"Moje finanse są jak domek z kart". Pozdrowienia z krainy prekariatu

"Ach, ci dwudziesto- i trzydziestolatkowie, którzy przesiadują w kawiarniach, nazywają to pracą, a ciągną kasę od rodziców". Podobno jesteśmy leniwi i niezaradni, a przy tym butni i oderwani od rzeczywistości. A może by tak zajrzeć za fasadę kawiarnianego dolce vita, a dopiero potem ferować wyroki?

Jest takie słowo, które tłumaczy tę naszą rzekomą życiową nieudolność. To słowo to „prekariat”. Jesteśmy pokoleniem braku perspektyw i braku stabilizacji, które biorą się właśnie z wiecznej bezetatowości. To zjawisko niejedno ma imię: są tacy, którzy siedzą na dorywczych śmieciówkach i nie są w stanie przewidzieć ile (i czy w ogóle) zarobią w danym miesiącu. Inni tkwią osiem godzin dziennie przy tym samym biureczku, na śmieciówce imitującej etat, ale pozbawiającej ich pracowniczych przywilejów i luksusów takich jak urlop czy L4, nie mówiąc już o „trzynastce” i wszelkich benefitach. Jeszcze inni wypychani są na samozatrudnienie, gdzie ZUS połyka połowę ich mizernej pensji, oferując w zamian wątpliwy glamour bycia młodym przedsiębiorcą i perspektywę głodowej emerytury.

Problem niby nowy nie jest, tyle że się rozprzestrzeniaProblem niby nowy nie jest, tyle że się rozprzestrzenia

Taki mamy klimat, że nasi rodzice wypruwali sobie żyły, żebyśmy mogli robić to, co kochamy, a my chwytamy się byle czego, żeby żyło się jako tako. Ze świecą szukać trzydziestolatka, który nie wykonuje pracy poniżej własnych kwalifikacji, w dodatku ledwo zahaczającej o jego umiejętności. Najlepsze umysły tego pokolenia gniją na umowie zlecenie w podupadających firemkach, gdzie dostają stanowisko o imponująco brzmiącej anglojęzycznej nazwie oraz żenująco śmieszną pensyjkę. Harujemy po kilkanaście godzin na dobę, wiecznie czekamy na przelew i mamo zero oszczędności - co odłożymy w listopadzie (duże zlecenie! HA!), wydajemy w grudniu (prezenty i pralka wylała).

W oczach naszych rodziców stanowimy paradoksalne połączenie pracoholizmu i leserstwa. Pracoholizmu, bo nikt inny w rodzinie nie jest aż tak zawalony robotą, żeby nie móc stawić się na rosołku u mamy w niedzielę o trzynastej. Leserstwa, bo ta nasza „praca” niewiele ma z pracą wspólnego. Dla pokolenia, któremu na miły początek życia zawodowego zakład pracy dał w latach siedemdziesiątych przyzwoite pieniądze, służbowe mieszkanie, diety i całusa w czoło, praca ma ściśle określoną definicję. Jeśli zarabiasz pieniądze leżąc w pod kocem na kanapie, jeśli nie nalicza ci się staż pracy, jeśli ZUS nie da ci na starość ani grosza, a jak się rozchorujesz to musisz bulić lekarzowi pierwszego kontaktu, żeby przepisał ci nierefundowany antybiotyk, to sorry, ale wcale nie masz pracy. Obudź się, jesteś bezrobotny!

Wściekam się, kiedy ktoś sugeruje, że jestem ułomna. Że sama jestem sobie winna. Skończyłam dzienne studia na państwowej uczelni. Terminowo, z wyróżnieniem. Nie ocknęłam się w dniu obrony pracy magisterskiej, że o cholera, dzień dobry, dorosłość. Jeszcze przed maturą tyrałam w angielskim fast foodzie. Na studiach przerzuciłam się na rzeczy, które stroiły z moim wykształceniem. Fuchą, stażem i wolontariatem wydeptywałam sobie przyszłość. Po skończeniu studiów wtoczyłam się na rynek pracy mozolnie, bez znaczących koneksji. Nie łudziłam się, że ktoś od razu da mi pracę marzeń z pocałowaniem w oba policzki, ale nie spodziewałam się, że szukanie roboty okaże się marszem w kierunku depresji.

Przez tysiąc dni grzebałam w ogłoszeniach, próbując utrzymać się z pracy tłumacza na frilansie. Żyłam szarpanym życiem od fuchy do fuchy, dopominając się o każde najdrobniejsze zlecenie. Bo „umiem” i „chcę” to za mało - w XXI wieku największą rację bytu mają wygoda i nepotyzm. Zleceniodawca, który ma do oddania robotę, w pierwszej kolejności przechyla się przez biurko i krzyczy „ej, zna ktoś jakiegoś dobrego tłumacza?”, a dopiero w ostateczności wyłania zleceniobiorcę spośród ogółu chętnych na drodze otwartej rekrutacji. Ogłoszenia, jeśli w ogóle są, zwykle mają jakieś mroczne drugie dno. Znalazłam kiedyś takie ogłoszenie - miód na moje serce - „etat dla tłumacza”. Kiedy trzaskałam list motywacyjny, z emocji trzęsły mi się ręce, bo czułam, że stoję na progu złotej ery spokoju psychicznego i stabilizacji. Niestety, gorzkie rozczarowanie przyszło już na etapie rozmowy kwalifikacyjnej - ta firma nie szukała tłumacza. Tłumaczowi, jako specjaliście, należałoby płacić ze trzy, cztery tysiące. A po co, skoro można zatrudnić sekretarkę z biegłym angielskim? Taką, która lekką ręką machnie specjalistyczne tłumaczonko (albo pięć) i jeszcze kawusię zaparzy, telefon odbierze. No i weźmie za to wszystko półtora tysiąca. Na umowie o dzieło, bo to nie o etat im chodziło, głuptasie, tylko wymiar godzin jak na etacie. Wiadomo.

Pokornie wróciłam do wyżebranych zleceń, ale fuchy mają to do siebie, że często ich nie ma. Zaklinałam telefon, żeby coś wpadło i rzeczywiście w końcu wpadało - w piątek o dwudziestej pierwszej na - AAAA! - sobotę rano. Albo czterdzieści stron na cito. Z marszu brałam się do roboty i znikałam ze świata żywych na 15 godzin dziennie. Czasem, dla higieny, zabierałam komputer do kawiarni, bo możliwość pracowania na leżąco, z tłustymi włosami, to przywilej, z którego warto czasem zrezygnować. Zamawiałam kawę i kanapkę w ramach opłaty za tymczasowe biuro przy stoliku kącie i gorączkowo tłukłam tłumaczenie, wiedząc, że kasę za tę harówę zobaczę najwcześniej za trzy miesiące, bo taki los podwykonawcy, że zawsze ląduje na szarym końcu listy płac. „Kiedyś na pewno doczekam się przelewu” - pocieszałam się.

I wtedy przychodził ktoś, komu wystarczał jeden rzut oka na filiżankę z kawą, żeby stwierdzić, że „proszę, proszę! Powodzi się!” albo „no tak - nie masz kredytu na mieszkanie, to stać cię na kawusię na mieście”. Do dziś spotykam się z półżartobliwymi sugestiami, że jestem oderwana od rzeczywistości. Przyjmuję je ze śmiechem. Bo moja obecna rzeczywistość jest taka, że pracuję od rana do nocy, a ledwo stać mnie na malutki pokoik w mieszkaniu pełnym nieznajomych. Szanse na to, że kiedykolwiek dorobię się własnych trzydziestu metrów kwadratowych są znikome. Kredyt? Szłabym w to jak w tango, ale podejrzewam, że pracownicy banku parsknęliby śmiechem, gdybym przytaszczyła im walizę pełną umów o dzieło. Kredyt to owiane złą sławą brzemię czterdziestolatków, które dla trzydziestolatków jest trudnym do zrealizowania marzeniem. Bo zdolność kredytowa bierze się z etatu, a etat jest dla nas jak Eldorado - podobno istnieje, ale nikt nie wie którędy droga.

Na okoliczność rozmów o przyszłości, moi rodzice wypracowali sobie nawet odpowiedni ton głosu z pogranicza zatroskania i zdumienia. „Czy nie wygodniej by ci było na etacie?” - pyta mama, tak jakbym przez ostatnie kilka lat waliła pięścią w ścianę i krzyczała: „błagam, niech nikt nie daje mi stałej pracy!”. Chciałabym móc odparować, że jestem niezależna i nic nikomu do tego, ale nie ma się co oszukiwać - moje finanse są jak domek z kart. Zazwyczaj elegancko się dopinają, ale wystarczy jeden niefortunny podmuch, choćby dziura w zębie i nagle jest „tato, pożycz, proszę, dwie stówy”. Przyjemnie byłoby żyć inaczej niż metodą „co zarobię, to wydam”, więc czasem zbieram się na odwagę i próbuję wynegocjować dla siebie jakieś uczciwe pieniądze. W odpowiedzi słyszę, że „mam nierealne oczekiwania” i „przecież widzę, jakie mamy czasy” oraz że „ci młodzi tacy bezczelnie roszczeniowi”. Zaraz, zaraz - to jak to w końcu jest? Czy to ja jestem ułomna, czy może przypadkiem rzeczywistość?

Więcej o: