Córka nie jest kopią mamy - jak uniknąć porażki wychowawczej

Matka i córka noszą te same ciuchy, dzielą pasje i gusta i zachowują się jak przyjaciółki? Czy urabianie dziecka na swój wzór i podobieństwo to na pewno pomysł na wychowawczy sukces?

Dopiero kiedy urodziła mi się córka - po dwóch facetach - poczułam, że jestem spełnioną matką. Co kobieta, to kobieta. To córka daje matce poczucie ciągłości: bo może urodzić własną córkę, jej córka - kolejną, i tak dalej. Nieskończony korowód bliskich sobie kobiet, wielka kosmiczna przygoda. Coś z tej kategorii muszą czuć faceci, patrząc jak mali chłopcy mierzą ich buty.

Ileż ja sobie wyobrażałam atrakcji, kiedy Baśka była całkiem mała! Głowę miałam nabitą tymi sesjami „matka i córka noszą te same ciuchy”, oglądają komedię romantyczną w towarzystwie armii lakierów do paznokci. Przyszedł czas na to wszystko - i co? I gucio! Dlaczego? Bo to jest zupełnie inna osoba niż ja!

fot. UnsplashPodobna? Ale czy musi być identyczna? fot. Unsplash

Nie dalej jak parę tygodni temu nabyłam drogą kupna na Allegro przepiękną skórzaną ramoneskę, w sam raz na moją początkującą nastolatkę. Ależ jej zrobię niespodziankę - myślałam. Boże jedyny, gdybym ja dostała taką kurtkę, skakałabym pod sufit z radości! Nabuzowana wizją tych podskoków podsuwam jej pod nos to cudo, a ona patrzy na mnie z politowaniem godnym osoby starszej co najmniej o pięć lat i mówi: „Kiedy się mamo wreszcie nauczysz, że mamy całkiem inny gust?”.

Usiadłam i zaczęłam dumać: gdzie popełniłam błąd? Dlaczego moje dziecko nie podziela prawie żadnych moich upodobań, i nawet jej się ramoneska nie podoba! A potem powoli zaczęłam sobie wszystko układać.

Zdarzyło się to parę lat temu. Byłyśmy w Puńsku na ludowym kiermaszu. Ja kupowałam kolejną drewnianą deseczkę, a moja córka, wtedy pięcioletnia, z zachwytem wpatrywała się w odpustowe pierścionki.

- Chcesz? - spytałam.

- Chcę.

- A który?

- A ten - wskazała najszkaradniejszy ze szkaradnych.

- No nie nie taki obrzydliwy! Weź ten - doradziłam, jak to dobra matka, która chce kształtować gust latorośli.

- No dooobrze - zgodziła się, choć bez entuzjazmu.

Odeszłyśmy z tym ładniejszym (według mnie) pierścionkiem i wtedy doznałam iluminacji. Pewnie anioł pocałował mnie w tym momencie w czoło, bo dotarło do mnie, jak głupio robię.

- Nie, wiesz co, przepraszam - wymienimy go na ten, który wybrałaś - powiedziałam. - W końcu nie musisz mieć takiego samego gustu jak ja, prawda?

- No nie muszę - zgodziła się Barbara. Przypuszczam, że w tamtym momencie sobie nagrabiłam.

Może też trochę wtedy, gdy pozwoliłam jej założyć na bal maskowy starą czarną potarganą perukę i wysmarować sobie twarz czarną farbą, a potem dzielnie zniosłam spojrzenia wszystkich matek, prowadzących za rękę wymuskane różowe królewny. Albo wtedy, kiedy kazała się nazywać Beatą i ja ją tak przez dwa tygodnie nazywałam. Kto wie.

Niech dziewczyna wie, jaka jest i czego chce! fot. PexelsNiech dziewczyna wie, jaka jest i czego chce! fot. Pexels

No więc nie będzie wspólnej szafy, nawet małej półeczki z szalikami, chlip, chlip. To jest ta smutna część prawdy. Weselsza natomiast jest taka, że dziewucha wie, jaka jest i co lubi. I mnie się to podoba, bo znam takich, którzy na podobny stan samowiedzy muszą pracować przez dziesięciolecia.

Nie jestem pewna, czy dokładnie wynika to z mojej historii, ale moim zdaniem sukces wychowawczy jest wtedy, gdy z naszych rąk wyfrunie pewny siebie człowiek, który wie, czego chce. Przypuszczam, że jest na to sporo sposobów, podrzucę kilka do rozważenia:

1. Nie ma sensu przywiązywać się do myśli, że „matka najlepiej zna swoje dziecko”. Dostałaś do rąk kosmitę, którego świat trzeba dopiero poznać. Dowiedzieć się, co lubi, a czego nie lubi, co mu wychodzi łatwo, a co trudno, jaki jest jego temperament.

2. Fajnie jest pytać i słuchać.: Na przykład: „Dlaczego wybrałaś właśnie ten pierścionek?” Odpowiedź może brzmieć: „Bo tak” (i to jest świetna odpowiedź), ale może się też okazać, że „to jest pierścień magiczny i otwiera niewidzialne drzwi”, albo „że Zosia ma taki sam i ja też chcę”. W ten sposób świat kosmity stanie się bardziej zrozumiały.

3. Warto pozwalać na wszystko, na co pozwolić można - nie narażając małego ludka na złamania, szok termiczny, ciężki uraz psychiczny. Brokuł zamiast kalafiora - tak, bezy na obiad - nie, różowe rajstopki w konisie zamiast zielonych w żabki do zielonej spódnicy w kratkę - tak, brak rajstopek przy trzaskającym mrozie - nie. Zabawa golarką do swetra, a nie samochodami - tak, zabawa w naprawianie kontaktu - nie. I tak dalej.

4. Dawanie wyboru jest świetną rzeczą, bo uczy od małego podejmowania własnych decyzji. Patrz: historia pierścionka.

5. Nie jest fajnie oceniać. Kto lubi usłyszeć, że źle lub głupio wybrał („a co to za beznadziejny pierścionek?). Albo że podobają mu się obrzydliwe rzeczy. Następna myśl jest bowiem taka, że skoro wybrał źle, to coś nie tak z jego uczuciami: bo podoba się, a nie powinno.

6. Już teraz przygotuj się na to, że nie będzie tak, jak to sobie wyobraziłaś. Nawet jeżeli wy akurat będziecie mieć wspólną szafę, to może się okazać, że dziecię nie cierpi twoich ulubionych książek z dzieciństwa. Albo że słucha japońskiego disco (mój syn słucha i muszę z tym żyć).

7. Jeśli podoba ci się ramoneska, to ją sobie kup. Zasłużyłaś.

Powodzenia i baw się dobrze!

P.S. W pierwszej wersji tytuł tekstu miał brzmieć: „Recepta na sukces wychowawczy”, ale wszedł do pokoju mój syn - ten od japońskiego disco - zerknął mi przez ramię, parsknął śmiechem i powiedział: „A co to, dla odmiany wzięłaś się za fantastykę?!” No więc tak...

Więcej o: