Mamo, zawsze będę twoim dzieckiem, ale daj mi już spokój!

Trudno jest być dzieckiem swoich rodziców. Ale jeszcze większe wyzwanie, to być rodzicem swoich dzieci. Zwłaszcza kiedy dorastają i na horyzoncie pojawia się przerażająca wizja opuszczenia gniazdka. Jak poukładać sobie z nimi relacje, żeby nie unikały rozmów ze mną, gdy już pierzchną w świat?

Pamiętam, kiedy pierwszy raz poczułam strach, że moje dziecko dorasta i za chwilę wyfrunie z gniazda. Młodej nie było na świecie ani w najśmielszych marzeniach i koszmarach. Młody miał trzy i pół roku i właśnie szłam z nim dziarsko do pierwszego w jego życiu przedszkola. Wszedł, zmienił obuwie i poleciał. A ja... no właśnie. Cholera. Patrzyłam jak zniknął w tłumie dzieciaków i poszłam do pracy, a w mojej głowie już zdążył ruszyć pociąg myśli. Więc tak, oto poszedł do przedszkola. A przecież przed chwilą tak nieporadnie leżał obok mnie i ledwie umiał się obrócić na bok. I teraz całe dnie w przedszkolu, potem całe dnie w szkole, potem gimnazjum, liceum... Ani się obejrzę, a już się wyprowadzi i ruszy w świat. To straszne! Mój mały potwór ruszy dewastować inne sektory! Beze mnie! Ech. Wzdech. I pewnie będzie dzwonił tylko wtedy, kiedy będzie potrzebował kasy albo, żeby mu uratować dupę w inny sposób.

I któregoś dnia się wyprowadzi? I nie będzie chciał ze mna gadać przez telefon? ChlipI któregoś dnia się wyprowadzi? I nie będzie chciał ze mną gadać przez telefon? Chlip

Srodze się rozczarowałam. Żadnego szybkiego wyfruwania nie było. O matczynej samotności nie było mowy. Przyszło nam natomiast przemierzyć oceany różnych wyzwań, kłopotów i zmian. Teraz mój mały potwór kończy 11 lat. Jest prawie tak wysoki jak ja, lada chwila zamiast z moim bratem zaczną go mylić... no dobra, koniec robienia siary młodemu. Prawda jest jednak taka, że to wyfrunięcie nie przychodzi wcale tak szybko, ale nadal się go boję. Jak to będzie? Przecież każde dziecko musi w końcu się odkleić od maminej spódnicy, każdą pępowinę trzeba przeciąć. Jak wtedy być dobrą matką?

Dooobra, dzwonię

Robię w głowie szybki przegląd zachowań, jakie znam z życia. Babcie - im zawsze jest mało, chciałyby, żeby dzwonić do nich codziennie i rozmawiać nieustannie. Tak, tak, w tej historii jest też moja najukochańsza babcia, do której już nie zadzwonię, przynajmniej nie w realu. Mama. Cóż. Kiedy jeździłam na obozy sportowe możliwość wykonania jednego telefonu dziennie do rodziców była skarbem. Lubiłam to robić, zwłaszcza że oznaczało to chwilę przy aparacie gdzieś na tyłach schroniska (zimą) albo w budce telefonicznej (latem). A potem? O maaaatko, serio musimy gadać codziennie? O czym? Długi czas starałam się nie mówić rodzicom o swoich problemach. Zwłaszcza mamie, bo wiecie. Mama zawsze wie wszystko najlepiej. No i mama zawsze mówi, jak macie żyć. Zrób to, zrób tamto, musisz to zrobić tak.

Jak to muszę? O dżizas, ile mam tego słuchać przez telefon? Więc, wiecie, unikałam trudnych tematów, gadając o banałach. Gdyby ktoś spytał po takiej - nawet czterdziestominutowej rozmowie - o czym rozmawiałyśmy, nie umiałabym powtórzyć.

Trzeba to jakoś ułożyć

Teraz nie ma wyjścia, bo moje życie wykonało taką woltę, że mama zaproponowała wspólne zamieszkanie z dzieciakami w jej rodzinnym domu. "Mamo, zwariowałaś? przecież się zagryziemy”. Z drugiej strony odpuściłam, bo dopóki nasza łajba nie przestanie się chybotać, nie ma co udawać, że "HEJ, damy sobie radę sami. Sio, sio". Właśnie nie, właśnie teraz jest ten moment, kiedy wszystkie ręce na pokład i rozwijamy żagle.

Wracając do sedna. Syn lada chwila skończy jedenaście lat. JEDENAŚCIE. Cholernie dużo czasu jesteśmy już razem. Córka za kolejną chwilę pójdzie do szkoły. Czas zacząć się zastanawiać, jak poukładać sobie z nimi relacje, żeby nie unikały rozmów ze mną, gdy już pierzchną w świat. I z drugiej strony - jak ich zachęcić do pierzchania. Przecież dzieci nie są naszą własnością. Naszym zadaniem jest ich wychować na porządnych obywateli, a nie na nasze małe przylepy, które już zawsze będą przy mamuni. Forewer. Jak znaleźć balans między troską, a zadręczaniem, przystosowaniem do wypełniania obowiązków (auć, mój syn jest cholernym anarchistą), a umiejętnością bycia asertywnym. No i czy oni będą do mnie dzwonić, czy będziemy się spotykać, tak o, na luzaku, robić coś razem, ale nie na zasadzie "podaj masło, weź ten młotek, sprzątnij ubrania, przestań się kłócić, wynieś śmieci”.

I ona też? Odjedzie? I nie będzie się tak co chwila przytulać? ChlipI ona też? Odjedzie? I nie będzie się tak co chwila przytulać? Chlip

Czy oni w ogóle będą w stanie zrozumieć moje życiowe decyzje? Dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej? No, sami wiecie. Czy przede wszystkim ja będę umiała się powstrzymać przed byciem taką natrętną panią, która każdą rozmowę z dziećmi zaczyna od szantażu emocjonalnego, potem płynnie przechodzi do sugerowania, że istnieje jedyne słuszne rozwiązanie wszystkich problemów, a na koniec zarzuca przynętę z hajsem, na którą chce złowić potencjalnego wizytatora?

Cholera. Dlaczego najpierw jest tak trudno, potem są wszystkie te bunty (aktualnie polecam wam bunt jedenastolatka, wyborny foch, milordzie), a na koniec wszystko się komplikuje? Tak wiem, gdyby wszystko było łatwe, nie umielibyśmy doceniać deszczu, który przychodzi po słonecznym dniu. A może to chodziło o słońce po deszczowym dniu?

Więcej o: