nie jest to oczywiście efekt jak po zabiegu, ale może śmiało konkurować z innym moim ulubionym produktem, a mianowicie: GlamGlow.

Dla kobiet, które widziały w życiu już sporo i nie chcą widzieć więcej rozszerzonych porów (fot. materiały promocyjne)Dla kobiet, które widziały w życiu tyle, że nie chcą widzieć rozszerzonych porów (fot. materiały promocyjne)

W składzie peelingu marki Chantarelle odnaleźć można m.in. enzym z papai, saponarię oraz ekstrakt z rabarbaru. To może być ważne dla tych z was, które preferują kosmetyki, gdzie składniki naturalne są na pierwszym planie. Mnie zawsze najbardziej interesuje to, czy kosmetyk działa i przy długotrwałym stosowaniu nie wywołuje efektów ubocznych. Po miesiącu stosowania raz w tygodniu nie zauważyłam niczego niepokojącego. Tak, wiem, że to nie jest jedyny obecny na rynku peeling enzymatyczny, który nakłada się na kilka minut. Sama do czasu odkrycia tej marki często stosowałam peeling enzymatyczny Lirene (ten różowy, delikatnie złuszczający), ale ten mogę nakładać także na powieki. I co ważniejsze rzeczywiście skórę dyscyplinuje. Działa ekspresowo i skutecznie. Zyskasz czas na to, co lubisz robić najbardziej. Mam nadzieję, że do przyjemnostek zaliczasz też czytanie Focha.

Więcej o: