Świąteczna gorączka? Nie, dziękuję

Gdzie jesteś, świąteczna atmosfero? Może chowasz się w nieistniejącym śniegu. Może w zapachu choinki, której nie kupiłam i nie ubrałam, może jesteś w pierniczkach, których nie zdążyłam jeszcze ozdobić. Wiem za to, że na pewno nie ma cię w nachalnym wystroju sklepów wielkopowierzchniowych.

PiernikiPyszne, kolorowe i domowe /fot. Magda Acer

Coś (szatan, szatan) podkusiło mnie, żeby pojechać w grudniowy weekend do centrum handlowego. Musiałam szybko kupić prezent na urodziny koleżanki mojej córki. Podejrzewałam, że będzie tam dużo ludzi. Cóż, rzeczywistość potrafi jednak człowieka zaskoczyć do tego stopnia, że chciałby ewakuować się na wakacje albo od razu do macicy. Tak się jednak nie da, przynajmniej do czasu, gdy genialny naukowiec wymyśli urządzenie do podróżowania w czasie.

Na parkingu centrum handlowego rozgrywało się wielkie, zmasowane polowanie na wolne miejsca. Kierowcy przyjmowali różne strategie, od obserwacji ludzi zbliżających się do samochodów i zaczajenia, poprzez systematyczne patrolowanie wszelkich przestrzeni. Widząc walkę trzech suwów o jedno miejsce, strategicznie udałam się na tę część parkingu, na którą mój mąż (będący mistrzem parkowania) patrzy z pogardą. Przyznaję, że dla mnie te odległe rewiry nie stanowią powodu do wstydu, mam wygodne buty, zatem mogę się przejść 10 minut do wejścia. Jak podejrzewałam na moim dalekim placyku komfortowego parkowania powierzchnia również została gęsto pokryta pojazdami wszelkiej maści. Parkowało tam wielu mistrzów kierownicy, którzy z ułańską fantazją zajmowali po dwa miejsca. Bo, po co w tym świątecznym czasie życzliwości, pomyśleć o innych kierowcach i ich potrzebach?!

Nie znalazłszy miejsca, postanowiłam ruszyć na łowy w okolicach wejścia do sklepu. Najwyraźniej czuwał nade mną łaskawy bóg parkujących kobiet, gdyż miejsce czekało i zachęcało do wjazdu. Może jednak nic tam nie było, oprócz przypadku, ponieważ zostałam otrąbiona, przez niecierpliwego misia w Oplu, gdy robiłam korektę, żeby zostawić więcej miejsca kierowcy stojącego obok samochodu. Wspominałam już, że nie jestem asem parkowania, ale bez przesady nie nadaję się na bohaterkę tych filmików o kobietach i ich potyczkach z manewrami. Przecież jedna korekta to nie grzech.

minionkiCzy to już Święta? /fot. Magda Acer

Podczas gdy w centrum handlowym „Last Christmas” przeplata się z „All I Want For Christmas is you” tworząc od dwóch dekad nieśmiertelny duet prostej, sielankowej radości, na parkingu tegoż centrum ludzie na siebie warczą, trąbią i złorzeczą. Środkowe palce wędrują do góry ochoczo niczym miecze w bitwie pod Grunwaldem. Razi mnie ten kontrast między choinkowym festynem, gorączką kupowania prezentów, najlepiej już w październiku, wizją radosnej rodziny przy udekorowanym stole, a straszną spiną demonstrowaną w ludzkich zbiorowiskach. Niby mamy się wszyscy cieszyć, że przyjdzie do nas Święty Mikołaj, że prezenty, że siądziemy razem w rodzinnym gronie. Ale ta oczekiwana radość okupiona jest niepotrzebnym stresem, kolejkami do kas i zakupowym hajem.

To fantastycznie, że bierzemy udział w akcjach typu "Szlachetna paczka", w zbiórkach pieniędzy na schroniska dla zwierząt, ale jednocześnie smutne jest to, że tak trudno zdobyć się nam na drobne odruchy życzliwości w kolejce, na tym nieszczęsnym parkingu, czy podczas zakupu choinki. Cóż to za paradoks, że święta, które powinny nastrajać pozytywnie powodują taki stres i biegunkę nerwów. Im jestem starsza tym mniej czuję atmosferę świąt. Być może to przemęczenie lub nadmiar obowiązków, które wzięłam sobie na głowę. Pani doktor, u której wylądowałam z nerwobólem i niedoborami potasu powiedziała, że mam zdjąć nogę z gazu, pić mniej kawy i nie stresować się.

Chciało mi się śmiać, bo jak mam się nie stresować, kiedy tyle pilnych rzeczy macha do mnie ręką i woła: „zrób mnie, zrób mnie teraz”. Jak mam się nie spieszyć, kiedy chciałabym odebrać córkę z przedszkola tak, żeby zdążyła na zajęcia na godzinę 17. I jestem jedną z tych matek „szybko”, tych które poganiają dzieci w szatni, nie pozwalają na grzebanie się i zakładanie butów przez 10 minut, nie pozwalają, bo wiecznie się spieszą. Jak mam pić mniej kawy, jeśli w tygodniu śpię po pięć godzin i bez kawy jestem jak wygłodniałe zombie. No jak? Otóż bardzo prosto. Odpuścić. Nie wziąć kolejnego zlecenia. Pozwolić córce grzebać przez pięć minut patykiem w kałuży, bez wyrzutów sumienia, nie poganiać się wewnętrznie. Ugnieść dwa kilogramy ciasta na pierniczki, ponieważ takie ugniatanie znakomicie relaksuje i w dodatku wyrabia mięśnie ramion.

Nie mam jeszcze choinki, musimy umyć okna, ale kiedy mieszkanie wypełnił zapach pierników, to świąteczna atmosfera zaczęła kiełkować. Jest jeszcze malutka, ale czuję, że kiedy będziemy wspólnie dekorować wszelkie wypieki, to przyjdzie i rozgości się na dobre. A na koniec zamiast tradycyjnej kolędy piosenka, która pozwoliła mi trochę zwolnić.

Magda Acer

Więcej o: