Miesiąc abstynencji? W Polsce? Niemożliwe

Piję tylko przy wyjątkowych okazjach i jedynie z najbliższymi ludźmi. Miesiąc temu, dla eksperymentu, zobowiązałam się samą przed sobą, że nie wezmę alkoholu do ust przez cztery tygodnie. Czym to się skończyło?

Za ojczyznę!Sytuacja jest jaka jest. Sami widzicie.

Nie mam zamiaru nikogo namawiać do picia. Podziwiam ludzi, którzy nie potrzebują alkoholu. Wiem, że niektórzy pić nie mogą i nie powinni. Gdy moi znajomi przechodzili alkoholową inicjację na przełomie podstawówki i liceum, nie piłam wcale, bo wydawało mi się, że mam lepsze rzeczy do roboty. Na trzeźwo przebrnęłam przez półmetki, osiemnastki i studniówkę. Po obozie zerowym przed pierwszym rokiem studiów, gdzie spuszczeni ze smyczy synalkowie swoich mamuś zasypiali w rowie po zero siedem, postanowiłam, że oprócz kieliszka wina do obiadu rodzinnego, powinnam „nauczyć się pić” z tzw. rówieśnikami, bo jak studia mają wyglądać jak na załączonym obrazku, to ja się wypisuję.

Nie jestem niestety jedną z tych szczęściar, które świetnie się czują jako jedyne pijące wodę niegazowaną na mocno gazowanej imprezie. Nigdy jednak nie piję do lustra ogromnych kieliszków chardonnay jak ze skeczy Amy Schumer (no, może ten raz, kiedy miałam bardzo złamane serce), nigdy nie piję więcej niż sobie wcześniej zaplanuję, nigdy nie piję „na rozluźnienie” (czasem na smutno w wieczór wyborczy). Sięgam po kieliszek (chociaż samo to określenie trąca kroniką kryminalną) tylko od święta. Dosłownie od święta - wtedy, gdy kumplowi rodzi się dziecko, przyjaciółka wydaje książkę, a mąż kończy ważny projekt.

Mojemu piciu daleko do upicia, zwłaszcza że szczęśliwie weszłam w wiek, kiedy kac powoduje nie tylko ból głowy, ale i ból duszy, więc trzeba się pilnować, niektórzy znajomi jedzą jarmuż, ćwiczą jogę i odkryli siebie, więc teraz nie piją w ogóle, a inni są tak zajęci, że jedna impreza może zaważyć na ich karierze. Dojrzałość niechybnie oznacza, że piją dużo ci, którzy mają z alkoholem problem, a reszta wspomina partyzanckie wyczyny czasów studenckich, sącząc jednego drinka przez cały wieczór. W efekcie gdy miesiąc temu postanowiłam sobie, że przez cztery tygodnie nie wezmę do ust łyka alkoholu, to zadanie wydawało mi się banalnie proste.

"To ja szukałam okazji, czy okazja szukała mnie?" (fot. Pexels.com CC0)

Nie przewidziałam jednak, ile będę miała okazji, żeby się z kimś z czegoś cieszyć. Teraz cieszę się, że tych okazji było tak dużo, bo to znaczy, że mimo niesprzyjającego klimatu politycznego, moim bliskim wiedzie się dobrze. Wznosząc toast, zadaję sobie za każdym razem pytanie, czy to ja szukałam okazji, czy okazja szukała mnie. I staram się wybierać bramkę numer dwa. Co wciąż nie zmienia faktu, że gdy życie serwuje mi okazji w nadmiarze, zastanawiam się, czy nie padam ofiarą stereotypów: jeśli sukces, to z kieliszkiem szampana, jeśli degrengolada to z tanim winem, a relaks zawsze z piwkiem.

Mojej abstynencji tym razem kłody pod nogi rzucały jednoznacznie pozytywne okazje. Pierwszego dnia po powzięciu postanowienia organizowałam kolację dla przyjaciół, a do rostbefu trudno nie napić się wina. W weekend spotkałam od dawna nie widzianą przyjaciółkę, a potem urodziny miała moja mama. Z moich skrupulatnych obliczeń wynika, że średnio w miesiącu co najmniej dziesięć razy powinnam wznieść toast. Moja prababcia, która dożyła pięknego wieku 98 lat, żegnała każdy dzień kieliszkiem koniaku, uznając że był wart świętowania.

Na zdrowie?

Więcej o: