Bo kocham masło! Podróż sentymentalna z poślizgiem

Mimo mód na różne tłuszcze nic mnie nie przekonało do margaryny, ani do oliwy z oliwek, którą swoją drogą też lubię. Jestem wierna masłu. A wy?

Zawsze robię maślane oczy do masła (fot. Shutterstock)Zawsze robię maślane oczy do masła (fot. Shutterstock)

Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Zawsze miałam pozytywny stosunek do jedzenia, więc może to jest wrodzone. Maślany gen krąży w społeczeństwie, bo choć wciąż straszą nas cholesterolem, złogami i otyłością, masło wciąż jest produkowane i ma się całkiem dobrze - w sosach holenderskich, klarowane do smażenia i takie całkiem zmrożone do kruchego ciasta. Bo choć można zazwyczaj użyć też innego tłuszczu, nic nie zastąpi tego zapachu i smaku. Dlatego bardzo ucieszyłam się z wiadomości, że nie takie to masło straszne, jak je malują. Cicho napomknę, że za powyższy akapit nie zapłacił mi żaden masłotłuk, żadna mleczarnia ani nikt taki. To nie jest lokowanie produktu!

Choć nie pamiętam roku 1958, w którym wszystko na pewno smakowało lepiej, a szczególnie to karmelki z cukru, mleka i masła, które prababka robiła dla mojego ojca na patelni, to jednak przeżyłam kilka fantastycznych dekad, a dokładniej trzy i mam swoje przemyślenia o maśle. I pamiętam etap fascynacji margarynami, po których serce to jak dzwon, a bułeczka z margaryną sprawia, że „w moim magicznym domku same smarują się kanapki, a dzieci wyciągają łapki”.

Pamiętam też jak pewnego lata szłam przez las, choć nie ma to nic wspólnego z Dantem ani żadną komedią. Tak sobie szłam z mamą i ciocią i oto znalazłyśmy w krzakach... maselnicę! Nie jakąś tam byle jaką. Maselnicę, co się zowie, taką samą jak ta, która stoi na pierwszym piętrze w Muzeum Etnograficznym. I choć była to końcówka lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, to jednak już wtedy masło wyglądało jak dziś - ze sklepu i w kostce. Kompletnie nie rozumiałam, po co zabieramy ten kawałek drewna do domu oraz jaki w ogóle ma to związek z masłem. Maselnica stała w kącie u cioci i służyła jako wazon do zasuszonych kwiatów i być może stoi tam po dziś dzień, choć coś mi świta, że wzbogaciła zbiory Muzeum Wsi Lubelskiej.

Dopiero po roku czy dwóch latach zrozumiałam jak to z tym masłem jest. Na wsi u innej ciotki były krowy i oczywiście się je doiło. Ciotka pewnego letniego dnia zebrała tłustą śmietankę i przelała ją do dziwnego sprzętu, którego nie widziałam nigdy wcześniej - taka szklana butelka o niespotykanym kształcie z nakrętką z wbudowanym mikserem ręcznym. I oto na moich oczach powstało masło. Masło niesamowite - nie w kostce, takie bardzo zimne i puszyste. Nie zapomnę nigdy jak smakowało, bo nie było takie samo jak to ze sklepu. Bo nie miało żadnego słodkiego ani słonawego posmaku - było archetypem masła, masłem maślanym. Orgia wśród tłuszczy zwierzęcych.

Potem rzadko zdarzało się, że jadłam właśnie takie masło. Ciotka mieszkała dość daleko, a nikomu w domu nie chciało się ubijać czegoś, co leży w każdym sklepie w chłodniczej ladzie, zresztą skąd mielibyśmy wziąć taką śmietankę? Z radością patrzyłam jak to sklepowe topi się na gorących tostach albo że można nim zakryć wszystkie dziury w chlebie. Poza tym masłem można też idealnie skleić dwa herbatniki, tworząc markizę. Detektyw Monk najprawdopodobniej tego nie wiedział, bo wychował się na margarynie.

Chleb z masłem to najlepszy początek dnia (fot. Julia Ambroziewicz)Chleb z masłem to najlepszy początek dnia (fot. Julia Ambroziewicz)

Najbardziej z masłem kojarzy mi się Zakopane. Nie, nie ma tam żadnej wyjątkowej mleczarni ani też nie ma tam najlepszego na świecie zakopiańskiego masła. Byłam tam natomiast na obozie między podstawówką a liceum. Moje koleżanki testowały na sobie dietę wegańską i nie jadły masła. W zasadzie nie wiem, co one tam jadły, bo wszystko było ohydne. I nawet mi przeszkadzało to wstrętne jedzenie, więc skorzystałam z ich diety i miałam masła pod dostatkiem. Pamiętam, że przez trzy tygodnie na śniadanie i kolacje jadłam chleb z masłem na grubo, aż się mnie inne wygłodniałe dzieci pytały, skąd mam ten serek topiony. Bardzo jestem wdzięczna Jagodzie i Adze, że oddawały mi swoje porcje. Być może dzięki temu miażdżyca mnie dopadnie przedwcześnie, ale także dzięki temu nie przymierałam głodem.

Idealna maślana rozkosz dopadła mnie także podczas wakacji. Pajda chleba, zwana przylepką lub dupką z okrągłego chleba, tego około dwuipółkilogramowego, najlepiej ze wsi Wojciechów koło Nałęczowa, kupionego w gieesie w roku 1996 (najpóźniej). Do tego pół kostki prawdziwego masła od pani gospodyni. Do wykwintnego spożycia przydadzą się poobijane kolana i obcięte nożyczkami jeansy oraz głaz narzutowy nagrzany słońcem. Oj, to se ne wrati!

Masło to też cały szereg wspomnień związanych z moją babcią - jej bułeczka tarta na maśle i do tego leniwe (nie na odwrót), mleko z masłem i miodem, gdy dokuczało mi gardło i jej wieczne odchudzanie się do tego wszystkiego. Nigdy jej to się nie udało, bo za bardzo kochała jeść.

I masełko ziołowe, które mój ukochany niemiecki wujek robi na Wielki Piątek. Albo wizyta znajomego mojego dziadka, Amerykanina, który na początku lat dziewięćdziesiątych przyjeżdżał do Polski, żeby uczyć rolników zrzeszania się w spółdzielnie mleczarskie produkujące masło! Tak to było masło LandO'Lakes z piękną Indianką trzymającą dumnie kostkę masła. Ono było prawie tak samo puszyste jak to masło ubijane przez moją ciotkę. Sami widzicie, moje życie naprawdę kręci się wokół masła.

Ciasteczka? Preferuję maślane (fot. Pexels.com CC0)Ciasteczka? Preferuję maślane (fot. Pexels.com CC0)

Mam nadzieję, że nie umarliście z przetłuszczenia oczu zabójczą ilością masłą, po prostu chciałam podzielić się tą moją osiemdziesięciodwuprocentową miłością. I chciałabym na ten tydzień wam życzyć, żeby wam szło jak po maśle i żeby najtrudniejsze zadania były dla was jak bułka z masłem, żeby jakiś fantastyczny amant zrobił w waszym kierunku maślane oczy i żeby nasz kraj był masłem i miodem płynący.

Więcej o: