Idealne święta? Nie są możliwe bez...

Udana Gwiazdka sama się nie urządzi. Rzeczy, które kiedyś tworzyły dla mnie święta, dziś schodzą na dalszy plan. Wiem, każdy ma swoją listę. Każda lista zmienia się przez lata. Co jest dla mnie ważne dziś?

No właśnie, chociażby bez niego byłoby ciężko (fot. Wikimedia Commons CC0/Oliver Cossalter )Chociażby bez niego byłoby ciężko (fot. Wikimedia Commons CC0/Oliver Cossalter )

Atmosfera

Kiedy byłam dzieckiem, wszystko działo się samo. Mama kupowała bakalie do ciast, które można było dyskretnie skubnąć (ach, te czasy kiedy rodzynki były świątecznym przysmakiem). Tata przynosił choinkę i próbował osadzić ją w stojaku. Mnie pozostawało leżeć na czystej podłodze, wdychać zapachy gotujących się potraw i smarować laurkę dla Mikołaja (oraz nie bić siostry). Dziś nie jest już tak łatwo. Gdyby nie to, że święta są dla mnie ważne (jako rytuał rodzinny, nie religijny) mogłabym w sumie nie zauważyć, że się zbliżają. Pracy w grudniu jest tyle samo, a nawet więcej, bo wszyscy chcą zamknąć miesiąc (i rok) przed wigilijnym tygodniem. Trochę więc padam na pysk, przygnieciona także sezonowym dołem związanym z brakiem światła słonecznego. Śniegu od kilku lat nie ma, przynajmniej w Warszawie. Nie mam radia, telewizora, nie bywam w centrum miasta ani w centrach handlowych, omija mnie więc aplikowane odgórnie „Last Christmas” (które akurat uwielbiam) i rozpylany hojnie aromat pierników i jabłek w cieście. W Mikołaja już niestety nie wierzę, odpada wypatrywanie znaków na niebie i ziemi. Jak więc zapewnić sobie odrobinę sezonowych wzruszeń? Bardzo pomaga w tym...

Dziecko

Przez siedem lat związku wypraktykowaliśmy z partnerem różne rytuały okołoświąteczne. Wspólne jedzenie czekoladek, krojenie warzyw na sałatkę, spacer po oświetlonym Nowym Świecie, wybieranie filmu, który obejrzymy po Wigilii. Powiedzmy jednak otwarcie - w przypadku dwojga dorosłych ludzi jest to wszystko wyrazem opcjonalnej dobrej woli. Żadne z nas nie płakałoby, gdybyśmy w danym roku nie kupili choinki lub gdybyśmy prezenty wybrali razem w internetowej przeglądarce zamiast pakować je z fantazją i chować w gałęziach drzewka (chociaż te drobne wysiłki są ważne i budują rodzinę). Teraz mamy dziecko. Przyznam, że pierwsza Gwiazdka z córką, wtedy pięciomiesięczną, była dla mnie mało magiczna - byłam przyzwyczajona do tego, że święta to okres, kiedy wyłączam telefon i Internet, jem smakołyki i czytam hurtem to, co ofiarowała mi rodzina (oczywiście mam na myśli książki). A tu nagle - humorzaste niemowlę, które ma w poważaniu cichą noc i błyszczące łańcuchy oraz dizajnerskie, drewniane klocki kupione za krwawicę rodziców. Teraz Greta jest adeptką przedszkola i rozumną trzylatką, sprawa wygląda całkiem inaczej. Córka to katalizator świątecznej, naiwnej radości i magii. Kleimy razem łańcuchy, słuchamy piosenek o Rudolfie, otwieramy kalendarz adwentowy, zapalamy świece, opowiadając sobie o mrocznych dniach zimowego przesilenia i staramy się ustalić, o co chodzi w świętach - na początek eksperymentujemy z opcją „być miłym dla innym, pomagać im i nie kłócić się ze sobą”. Oczywiście, czekamy na Mikołaja. Wychodzi to wszystko szczerze i spontanicznie. Staram się nacieszyć tymi latami na zapas, bo zanim się obejrzę, Greta będzie miała 13 lat i grymas rozpaczy na twarzy z powodu świątecznych całusów z mamuśką i tatusiem. Nie pieczemy natomiast pierniczków gdyż...

Gotowanie

... nigdy nie było moją mocną stroną. W domu konsumowałam na święta to, co na stole postawiła mama. Kiedy rodzice wraz z siostrą kroili, faszerowali i ucierali, ja miałam przydzielone zadania odpowiednie dla silnych rąk i mętnego umysłu: mycie łazienki, odkurzanie, wyprawy do warzywniaka. Tak było dobrze i godnie. Kiedy się wyprowadziłam, bardzo brakowało mi zapachu kuchni w przedwigilijnej gorączce. Ale pieczenie mięs w kawalerce? Marynowanie i kiszenie w kuchni o powierzchni roboczej poniżej metra kwadratowego? Może to skusiłoby prawdziwego pasjonata spod znaku garnka i warząchwi, ale nie mnie. Zapakowałam walizeczkę i pojechałam tramwajem do rodziców. I tak już zostało - kolację wigilijną spożywam zawsze u nich. Niektórzy nazwą to wygodnictwem, ja nazywam to wygodnictwem i zdrowym rozsądkiem. Próbowałam dorzucić się do świątecznego posiłku, ale moja mama nienawidzi zakłóceń porządku (mamo, jeżeli to czytasz - wiesz, że to prawda!). Pamiętam jej straszne spojrzenie, kiedy przyniosłam ociekające olejem przesolone śledzie własnej roboty i próbowałam przemycić je na stół. Pamiętam bolesny skurcz warg, kiedy szykując polewę pomieszałam niechlujnie budyń. Dlatego nie próbuję dalej kombinować. Mama nie lubi mojego jedzenia, ja w sumie też za nim nie przepadam, po co się spinać. W moim domu szykuję natomiast sałatkę jarzynową, kompot z suszu i barszcz z kartonu, doprawiony wywarem z suszonych grzybów. Tyle wystarczy, by w połączeniu z prawdziwą choinką wyczarować aurę zapachową odsyłającą do krainy świątecznych fantazji przyprószonych przez...

Śnieg!

Brak śniegu to jedyna kwestia, nad którą nie potrafię przejść do porządku dziennego. Resztę atmosfery, jak widać powyżej, umiem sobie dosztukować i nakręcić. Ale jak wierzyć, że święta coraz bliżej, jeżeli karmiąc wiewiórki w parku stąpam nie po chrupkiej warstewce zmrożonego puchu, a po mokrej trawie upstrzonej stokrotkami? Kto nie wierzy, niech odwiedzi Park Praski. Wychodzę rano z domu, czekam podświadomie na szczypiący w nos i w uszy mróz, a tymczasem ciepły wiatr goni chmury po szarobłękitnym niebie i mózg myśli: „Marzec...”.

No więc śnieg córeczko to jest takie coś białe (fot. Wikimedia Commons CC0)No więc śnieg córeczko to jest takie coś białe (fot. Wikimedia Commons CC0)

Dla Grety Gwiazdka z filmów i obrazków to przedstawienie mityczne: bałwany, sanie, dzieci rzucające śnieżkami, zaspy i śniegowe latarnie. „Mamo, u nas nigdy nie ma śniegu, prawda?” - pyta rozczarowana, a ja czuję się jak szalona staruszka mówiąc: „Teraz nie, ale kiedy byłam dzieckiem...”. Co roku czekam, aż zrealizuje się scenariusz z familijnego filmu: otworzę oczy w Wigilię i zobaczę, jak za oknami spada biały puch, osiada na ziemi, nie topnieje. W oddali słychać cichnące dzwonki sań i tubalny okrzyk: „Wesołych świąt!”. Czuję jednak, że rozsądniej będzie przygotować kalosze i parasol.

Myśl finałowa rodem z Coelho

Często słyszę narzekania, że komercja zabiła święta, że tylko pogoń, konsumpcja, marketing, pomór i made in China. Jednak prawda leży po środku - być może to, że wszystko można dziś kupić bez wysiłku i w ostatniej chwili (jeżeli ma się ku temu odpowiednie zasoby gotówkowe lub pływa się w niebezpiecznym akwenie konsumpcyjnych kredytów i chwilówek) trochę nas rozleniwia. Kiedyś do świąt trzeba było szykować się już w lipcu żeby zgromadzić wszystkie potrzebne dobra, atmosfera powoli narastała, bodźce były limitowane (ile gwiazdkowych kreskówek widziałam jako dziecko w ciągu całego sezonu? Jedną?). Dziś każde centrum handlowe ma olbrzymią choinkę, własną iluminację, co weekend odbywa się inny jarmark świąteczny, a jednak czegoś nam ciągle brakuje. Może po prostu jesteśmy dorośli i część magii przepadła na zawsze. Dlatego tym ważniejsze jest, by znaleźć tradycje, które sprawiają autentyczną radość i twardo się ich trzymać.

Więcej o: