Chcesz zatrzymać przy sobie faceta? Przede wszystkim daj mu wolność, a potem...

Makijaż, manikiur i mikrodermabrazja? Raczej medytacja i terapia. Zanim poznacie tego jedynego, zaangażujecie się w związek i powiecie "tak", zadbajcie o siebie, bo nikt tego za was nie zrobi.

fot. Pexels.comfot. Pexels.com

Nie wiem, jak was, ale mnie szlag trafia, gdy wiem, że nie sprostam oczekiwaniom. Nie zdążę zadzwonić do przyjaciółki, nie uda mi się pomóc rodzicom, nie wysłucham uważnie męża. Oczekiwania są nie ich, a moje własne. Zatracając się w tych wymaganiach, gubię siebie, zaczynam marudzić i łapię doła, co nie robi dobrze ani mnie, ani moim bliskim. Gdy słyszę, że powinnam dbać o siebie, żeby zatrzymać faceta, pierwsze, co przychodzi mi do głowy to rytuały upiększające. Bo zatrzymują facetów te, które regularnie, a więc najlepiej dwa razy dziennie, golą się w miejscach mniej lub bardziej intymnych, nie pokazują się w dresie i podtrzymują złudzenie, że najpiękniej wygląda się bez (widocznego) makijażu. Pewnie nie jestem odosobniona w takim myśleniu.

Dziewczyny są przyzwyczajone do dbania o to, żeby mężczyznom, rodzicom i dzieciom było bezpiecznie, ciepło i syto. Dbałość o siebie ogranicza się często do tego, żeby sprawiać pozory pewności siebie, samozadowolenia i spełnienia, stąd perfekcyjnie podtrzymane pozory: równo przycięte końcówki, nowe buty z wyprzedaży, doklejony uśmiech. Koncentrowanie się na innych jest wygodne, bo zwalnia z odpowiedzialności za siebie. Gorzej, jeśli nie wiedzie się uszczęśliwianie mamy, siostry i chłopaka, bo winą za ich błędy, które przecież popełniają na własny rachunek, obarczamy siebie. Dziewczyny, które jeszcze nie spotkały tego jedynego, często pytają zaobrączkowane, zaręczone albo związane „szczęściary”, jak zdobyć i nie oddać miłości. Czasem odpowiada się poradami jak z „Cosmo”:

- trzeba podtrzymywać temperaturę związku,

- przebierać się za sekretarkę,

- dać się wysmagać pejczykiem.

Czasem się psychologizuje, radząc cierpliwość, nadzieję, wytrwałość. Tajemnica udanego związku jest trudna do przekazania, bo mało atrakcyjna. Mówi się: „zachowaj wolność”, uznając, że związek jest ostatecznym zniewoleniem. Mówi się: „pozostań sobą”, bo wydaje się, że będąc z kimś, zawsze trzeba się dostosować. Mówi się: „nie poświęcaj się”, bo bycie w parze pozbawia suwerenności. A w naprawdę szczęśliwym związku jest dokładnie odwrotnie: wolności jest więcej, bo nie trzeba już robić wrażenia, szukać, walczyć. Siebie jest więcej, bo ta druga osoba wypełnia wszystkie luki. Poświęcać się nie trzeba, bo chce się tego samego. Tyle że droga do takiego związku wiedzie zawsze przez zrozumienie własnych potrzeb.

Czy wyraża się to przez przesunięcie w lewo niepożądanych typów na Tinderze, czy rezygnację z romansu po pierwszej randce czy rozstanie po wielu latach, gdy każdy dzień to równia pochyła. Dbanie o siebie wyraża się więc w tym, żeby codziennie na śniadanie, obiad i kolacje zapytać siebie, czego naprawdę się chce. I w tym, żeby iść na crossfit, jogę i masaż, kiedy ma się na to ochotę. I na tym, żeby czasami powiedzieć „nie” potrzebującym przyjaciółkom. I na tym, żeby zacząć terapię, gdy coś nie gra. I na tym, żeby nie iść na tę imprezę, na którą się musi, bo nic się nie musi. Jeśli na etapie singielstwa czy przedzwiązkowości wypracuje się takie bufory bezpieczeństwa, asertywne alarmy i elementarny egoizm, żaden mężczyzna nie ucieknie (póki się tego nie zażąda), bo będzie wiedzieć, że ma do czynienia z kobietą, która szanuje siebie, a więc jest zdolna do szanowania drugiego człowieka.

Czas obalić mit, że mężczyźni lubią kobiety, które się dopasowują, upodabniają i poddają. Niedojrzali chłopcy może i tak mają, ale prawdziwi mężczyźni sami dopiero wtedy są gotowi na związek, gdy mają załatwione sprawy z matką, ojcem i własnym niskim wzrostem/brakami na koncie/problemami z piciem. Jeśli obie strony są dorosłe, długość kobiecych nóg, rzęs i włosów nie powinna mieć znaczenia. Bo gdy dwie osoby dbają o siebie każda z osobna, łatwiej dbać o siebie nawzajem.

Więcej o: