Najseksowniejsza rzecz jaką może zrobić mężczyzna? Ugotować obiad!

Kolację. I śniadanie. Generalnie gotujący mężczyźni mają plus sto do mocy już na wejściu, ale jest wiele cudownie zwyczajnych i zwyczajnie cudownych rzeczy, które może zrobić dla ciebie twój ukochany, powodując szybsze bicie serduszka. Między innymi.

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

Zawsze miałam słabość i do mężczyzn, i do jedzenia, więc gotujący panowie podbijali moje serce z większą łatwością niż ci, co to nawet wodę na herbatę przypalą. Może to kwestia wyniesionych z domu wzorców - mój tata gotuje wybornie, z wdziękiem, nonszalancją i wyczuciem tak smaku, jak i estetyki dań. Jestem rozpieszczona przez jego ocierające się o absolut, tworzone w natchnieniu dania. Nikt, absolutnie nikt, nie przyrządza tak kaczki, jagnięciny, ni ryb. O torcie orzechowym i kawowych ptysiach nie wspomnę, bo po co - będzie wam przykro.

Mając w pamięci te wspaniałe potrawy - i te zwykłe, tworzone naprędce pożywne mięsno-warzywne gulasze, czy pomysłowe sałatki dla wybrednych nastolatek, które tata produkował zastępując mamę w kuchni, gdy ta była zajęta pracą (tak, tak - to też mi ustawiło oczekiwania wobec partnera w określony sposób) - mając je wszystkie w czułej pamięci, jestem szczególnie podatna na czar męskiego kucharzenia. Krzątania się, przyrządzania, podawania kąsków do spróbowania. Nawet moja wewnętrzna pedantka milknie i powstrzymuje się od krytycznych uwag (jak można robić taki burdel, gotując?), gdy na horyzoncie majaczy coś dobrego, a ukochany w ferworze miesza w garach. Jestem wówczas najmilszą wersją siebie - czułą, rozkochaną i wybaczającą z góry wszelkie ewentualne potknięcia. Bo sam fakt, że mój mężczyzna gotuje dla mnie, jest mi po prostu miły. A gdy owo coś (mniejsza czy ośmiorniczki w winie, czy dobrze przyrządzone kluchy z bazylią) jest jeszcze smaczne - to: och! Szał uniesień zacznie się przy (na?) stole.

Po prostu chyba lubię, gdy miłość wyraża się w rzeczach zwykłych, gdy "kocham" znaczy "dbam" - dostrzegam czyjeś potrzeby i spieszę, by je zaspokoić, nawet jeśli nikt mnie o to nie prosi. Sama tak właśnie robię i (często zupełnie nieświadomie) oczekuję odwzajemnienia uczuć także na takim poziomie: podania herbatki i otulenia kocykiem, wyręczenia w nielubianym obowiązku czy pomyśleniu o jakimś drobiazgu, który poprawi mój komfort i dobrostan. Naturalnie, lubię też wszystkie te ekstra rzeczy: kwiaty, prezenty, brylanty i szalone niespodzianki. Kto by nie lubił? Ale serce (i kolana) miękną mi również przy takich zupełnie codziennych sytuacjach i nieromantycznych gestach. Wzrusza mnie kawa podana do łóżka, żebym mogła oprzytomnieć nim wstanę, podjechanie w środku nocy do apteki, bo nie ma leku, który by mi pomógł, albo po prostu zakładanie dzieciom czapeczek i zapinania butków, gdy widać, że znów się spóźnimy, a paniczka w moim głosie przekracza już poziom ostrzegawczy.

To nie są wielkie rzeczy, ale uwielbiam to krzepiące uczucie, które dają - hej, naprawdę mnie kochasz, skoro dostaję od ciebie tyle wsparcia i jesteś dokładnie w tym miejscu, w którym cię potrzebuję. I tak, dodaje ci to w mych oczach uroku. Bycie dobrym jednak jest sexy - cokolwiek myślałyby na ten temat dziewczęta, zakochujące się w "złych chłopcach". A komfort psychiczny płynący z poczucia, że ktoś się mną opiekuje też ma tutaj coś do rzeczy - cokolwiek myślałoby na ten temat moje młodzieńcze "ja", bardzo czułe na punkcie własnej niezależności, samodzielności i "sama umiem". No pewnie, że umiem. I że sobie poradzę - ze wszystkim, jak będzie trzeba. Ale fakt, że nie muszę, bo ktoś mi coś zdejmuje z barków, choćby ten jeden drobiazg - działa lepiej niż afrodyzjak.

Więc dzisiaj to ty gotujesz kolację? Wspaniale. Mogę obiecać, że będę miała ogromny apetyt (i szybko schowam gary do zmywarki, bo nienawidzę jak stoją w zlewie).

Więcej o: