Chcę być strażakiem, lekarką, modelką - czy zawsze warto realizować marzenia z dzieciństwa?

Zrealizować marzenia, zwłaszcza te z dzieciństwa. To taka piękna idea. Otóż nie zawsze. Dziecięce marzenia zawierają niekontrolowaną dawkę naiwności, dlatego czasem dobrze, że się nie spełniają.

Chcę zostaćChcę zostać /fot. Magda Acer

Jako dziecko chciałam być projektantką mody. Dobrze pamiętam ten etap, mój pokój zawalony rysunkami wiotkich kobiet w zwiewnych sukniach. Ubrania, które szyłam dla mojej Petry z Peweksu, będącej namiastką Barbie. Pamiętam ten proces twórczy, kiedy myślałam o tym, jak połączę poszczególne rodzaje materiałów, jakie buty dobiorę do sukienki. Nurt modowy przetrwał u mnie mniej więcej do szóstej klasy podstawówki, kiedy straciłam zainteresowanie lalkami na rzecz biologii. Myślałam o tym, żeby zostać ornitologiem. Godzinami mogłam studiować atlasy ptaków, żeby później rozpoznawać w lesie różne gatunki sikorek i dzięciołów. Chciałam też zostać weterynarzem, ale kiedy poszłam uśpić mojego pierwszego szczurka stwierdziłam, że nie mogłabym odebrać życia innej istocie i już nie chciałam operować zwierząt. Na szczęście miłość do przyrody i zainteresowanie biologią nie zniknęły nigdy z mojego świata.

Leżeć i pachniećLeżeć i pachnieć /fot. Magda Acer

Kilka lat później, kiedy odkryłam piękno secesyjnych kamienic Wrocławia, wyobrażałam sobie swoją przyszłość w roli architekta. W mojej głowie i na papierze powstało mnóstwo fantastycznych projektów, które jednak nigdy nie stały się realne i trójwymiarowe. Niestety tu na drodze do kariery stanęła matematyka. Choć lubiłam ten przedmiot, to niestety rachunek różniczkowy i całki wprowadzały mój mózg w stan katatonii. Tymczasem na testach na architekturę było sporo zadań z tymi potworami, co dyskwalifikowało mnie w przedbiegach.

Będąc pod silnym wpływem książek o przygodach Tomka Wilmowskiego wyobrażałam sobie również, że zostanę archeologiem lub podróżnikiem, że moje dorosłe życie będzie obfitować w niesamowite przygody. Że będę w wiecznej podróży po najbardziej egzotycznych zakątkach kuli ziemskiej. Młodzieńcza naiwność wypierała ze świadomości kwestie finansowe i sprawy godnego utrzymania się. Pieniądze miały być w moim życiu jakby mimochodem, od niechcenia i naturalnie. W moich marzeniach liczyło się żeby być i cieszyć się chwilą w jakimś niezwykłym miejscu.

Tymczasem kilkanaście lat później zostałam biurwą. Osiągnęłam stadium, na które jako młoda dziewczyna spoglądałam z mieszaniną przerażenia i lekkiej odrazy. Ośmiogodzinna szychta w biurze wydawała się młodej mnie synonimem życiowej stagnacji i kompletnym brakiem rozwoju osobistego. Pracę w urzędzie postrzegałam jako zabójstwo komórek mózgu odpowiadających za kreatywność i samodzielne myślenie.

podróżPodróżować jest bosko /fot. Magda Acer

Cieszę się niezmiernie, że tak bardzo się myliłam i że dorosłam. Zastałam biurwą. Co poszło nie tak? A może to nie jest tak, że coś poszło źle. Może to jest właśnie ta właściwa droga. Naiwne marzenia z dzieciństwa i młodości bywają mocno oderwane od rzeczywistości. A przy całym pejoratywnym wydźwięku słowa biurwa, bycie biurwą na etacie w urzędzie ma mnóstwo zalet. Przede wszystkim komfort psychiczny umowy o pracę, atmosfera, która sprawia, że wciąż mi się chce przychodzić do biura oraz interesujący ludzie, z którymi mam przyjemność realizować ciekawe projekty.

Podążanie za marzeniami wydaje się niezmiernie pociągające. Normalnie ahoj przygodo. Pisząc ten tekst przypomniałam sobie o poruszającym filmie, który opowiada właśnie taką historię. Bohaterem „Wszystko za życie” w reżyserii Seana Penna na podstawie powieści o tym samym tytule autorstwa Jona Krakauera jest młody chłopak - Chris McCandless, który po ukończeniu studiów rzuca wygodne życie, oddaje wszystko, co ma i wyrusza w samotną podróż na Alaskę. Podczas drogi poznaje niezwykłych ludzi. Pomimo tego, że namawiają go by z nimi został, on wciąż wędruje na północ. Na Alasce zamieszkuje w lesie, w opuszczonym szkolnym autobusie. Ma wszystko czego pragnął, ciszę, spokój, samotność i na wyciągnięcie ręki piękno otaczającej przyrody. Piękno, które okazuje się pułapką i trucizną. Kiedy zdaje sobie sprawę z tego, że chce wrócić do typowego życia, takiego z domem i rodziną jest już za późno. Utkwiła mi w głowie tak scena, w której Chris zapisuje zdanie w swoim pamiętniku: „szczęście jest wtedy, kiedy możesz je z kimś dzielić”.

Spytałam moją pięcioletnią córkę, kim chce zostać w przyszłości. Jeszcze do niedawna mówiła, że królową lub panią dyrektor, żeby ludzie wykonywali jej polecenia. Wczoraj stwierdziła, że jednak woli być nauczycielką w przedszkolu i bawić się z dziećmi w ich ulubione zabawy. Mój dziewięcioletni syn podobnie jak wielu rówieśników widzi siebie w przyszłości jako piłkarza.

Nie wiem, jak potoczy się życie moich dzieci. Mam tylko nadzieję, że dokonają dobrych i mądrych wyborów. Wiem, że popełnią kilka błędów, że się sparzą, choć liczę na to, że niezbyt mocno. Mam nadzieję, że wychowam ich na dobrych ludzi i będę szczęśliwe.

Magda Acer

Więcej o: