Przepis na udany związek? Nie wystarczy, że będziesz podglądać szczęśliwe pary

W szukaniu recepty na szczęśliwy związek nie chodzi o to, żeby powielać gotowe przepisy. Chodzi o to, aby z tych samych składników, ale w odmiennych proporcjach i inaczej przyprawionych, stworzyć swoje miłosne delikatesy.

Wzorcem z Sevres szczęśliwego związku jest dla mnie małżeństwo moich rodziców. Różnią się usposobieniem, temperamentem i zainteresowaniami, a łączą ich gusta, poczucie humoru i poglądy. Choć właśnie zbliża się ich 32. rocznica ślubu, są w sobie zakochani jak licealiści. (Tak, wiem, że ryzykuję złośliwościami w komentarzach, trudno) Ten niedościgniony ideał kładł się często cieniem na moich relacjach z chłopcami, chłopakami, a w końcu mężczyznami. Udało mi się, odpukać, znaleźć moją drugą połówkę. Właśnie świętowaliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu, a nie mogę się już doczekać, jacy będziemy za 31 lat.

Wciąż uczę się od moich rodziców tego, że trzeba być ciepłym i cierpliwym, lekko ironicznym, skłonnym do kompromisu i poświęceń, ale nie za cenę własnych przekonań. Dzięki nim wiem, że warto być też zawsze ciekawym tego, co ma do powiedzenia ukochana osoba. Rozłąka? Niechętnie!

Patentów na szczęśliwy związek uczę się też od innych par, które podziwiam, a jest ich coraz więcej. Niezależnie od stanu cywilnego, stażu i wieku, szczęśliwe pary poznaje się instynktownie, zwłaszcza jeśli samemu się taką tworzy. Zazwyczaj po jednym spojrzeniu, trzech sekundach rozmowy i pięciu minutach wspólnego przebywania, wiem, że z kimś się zaprzyjaźnię. W parach zakochuję się w pakiecie. Mogą być namiętnie toksyczne jak Sid i Nancy, żyć w harmonijnej symbiozie wzorem Filemona i Baucis albo uzupełniać się niczym „a wink and a smile” z jednej z najbardziej uroczych piosenek o miłości. Wzruszają mnie pary, które nigdy nie mają siebie dosyć, szanują swoje nerwice, kierują się zasadą solidarności, niezależnie od okoliczności.

Jennifer Lawrence i Bradley Cooper w Papużki rozłączki? (fot. mat prasowe)

Kiedyś drażniło mnie to, że pary najchętniej umawiają się z innymi parami, bo wtedy istnieje niemałe ryzyko, że gdy któryś ze związków się rozpadnie, przyjaźń też się rozpadnie. Dalej cenię kontakty jeden na jeden, ale wierzę, że to, z kim się hajtamy, sypiamy albo umawiamy po trzydziestce świadczy o nas najlepiej (albo najgorzej). Pokaż mi, kogo kochasz, a powiem ci kim jesteś, mówiąc w skrócie. A najbardziej cenię związki, w których nie ma prostego przełożenia - piękna ona, piękny on. W których ona ma trochę więcej pieniędzy, a on klasy. Albo odwrotnie. Nie trzeba być identycznym, żeby poruszać się w synchronie. Nie trzeba mieć takiego samego IQ, żeby lubić te same filmy. Nie trzeba kochać się po równo każdego dnia, żeby bilans się zgadzał.

Anna i Will z Przyciąganie przeciwieństw? (fot. mat. prasowe)

Warto otaczać się dobrymi związkami, bo tworzą je dobrzy ludzie, a dzięki nim i my możemy stać się lepsi. Nie oceniajmy jednak pochopnie, nie obgadujmy, nie wieszczmy końca, jeśli nie znamy wewnętrznych reguł gry. Niektóre szczęśliwe pary nie wytrzymują bez SMS-a nawet godziny, a inne mogą nie rozmawiać ze sobą całymi dniami, ale pozostać blisko. Niektóre szczęśliwe pary kochają się codziennie, inne raz na tydzień. Niektóre szczęśliwe pary kłócą się na dzień dobry i na dobranoc - o to, że tost był przypalony, skarpetki śmierdzące, a pies upierdliwy, a inne nigdy nie podniosły na siebie głosu. Niektóre po miesiącu zachowują się jak stare dobre małżeństwo, inne po 30 latach pozostają nastolatkami.

Ja, a właściwie my, od przyjaciół uczymy się tego, żeby zawsze tworzyć jeden front, czułość godzić z dystansem, a pobłażliwość z uważnością, stawiać sobie wyzwania, ale w przerwach leżeć do góry brzuchem. Bo przecież najpiękniejszy jest ten stan związkowego samozadowolenia. Gdy przeglądając się w oczach innych (par), wiesz, że dobrze wybrałeś. Nie martw się, zaraz się z błogostanu wytrącisz, bo trzeba dalej nad relacją pracować. Udany związek to także stała praca i gotowość, by ją podjąć.

Może dlatego jestem wyczulona na związki, które niechybnie potkną się o własne nogi? Najpierw ciepła ironia płynnie przechodzi we wredne okrucieństwo. Potem błogi spokój osuwa się w nudę. A w końcu wirujący seks staje się masochistyczny. Od pierwszych symptomów do zawału serca czasami mijają lata. Ale wstrząs nastąpić musi, jeśli problemy się nawarstwiają, a nikt nie szuka dla nich rozwiązania, z nudów sięgając po inne podniety: alkohol, ciastka, kolegów z pracy. Tak, takich związków lepiej jednak nie podglądać.

Więcej o: