Resortowe, tfu: tabletowe dzieci

Podobno dzieci oglądają za dużo reklam i za dużo korzystają z tabletów. A ja się pytam - niby kiedy mają na to czas?

c

Mam na myśli małe dzieci, bo te duże, moim zdaniem, najbardziej są uzależnione od telefonów. Tak przynajmniej wynika z obserwacji własnego i cudzych nastolatków. Ale o nastolatkach nie będę pisać, a już na pewno nie o swoim, bo to się może skończyć źle. Dzisiaj o tych mniejszych. Dwu-, trzy-, cztero-, pięcioletnich. Podobno te dzieci za dużo korzystają z tabletów, przez co nie mają jak nauczyć się świata. Ludzi. Więzów społecznych. Mózg im się niedorozwija i potem będą tępakami w szkole. Brzmi strasznie, ale ja w to wierzę. Dane statystyczne są dość zatrważające:

ponad 40% rocznych i dwuletnich dzieci w Polsce  korzysta z tabletów lub smartfonów, wśród nich niemal co trzecie korzysta z urządzeń mobilnych codziennie lub prawie codziennie

60% rodziców, którzy udostępniają dzieciom tablet lub smartfon, robi to, żeby zająć się swoimi sprawami, co czwarty po to, żeby dziecko zjadło posiłek, 18% - żeby dziecko zasnęło.

Ale dalej nie mam pojęcia, kiedy dzieci mają czas na te tablety?

Córka lat 4,5 wstaje rano, potrzebuje mniej więcej godzinę, żeby się wyszykować do przedszkola. Bo nie lubi się spieszyć, ubierać, jeść, myć zębów. Te wszystkie rzeczy są taaaakie nudne. Ona wstaje rano, ma dużo siły, czasem jeszcze dobry humor do tego, a wtedy trzeba przecież pobawić się w "życie”. Zaopiekować się dwiema siostrami (czyli lalkami, marzy o rodzeństwie, tworzy sobie substytuty), porozmawiać z nimi, porozstawiać je po kątach, w końcu ona jest tu najstarsza. Ochrzanić je, zbesztać, przytulić. Pobawić się dwiema laleczkami Lego Friends, co to je dostała od Mikołaja pod poduszkę, jedna ma pizzerię, druga kiosk, obydwie naprawdę dużo wspólnych spraw do załatwienia, przecież przyszły do nich kasztanki i mają jakieś wąty, trzeba coś z nimi zrobić. Poustawiać mebelki, co to je tata ostatnio przywiózł z delegacji, zagrać w grzybobranie, w nogi stonogi, zapakować walizeczkę na kółkach na wielką wyprawę do ciepłych krajów. No dobra, w dodatku trzeba się jeszcze ubrać ("mamo, pomóż, nie mogę tak sama, taka jestem sama i samotna, nikt mi nie pomaga"), zjeść ("jajeczko na miękko z bułeczką, wiesz, tak jak wczoraj"), umyć zęby ("w przedszkolu umyję, przecież w przedszkolu myje się zęby"), ubrać się w kolejne ubrania (kurtki, bluzy, czapki, rękawiczki, "nie, nie kremuj mnie, tylko nie po oczach") i pójść do przedszkola.

W przedszkolu jest do 17.00, mniej więcej, tam tabletów nie dają. Po przedszkolu czasem jest balet, czasem angielski, czasem nic. Jak jest lato - plac zabaw dokąd się da, przynajmniej do 20.00 ("mamusiu, bo tu tak fajnie, i jeszcze muszę tu i jeszcze to i jeszcze tam i jeszcze tylko chwilkę pokopię i zjadę z tej rury, aaaaa, huśtawka się zwolniła, aaaaa, dlaczego ona tam siadła, przecież ja chciałam?"). Latem po powrocie z placu zabaw czasu wystarcza tylko na mycie i już trzeba iść spać ("przecież jest jasno, dzień jeszcze, jak to spać?"). Oczywiście po czytaniu, nie ma spania bez czytania. Jesienią / zimą tego czasu w domu jest odrobinę więcej, ale i tak na nic nie wystarcza, bo przecież trzeba zrobić to wszystko, co rano, tylko trochę dłużej i spokojniej. I poczytać. I pograć w piłkę ze starszym bratem. I potańczyć do Wodeckiego. I namalować coś. I powycinać karteczki. I poprzyklejać królewnom sukienki. I poleżeć. I jeszcze "przytul mnie, tak bardzo cię kocham". I niby kiedy ten tablet?

W weekend? W weekend to ona pyta: "Gdzie dzisiaj idziemy? Co dzisiaj robimy? A spotkamy się z tą? A na łyżwy? A na rower? A na dinozaury? A na koncert? A do restauracji? A gdzie, a co, a kiedy, a już idźmy? Możemy już iść? Do tej pani na bazar po ogórki kiszone?" A potem, jak już wracamy do domu, to trzeba jeszcze zrobić to wszystko, co wcześniej, tylko jeszcze dłużej i spokojniej. Bo przecież jest weekend i mamy dużo czasu. Jak to spać? Już spać? Znowu spać? Ale jutro też jest weekend? I gdzie idziemy? Z kim się spotykamy? Co będziemy robić?

Mniej więcej z tego samego powodu nie oglądamy telewizji. Bo nie ma kiedy, bo trzeba iść, spotkać się, zobaczyć. Och, fakt, nie mamy telewizora, to tylko drobny szczegół, który odrobinę pomaga, ale też bez przesady. Nie wiem po co oglądać telewizję, skoro wszystko jest w internecie i wszystko można sobie obejrzeć o dowolnej porze dnia i nocy. Bez reklam, bez czekania, bez nerwów. Ale córka generalnie nie przepada za filmami, bo wszystkie są straszne. Dzieją się za szybko, nie kuma, o co chodzi, "wyłącz to, ja się boję!". Świnka Peppa jest super. Ale ile można Peppę katować? Byłyśmy ze dwa razy w kinie, ale więcej nie pójdziemy, bo dwudziestominutowy blok reklamowy obowiązuje nawet przed filmami dla najmłodszych. I te reklamy wcale nie są dla najmłodszych. Miałam wrażenie, że po tym bloku córka miała już ochotę wyjść z kina, tak bardzo była zmęczona. Wydaje mi się, że nie miała pojęcia, co było w tych reklamach, poza tym, że strasznie szybko migały.

Tak, czasami chce jakieś "rzeczy”, głównie wtedy, kiedy nakręcą ją na coś koleżanki w przedszkolu. Ale najczęściej nie wie, że to, o czym one mówią jest dostępne "do kupienia”. Koleżanki oglądają kucyki Pony? Super, ona też mi wymienia ich nazwy, ale nie wie, że te kucyki są w sklepach, bo na zwiedzanie, czy zakupy do "zabawkowego” jej nie zabieram. Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami. Lego Friends podpatrzyła u koleżanki na urodzinach i wtedy zapragnęła. Ale kasztankami można bawić się tak samo dobrze.

Dobra, przyznam się. Tak naprawdę to moja wina, że dziecko nie ma czasu na tablety. I na reklamy. Bo po prostu jej tego nie daję. Nie włączam telewizora, nie wkładam telefonu/tablecika do łapki. Nie wie, jakie to fajne, to nie chce. Oczywiście wiem, że i tak jej przed tym nie uchronię, wiem, że ten czas wgapiania się w ekranik jeszcze przyjdzie. Chciałabym jednak, żeby przyszedł jak najpóźniej. Dlatego wieczorem czytamy, a nie oglądamy, jak jemy, to jemy i nie rozumiem, co to znaczy "załatwiać swoje sprawy przy dziecku". Te drobiny czasu, które zostają po pracy, przedszkolu, szkole, hobby, zajęciach staram się po prostu dzieciom poświęcić. Bo, co tu dużo gadać, wcale nie jest tego jakoś specjalnie dużo. A fajnych rzeczy do zrobienia - całe mnóstwo.

Więcej o: