Życie bez Internetu - wspomnienia tych, którzy to jeszcze pamiętają

Ale jak to - BEZ Internetu? Mniej więcej raz do roku zadaję sobie to pytanie. W wakacje, na własne życzenia trafiam do miejsca, gdzie nie tylko nie ma Internetu - nie ma tam także zasięgu telefonicznego, kiosku z prasą i telewizji. Jest radio, ale strasznie trzeszczy. Po dwóch dniach z syndromem odstawienia akceptuję stan rzeczy i okazuje się, że życie wciąż trwa. Pamiętacie jak to było?

Internet w Polsce jest zjawiskiem stosunkowo nowym - początki to 1991 rok, mniej więcej od 1996 (odkąd Telekomunikacja Polska SA wprowadziła anonimowy dostęp za pomocą modemów) sieć zaczęła wkraczać pod strzechy, a raczej pod azbest. Charakterystyczne dźwięki łączenia się z Internetem, zerwane połączenia, przesyłanie sobie pierwszych maili i pierwsze polskie strony www - to wszystko pamięta wielu z nas. A jak było wcześniej?

Spotkania i wymiana informacji (czytaj: ploteczki)

Choć na telefon czekało się czasem 20 lat, a nieliczni mieli go w domu z powodów służbowych lub traf tak chciał, to ludzie się jednak komunikowali. Były budki telefoniczne, aparat u sąsiada, poczta oraz specjalne jednostki do telekomunikacji międzymiastowej i międzykrajowej. Pani z centrali łączyła ze Szczecinem anonsując rozmowę. Żeby porozmawiać z tatą, który w 1986 wyjechał do USA, jeździliśmy z mamą do odległego o 50 km miasta wojewódzkiego. W ciągu dwóch lat rozmawialiśmy z nim kilka razy. Istniała za to dość powszechna komunikacja zwana „wpadnę na herbatę” oraz „właśnie przechodziłam”, chodziło się „na kominki” i plotkowało. Dziś wprawdzie też się plotkuje, ale jakoś tak bardziej wirtualnie i mniej górnolotnie. Zamiast przy herbacie "na chacie", to na czacie.

Międzyludzka z Nowogrodzkiej / fot. Agata UhleMiędzyludzka z Nowogrodzkiej / fot. Agata Uhle

Kalina Jędrusik śpiewała: „to nie międzymiastowa, to międzyludzka”, dziś pewnie śpiewałaby że to interpersonalna. Choć telefony nie towarzyszyły każdemu i wszędzie, nie miały dostępu do całego świata jednym kliknięciem, to dzięki tym na kablu i z kręconą tarczą, dzięki listom i telegramom wiedzieliśmy o nadjeżdżającym znad morza kuzynie, pogrzebie ciotki z Przemyśla i miłości Krystyny do Tadeusza. Choć nie informowali o tym na Facebooku. I język tej informacji nam się też zmienił. #smuteczek

Informacje z kraju i ze świata

Wolność prasy była pojęciem znanym teoretycznie. Choć niektórzy twierdzą, że jest tak nadal, to mają jednak sieć, gdzie mogą głosić co tylko chcą i znaleźć wiele artykułów z zupełnie pobocznych nurtów myślowych, bez wychodzenia z domu. Naukowcy, dla których w ogóle stworzono Internet, już nie raz do roku na ważnym sympozjum na drugim końcu świata, a za dwie minuty mają szansę dowiedzieć się o najnowszych odkryciach. Wieść o tym dobrym, ale też i o tym złym, obiega glob w kilka chwil. Wszystko to odmieniło społeczeństwo w zaledwie 20 lat, w ciągu jednego pokolenia.

Google zmienił nam mózg. Selekcjonujemy zapamiętywanie. Nie ma już Wielkiej Gry. I nie znamy na pamięć rozkładu jazdy podmiejskiego do Dęblina czy Podkowy Leśnej, daty bitew też stały się jakoś mniej istotne, sporadycznie korzystamy z notesów, zwanych kiedyś kapownikami lub kołonotatnikami. Pamięć zewnętrzną i wewnętrzną zamieniliśmy na głowę w chmurze. Adresów, numerów telefonów do instytucji, kodów pocztowych i rozmiaru odzieży połowy rodziny też nie pamiętamy. O ile to pierwsze znajdziemy w Internecie, choć nie tak łatwo jak kiedyś w książce telefonicznej, bo przecież mamy dane osobowe ściśle chronione, o tyle informacje o rozmiarze stopy ciotki Gienki w ogóle są nam zbędne, a kiedyś nie! Bo jak się buty trafiły, to się je kupowało.

Najlepsze były kolorowe wkładki z owocami egzotycznymi. Kto się ślinił, ręka w górę! / fot. Agata UhleNajlepsze były kolorowe wkładki z owocami egzotycznymi. Kto się ślinił, ręka w górę! / fot. Agata Uhle

Panie, kup pan cegłę!

No właśnie - zakupy! Z jednej strony w sklepach w ogóle średnio można było znaleźć cokolwiek, nie przez brak Internetu, ale przez „centralnie sterowaną gospodarkę”, ale z drugiej strony - nawet jak coś było, to pojawiało się lokalnie. W cechach rzemiosła artystycznego i na bazarach Polska różniła się znacząco. Miło było pojechać nad morze, bo pamiątki były znad morza, a nie z Chin. Podobnie jak ciupagi w Zakopanem. Na Ząbkowskiej w sklepie „Dziupla” były płyty z metalem, w Płocku jeansy, Włocławek stał ceramiką, w Łodzi na Piotrkowskiej zawsze dostało się wyroby dziewiarskie, Kraków to fajne buty, z Torunia można było przywieźć worek elany na praktyczne swetry, a ze Śląska nawet słoiczki Gerbera! Dziś jednym klikiem zamówimy sobie ulubioną płytę jazzową prosto z USA (i to oryginalnie zapakowaną, ale wydaną w 1963). I przyniesie ją nam do domu pan kurier. Nie mówiąc o zakupach spożywczych albo zabawkach w jeszcze lepszej cenie. W tym roku 40% Polaków zrobi świąteczne zakupy przez Internet. Staliśmy się wygodniccy!

Ludzie listy piszą...

Sprawy bankowe, przelewy, saldo i spłatę kredytu kontrolujemy sami, mając do konta dostęp 24 godziny na dobę. Ale i tak nie skróciło to kolejek, kto był choć raz w banku, bo musiał - niechybnie potwierdzi. Ciekawostka. Jednak pod koniec miesiąca, jeśli mamy ochotę, przyślą nam wyciąg nawet do zwykłej skrzynki pocztowej. Coś dla sentymentalnych.

Poczta wciąż działa, pewnie głównie, żeby dostarczać te wszystkie e-zakupy. Kolejki też równie długie. Ale znaczków kupuje się dużo mniej, nie pisze się ręcznie kartek z powinszowaniami na każdą okazję - od narodzin dziecka, po kondolencje, od imieninowych gerber z pudlem z plastiku w tle, po pozdrowienia spod pomnika Mickiewicza w Krakowie. Szkoda! Dzięki pocztówkom poznałam Polskę zanim ją zwiedziłam. Zamarła też sztuka epistolarna, powstała za to sztuka e-mailowa. Żadna tam sztuka, nikt już nie kaligrafuje, po charakterze się nie pozna, czy Antoni był wzburzony, gdy pisał, a list nie przeszedł jego wodą kolońską. I nie wybrał sam znaczka. W związku z tym filateliści też stali się niszowi. Co prawda wciąż są profesjonaliści, ale już żaden chłopiec nie nosi z troską swojego klasera w ramionach, tuląc go do piersi jak dziecko, nie odmacza nad parą znaczka z amerykańskiej koperty, ani żadna dziewczynka nie marzy o znaczku z koniem za 20 złotych, z tym kasztankiem. Dzisiejszym dzieciom trudno to pojąć, zaiste.

Ale kartki wciąż wysyłamy. Dwa razy do roku! / fot. Agata UhleAle kartki wciąż wysyłamy. Dwa razy do roku! / fot. Agata Uhle

Ach, ta dzisiejsza młodzież

Bo te dzisiejsze dzieci bawią się zupełnie inaczej. Nie wszystkie co prawda, ale jednak w swej większości, szczególnie nastoletnie. Istnieją jeszcze prywatki, ale coraz częściej na nich zamiast grać w karty czy inne flirty towarzyskie, siedzi się z nosem w telefonie komórkowym. I jest się zasadniczo wszędzie, czyli nigdzie. Bo trochę na fejsie, trochę na insta, albo na czacie z koleżanką z Francji. Opanowuje nas powoli zbiorowe rozdwojenie jaźni - nieobecność myślą znana była i dawniej, ale jakoś tak mniej się uwidaczniała w zachowaniach zbiorowych. I żeby nie było - wielu swoich dobrych znajomych poznałam na IRC-u.

Spora część z nas poznawała ludzi głównie na obozach harcerskich lub sportowych, bawiliśmy się w podchody używając map, kompasów i intuicji przestrzennej. Dziś pewnie użylibyśmy nawigacji i Wikipedii, żeby rozwiązać zadania. Babcia brała talię kart i stawiała pasjansa, dziadek z trzema kolegami co czwartek grali w brydża, mama stała w kolejce na poczcie, żeby zapłacić rachunki, tata sprawdzał coś na suwaku logarytmicznym, w radiu mówili, że w Zawichoście ubyło siedem (mówią i dziś, ale kto by słuchał), brat układał znaczki w klaserze, a ja uczyłam się na pamięć numerów telefonów do cioć, wujków i sąsiadów. Pamiętam większość z nich do dziś. Tylko muszę sobie dodawać trzy cyfry z przodu, i kierunkowy.

Dziś mamy apkę... / fot. Agata UhleDziś mamy apkę... / fot. Agata Uhle

Lepiej? Inaczej

I choć technika była mniej zaawansowana, a w sumie czasu też było mniej, to jakoś wydaje mi się, że było go więcej. Czy na pewno? Byłam wtedy kilkulatką, a one mają inne poczucie czasu. I nie sprawdzają w appce, jaka będzie pogoda za trzy godziny.

Nie wiem, czy jest jakaś dziedzina życia, na którą Internet nie ma żadnego wpływu, już nawet poród monitorują po wi-fi. Olaboga! Przecież Focha by nie było!

A wam jak się życie odmieniło dzięki Internetowi, a może raczej przez Internet?

Więcej o: