Przeceny, czyli krótka (i straszna) historia o tym, dlaczego znów nie uda mi się nic upolować

Ceny? Zaledwie zbliżają się do realnej wartości, żadna to szczególna okazja. W sklepie wszystko wali się z wieszaków na podłogę, ludzie nerwowo grzebią w hałdach, a dekolty w jasnych bluzkach to już wszystkie podkładem "jasny beż" upaprane...

Tak wyobrażamy sobie efekt polowania na wyprzedażach (fot. Schutterstock)

Zaczyna się już w pracy. Niby siedzą każda przed swoim komputerkiem, niby skrollują fejsbuka w nieustannym poszukiwaniu inspiracji, ale ja wiem, że tylko udają. Udają, bo tak naprawdę sprawdzają po kolei wszystkie kolejne strony sieciówek - COS, ZARA, Mango, H&M (to jakiś żart, chyba przez pomyłkę), Showroom, Zalando i inne, o których nie mam pojęcia, głupia ja. Hejka, zaczęły się przeceny, człowiek nie może zasnąć spokojnie, dopóki sobie czegoś porządnego za pół darmo nie kupi.

Mądre te, co sprawdzają w internecie. Mądre, bo wiedzą, co je czeka w sklepach. A one metodycznie przez kilka ostatnich tygodni przeczesywały sklepy, mierzyły, sprawdzały przez dotyk i węch, metki z przepisami prania, czy dobrze leży i nie marszczy się na cyckach. Sprawdzały, robiły zdjęcia, zapisywały potrzebne symbole. Teraz tylko przeczesują internet i szukają najlepszej z cen. Skubane. Tak dokładnie wiedzieć, czego się chce. Pozazdrościć. Pomysłu, cierpliwości i czasu.

Dla tych mniej ogarniętych ostatecznie zawsze pozostają odwiedziny w jakimś porządnym centrum handlowym. Ale tu czyhają zasadzki. Pierwsza - już na parkingu. Bo przecież jasna sprawa, że pojechały tam samochodem. Galerie handlowe zbyt często są w mało wygodnych miejscach. Zawsze gdzieś z boku, mało co tam dojeżdża, poza tym zimno jest, ludziom kurtki od nieprania śmierdzą, kto by tam się telepał autobusem. Ale na takim parkingu w czasie wyprzedaży często można pocałować nie wiem co, bo klamek to tam nie ma. Polska w ruinie, ludzie biedni, kto te parkingi zapełnia? Tymi samochodami raczej do pięciu lat starości? W każdym razie krążąc po takim parkingu można czasami spędzić długie minuty. Chyba że jesteśmy drobnymi cwaniaczkami, takimi wiecie, spryciulkami malutkimi i zgrabnie przycupniemy na miejscu dla niepełnosprawnych. Bo przecież my tylko na chwileczkę, na momencik, na marne trzy godzinki z haczkiem, trzy sklepiki i po sprawie (nie rozumiem dlaczego policja nie robi nalotów na parkujących na tych miejscach w czasie wyprzedaży. Obłowili by się tak łatwo i prawie nie marznąc).

Ok, zaparkowaliśmy jakoś te pięć ulic dalej, albo na miejscu dla niepełnosprawnych, idziemy więc do tej naszej jaskini szczęścia przeukochanej, szukać tych nieprzebranych okazji. Od wejścia nam jakoś tak wesoło, bo ta atmosfera ogólnego podekscytowania wszystkich wokół bardzo nam się udzieliła. W każdym razie w pierwszym momencie, bo niestety, już za chwilę usłyszymy te wszystkie drące się i znudzone dzieci, "mamo, chodźmy już stąd”, albo po prostu "łaaaaaaaaaa, buuuuuuuu, yyyyyyyy”, czy też inne samogłoski w konfiguracjach wszelakich. Te bardziej sympatyczne (dzieci) po prostu biegają z poczerwieniałymi od emocji twarzami wokół ruchomych schodów (na przykład), te sympatyczne mniej rzucają się na glebę w spazmach wkurwienia. Pomiędzy dziećmi rozgorączkowani, opętani żądzą zakupów dorośli. A to na razie tylko korytarz był. Hol. Czy jak mu tam.

W sklepie jest gorzej. Znacznie. Muzyka dudni, kasjerki przywołują się na stanowiska, bo nie ma ich tam, gdzie powinny być, ale trudno być w takiej chwili, kiedy wszystko wokół wali się z wieszaków na podłogę, ludzie nerwowo grzebią w hałdach, nerwowo przeszukują kąty i wieszaki przy przymierzalniach ("a może tam kryje się coś naprawdę fajnego, czego nie zauważyłam ja, ale zauważył ktoś inny?”). Partnerzy już stoją w kolejce do przymierzalni, a niemała ci ona, niemała, kolejni partnerzy chciałam powiedzieć, ale kolejnych nie ma, chyba że ktoś w poliamorii grzechu żyje, ale nawet jeśli, to niech lepiej się nie przyznaje w dzisiejszych trudnych czasach. W każdym razie skoro nie partnerzy, to może matki już ustawiają się w kolejce do kasy, która jest jeszcze gorsza niż ta do przymierzalni, bo panie kasjerki gdzieś się "na sklepie" zgubiły. Ja się nie dziwię, ja też chętnie bym się zgubiła, gdybym miała pracować w takim sklepie w czasie wyprzedaży. Nic nie jest tam, gdzie być powinno, nic nie jest właściwie nigdzie, dużo strat, dużo podartych szwów, brudne szmaty, a dekolty w jasnych bluzkach to już wszystkie podkładem "jasny beż" upaprane. Wszystko jakieś takie stare, złachane, zmechacone, potargane, wymięte. Oczywiście oprócz fragmentu nowej kolekcji, która zazwyczaj wisi sobie cichutko z boku, pachnie czystością i zachęca porządkiem.

Ceny? Zaledwie zbliżają się do realnej wartości, żadna to szczególna okazja, po prostu nie jest absurdalnie drogo, tylko trochę mniej drogo, ale nie to, żeby jakieś szaleństwo. Ale co z tego, skoro i tak nie ma rozmiaru, albo rozmiar, o którym myślimy, że powinien pasować nie pasuje, a wtedy przecież oszaleć idzie, człowiek się obraża, na sklep, na lustra, na przymierzalnie, do których się wystał, na innych ludzi, na których ten rozmiar pasuje, na ten burdel, na ten wrzask, na tę sodomię i gomorię, na to wszystko, bierze pierwszy lepszy szalik z boku, żeby nie było, że znowu sobie nic nie kupił i wychodzi. Płaci jeszcze, cholera, ten szalik jest z nowej kolekcji, oczywiście, a jakże, i wychodzi. I koniec. Kurtyna. Przeceny to zło. Rozmiar to zło. Sklep to zło. Wszystko to zło i marność nad marnościami.

Więcej o: