Moje dzieci stały się politycznymi zakładnikami. Reforma szkolnictwa w praktyce

Dla polityków dobro dziecka nic nie znaczy. Ekipa rządząca wzięła tysiące małoletnich zakładników. Przesuwane z miejsca na miejsce dzieci i ich rodzice służą wykonaniu zadania politycznego, które ma przynieść zyski w krótkiej perspektywie. Jak mam z tej pułapki uwolnić swoich synów?

foch.pl  podpis : 123rf Dzieciom te igraszki nie wyjdą na dobre

Właśnie wpadliśmy w pułapkę, staliśmy się zakładnikami politycznej rozgrywki.  Demokracja, ludzie wybrali - powiecie. Trzeba zaakceptować, podporządkować się, tak musi być. Serio? Tylko że ta operacja odbywa się na żywym organizmie. Na tysiącach trzylatków, dla których w tym roku zabraknie miejsc w przedszkolach. Na sześciolatkach, które zamiast do pierwszej klasy trafią do przyszkolnych zerówek (jaki program będą realizować? Jeszcze raz zerówki, który przerabiają w tym roku w przedszkolach?). Na jedenastolatkach, które nie pójdą do gimnazjum - będzie dla nich miejsce w podstawówkach? Na nauczycielach, którzy muszą jakoś dostosować wspaniałe i na chybcika wprowadzane zmiany do rzeczywistości (a ta jak zwykle trochę skrzeczy). Na rodzicach, którzy od tego wszystkiego już siwieją.

Szkoła to podobno nie fabryka, ale mam wrażenie, że wszystkie działania polityków zmierzają do tego, by właśnie tak na nią patrzeć. Oddajemy materiał - wcześniej, czy później, to już bez znaczenia. Szkoła go przetwarza, urabia, szpikuje lekcjami, najlepiej religii i historii. I już. Gotowe. Produkt końcowy uzyskał akceptację MEN, wpiszą go w tabele wyników, dziękujemy. Ugraliśmy na tym X wyborczych głosów i poparcie w sondażach. Dzieci są tylko materiałem, nie liczą się też pracujący w szkołach ludzie. W imię doraźnych interesów można wywrócić cały porządek. Nieważne, że to operacja na żywym organizmie - dzieci, rodziców, nauczycieli.

Sześciolatek w szkole - dobrze się zaczęło

Mój starszy syn poszedł do szkoły jako sześciolatek. Pierwsze trzy lata były znakomite. Trafił na ciepłą, dobrą nauczycielkę, która słuchała i rozumiała dzieci. Program był w miarę dostosowany, owszem lekcji sporo, ale daliśmy radę. Naprawdę nie było powodów do lamentów. Nie pomagałam w nauce, jedyne co zrobiłam, to nauczyłam syna, jak się uczyć. Dziś jest w piątej klasie. Za szkołą już nie przepada. Skrzydła mu nieco zwisają i znacznie mniej energii wkłada w naukę. Dlaczego?

Cóż, w czwartej klasie zderzył się z niedostosowanym dla młodszych dzieci programem, nową nauczycielką, która gdzieś zgubiła pasję i powołanie, oraz z przepełnioną szkołą z tak restrykcyjnym regulaminem, że bliżej jej było do obozu pracy niż przyjaznego dzieciom miejsca. Kumulacja roczników, zniechęcenie kadry i nieumiejętność pracy z młodszymi. Nikt nie czuł się winny, wszyscy rozkładali ręce - tak musi być. Wielu rodziców wierzyło, że to jednak przejściowe, kwestia dostosowania programu, metod nauczania, ustabilizowania sytuacji. Na to się zanosiło, reforma edukacji wymaga cierpliwości. I ja naiwnie jeszcze w zeszłym roku liczyłam, że właśnie to będzie głównym przedmiotem troski polityków. Nie wycofywanie reformy, bo ona naprawdę nie była zła. Tylko dopasowanie pozostałych elementów układanki. Zmiany w programie, zadbanie o jakość nauczania i komfort pracy nauczycieli. By dzieci były traktowane w miarę możliwości indywidualnie i trafiały na ludzi, w których nie wypaliła się pasja, którym chce się pracować i którzy wiedzą, po co w szkole są. Przecież mądre nauczanie nie opiera się wyłącznie na realizacji programu. Trzeba stworzyć warunki, w których chciałoby się uczyć i nauczać.

Posłać do zerówki?

Czy chcę do takiej szkoły posłać drugiego syna? Skończył pięć lat, teraz powinnam zdecydować czy zacznie edukację wcześniej, czy nie. Podobno mam wybór. Czyżby? Już wiem, że w czwartej klasie będą problemy, bo teraz tym bardziej nikt się nie będzie przejmował koniecznymi zmianami w programie i edukacją samych nauczycieli. Zresztą - przecież „to ja miałam wybór”. Poza tym, nikt nic nie wie, a może nie będzie gimnazjów? Może nauka będzie o rok dłuższa? Co tam wpadnie do głowy politykom. Kilka dni temu rozmawiałam z dyrektorką przedszkola. W naszej dzielnicy zerówki będą w szkołach. To mądra decyzja w tym całym zamieszaniu, bo trzylatki muszą znaleźć miejsca w placówkach, a ich matki wrócić do pracy. Nie wszystkich stać na prywatne przedszkola. Ale zerówki przy szkołach w przeludnionej dzielnicy oznaczają zajęcia na kilka zmian. Jest ciasno i inaczej nie da się tego zorganizować. Poza tym w zerówkach nie ma rejonizacji, to też problem, bo po roku może się okazać, że dziecko będzie musiało zmienić szkołę. I co powinnam zrobić? Pytałam w międzyszkolnej poradni pedagogicznej. Cóż, wszyscy są zdezorientowani. Nie wiedzą, trudno cokolwiek doradzić. Podejrzewają, że zerówki będą przepełnione, nie polecają dla dzieci, które są nadwrażliwe i wymagają indywidualnego podejścia. Mój młodszy syn taki właśnie jest. Nadwrażliwy, materiał na kolejnego dyslektyka w rodzinie. Bardzo łatwo mu przypiąć łatkę niegrzecznego, łamiącego reguły dziecka. Upchnie się w szeregu, ale skrzydła na pewno mu się nie zmieszczą.

Doświadczona tym, co przeszedł starszy syn, drugi raz boję się ryzykować, tym bardziej w nowej sytuacji. Mogłabym dać małemu więcej czasu, ale wiem, że w zerówce po reformie nie będzie miał dobrych warunków. To będzie przechowalnia i tyle. Bez sensu, bo moje dziecko poradzi sobie w pierwszej klasie, jeśli trafi na życzliwych pedagogów. Jeśli. I jeśli ludzie, na których trafi będą mieli czas skupić się na pracy z nim, a nie dostosowywaniem do rządowych pomysłów. I miałabym większą pewność, że tak będzie, gdyby nie wywalano reformy do góry nogami, gdyby szanowni politycy potrafili kontynuować mądrze - mądrzej dzieło poprzedników. Bo teraz postawili wszystkich pod ścianą. Dali pozorny wybór, a w rzeczywistości wyłącznie ofertę chaosu. Bo przesuwanie roczników tylko do tego się sprowadza. Nie wnosi do zreformowanej szkoły szacunku dla dzieci, indywidualnego podejścia, dostosowanego programu, czasu, cierpliwości. Wnosi dezorientację i kolejny kosztowny bałagan.

Owszem, rozumiem argumenty wielu osób, że sześciolatki są za małe. Rozumiem obawy. Jestem rodzicem, strach jest naturalny. Ale nie urodziłam dzieci tylko dla siebie, one sobie naprawdę poradzą. Ale skoro raz już powiedziano A, to teraz powinno być B. Demokracja to nie wywracanie istniejącego porządku. Nie dawałam przyzwolenia na taką zmianę. Zabieram dzieci do prywatnych placówek. Zarżniemy się finansowo, ale nie ma wyjścia. Nie chcę, by były pionkami w tej chorej grze.

Więcej o: