Gdy myślę o świętach, zaczynam myśleć o śmierci

W "pewnym wieku" człowiek już czuje ten oddech kostuchy na karku. I w świętach zaczyna widzieć szansę na realizację postulatu "spieszmy się kochać ludzi".

fot. Unsplash.comfot. Unsplash.com

O różnych rzeczach można myśleć w kontekście nadchodzących świąt: o marketingowym szaleństwie i przymusie zakupów, o rozmaitych szlachetnych akcjach, które warto wesprzeć, o tym czy barszcz z koncentratu będzie ok, czy jednak trzeba samodzielnie kwasić buraki. Ale o śmierci? A jednak.

Nie, nie chodzi o to, że pragnę umrzeć, gdy przez przypadek trafię do centrum handlowego, w któryś z przedświątecznych weekendów (unikam takich sytuacji), ale od pewnego czasu święta mają dla mnie inne znaczenie niż "za młodu". Kiedy jesteś dzieckiem święta cieszą, bo prezenty, wcinanie potwornych ilości makowca i nie ma szkoły. Potem w okresie nastoletniego buntu jest kontestacja i foch, że trzeba grzecznie jeść te pierogi z rodziną i słuchać nudnych opowieści starych ciotek, a człowiek ma przecież na to tak bardzo wywalone i wolałby słuchać Nirvany, patrząc na pomalowany na czarno sufit. Pierogi w ostateczności mogą być. Chyba że akurat człowiek dba o linię i każda kaloria (zwłaszcza kaloria pochodzenia pierożego) wydaje mu się wroga.

Po wyprowadzce z domu rodzinnego, gdy celebrujemy świeżo zdobytą niepodległość, niezależność i nieważkość, w święta fajnie jest sobie gdzieś wybyć (ciepłe kraje, jebać zimę) albo spotkać się z przyjaciółmi na alternatywnej imprezce. Bo przecież siedzenie z rodziną przy stole to nuda i przymus, a jedzenie wykradzionych z maminej kuchni przysmaków w towarzystwie znajomych to wypas i sam smak. No i fajnie, każdy wiek ma swoje prawa.

Ja jednak jestem tzw. "kobietą w pewnym wieku" (to znaczy, że jestem już trochę stara), a w "pewnym wieku" człowiek zaczyna czuć oddech kostuchy na karku. I w świętach zaczyna widzieć szansę na realizację postulatu "spieszmy się kochać ludzi". Nawet tych, za którymi w gruncie rzeczy nie przepadamy. Bo lubić się nie trzeba, kochać warto, zwłaszcza w rodzinie.

Nic na to nie poradzę, ale na myśl o nadchodzącej Wigilii w mojej głowie wyświetlają się te niedookreślone ni to stwierdzenia, ni to pytania: "może to już ostatni raz w takim składzie", "mam nadzieję, że w przyszłym roku jeszcze...", "ile razy dziewczynki będą miały okazję spotkać się z prababcią?". Te niewypowiedziane w do końca jasny sposób myśli, to z jednej strony takie mroczne lęki o zdrowie najbliższych (nie młodnieją, cholera, i zaczynają chorować, słabnąć, tracić swoje dobrze nam znane - i czasem wkurzające, ale przecież w gruncie rzeczy kochane - cechy). Z drugiej zaś dość nowa życiowa potrzeba umacniania więzi - żeby dzieci znały rodzinne historie i tradycje, żeby babcia miała szansę błysnąć prastarym bon-motem przed nową publicznością, a tata usmażyć najpyszniejszą na świecie rybę.

Bo kiedyś już tej ryby nie będzie, jak nie ma idealnych uszek babci Zosi i genialnego karpia po żydowsku, którego robił mój dziadek. Nie cierpię karpia, ale o tamtym dziadkowym myślę czule. I cieszę się, że mnie zmuszano za młodu do tych rodzinnych celebracji i konsumpcji. Wspominam z łezką w oku tych, których nie ma. Boję się, że za rok, dwa, dziesięć zabraknie też tych, z którymi w tym roku siądę do wigilijnego stołu. Zależy mi, żeby córki zdążyły poznać, posmakować, zapamiętać - żeby miały w sobie ślad tych rozmaitych składników, które wymieszane ze sobą w chaotyczny sposób tworzą naszą unikalną, jedyną na świecie rodzinę.

Chcę żeby czuły przez jak wiele osób są kochane, tak jak ja pamiętam miłość i dobroć cioci Ali (nie wspominając o bigosie. Boskim). Albo te święta, gdy niespodziewanie przybyli "zbłąkani wędrowcy" i zasiedli z nami przy absurdalnie przepełnionym (ludźmi i pożywieniem, choć czasy były kryzysowe) stole. Jakie to było wesołe i fajne. I nie ma znaczenia, że "wędrowcy" to moja ciotka i jej zagraniczny mąż, z którym się potem rozwiodła. Fajny był tamten moment, nawet jeśli miłość po drodze umarła.

Cokolwiek się zdarzy, jakiekolwiek czekają nas jeszcze radości i smutki (bo, że jakieś czekają to pewne, nie trzeba do tego czarnowidza, którym zresztą nigdy nie byłam i nie jestem) wierzę, że ten kapitał wspomnień jest ważny i potrzebny. Że będzie fundamentem zarówno nostalgii (gdy przyjdzie czas na nostalgię) jak i poczucia bezpieczeństwa. Nie tylko dla tych najmłodszych w rodzinie, także dla tych całkiem już posuniętych w leciech, jak ja.

Dlatego nagle przejawiam zupełnie mi wcześniej nieznaną rodzinną energię, chęć łączenia wszystkich ze wszystkimi i sadzania przy wspólnym stole (jeszcze będę sobie pluła w brodę, szykując tony jedzenia dla tej czeredy). To po prostu taka moja ucieczka przed (cudzą i własną) śmiercią. Chyba jedyna możliwa.

Więcej o: