Brzydzi cię mój feminizm? Nie idę z tobą do łóżka

Wygląda na to, że słowo na "f? ma magiczną moc, za sprawą której zmieniam się w oczach mężczyzn z normalnej dziewczyny we wrzód na tyłku. Jeśli to, że stawiam między nami znak równości tak mężczyzn bulwersuje, to nie ma rady - będę singlem do grobowej deski.

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

Większość kobiet dokładnie wie, czego nie zniosłaby u potencjalnego partnera. Sporo młodszy, kiepskie zarobki, palacz, nie lubi dzieci, źle ubrany. Lista powodów, by nie doszło nawet do pierwszej randki potrafi ciągnąć się w nieskończoność i zahaczać o absurd („Nie przeskoczę tego - nie umówię się z facetem, który ma mniejsze dłonie niż ja!”). W moim przypadku poprzeczka zawieszona jest - wydawałoby się - śmiesznie nisko. Mogłabym spędzić całe życie z niechlujem, który nosi zmechacone swetry i nie znosi moich rodziców. Masz lekką fobię społeczną? Biorę! Nie opuszczasz deski klozetowej? Są większe tragedie. Masz pracę bez perspektyw? Nie szkodzi. Lubisz flirtować z innymi kobietami? Drobiazg. Bekaj se przy stole, zapomnij czasem o moich urodzinach - to wszystko błahostki. Jest cały wachlarz przywar, które zupełnie mnie nie ruszają, a do przyszłej miłości mojego życia mam tylko trzy prośby: czytaj jak najwięcej, nie bądź agresywny i proszę, nie bój się mojego feminizmu.

Po świecie chodzi niejeden przemocowy analfabeta, ale umówmy się - takich, którzy nie biją, nie poniżają i sięgną czasem po książkę też nie brakuje. Kłopot zaczyna się przy tym trzecim kryterium. Z jakiegoś powodu większość mężczyzn - nawet tych, którzy zdrowo myślą i są naprawdę w porządku - ma poważny problem z feminizmem. Na pierwszy rzut oka wszystko jest cacy - jeśli istnieją jeszcze faceci, którzy mieliby ochotę wysyłać „baby do garów”, to dwudziesty pierwszy wiek skutecznie zamknął im usta. Nikt nie ośmiesza się już stwierdzeniem, że kobiety powinno się trzymać pod kluczem i wypuszczać tylko po to, by cieszyły oko i smażyły mielone. Znakomita większość mężczyzn z mojego otoczenia to zdeklarowani równościowcy, którzy twierdzą, że wszystkim ludziom należą się jednakowe szanse i szacunek. Tylko, że słowo na „f” jakoś potwornie ich uwiera. Nie spotkałam jeszcze wolnego mężczyzny, który na moje „jestem feministką” odpowiedziałby: „to chyba naturalne i oczywiste, że chcesz być traktowana na równi z mężczyznami”. Ci, którzy tak mówią, najczęściej mają dziewczyny lub żony, które doskonale wiedzą, że trafiły na diament i jakimś cudem (no, ciekawe jakim?) tworzą z nimi niezwykle trwałe związki. Wśród singli roi się natomiast od mężczyzn, którym na dźwięk słowa „feministka” kompletnie rzednie mina. I choć nie każdy z nich odsuwa się ode mnie w nagłym obrzydzeniu, to większość ma jakieś cholerne „ale”.

Przysięgam, że nie ma dnia żeby jakiś mężczyzna nie próbował wyperswadować mi feminizmu, tak jakbym zamiast wiary w równość płci deklarowała co najmniej przynależność do Państwa Islamskiego. Nawet przypadkowi, obcy mężczyźni wkładają mnóstwo wysiłku w ratowanie mnie („taka fajna dziewczyna, a taka sfrustrowana”) od femizarazy. Najwięcej jest tych, którzy utrzymują, że równouprawnienie jest faktem („Konstytucji się panience nie przeczytać nie chciało?”), a feminizm nie jest nikomu potrzebny. Bardzo chcę im wierzyć, ale potem przypominam sobie ten niezręczny moment, kiedy dziesięcioletni chłopiec na luzaku zapytał mnie czy „mam już męża, czy jeszcze sobie szukam” i natychmiast porzucam nadzieję.

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

Jeśli wdam się w dyskusję i z sukcesem dowiodę przydatności (choćby osobistej) feminizmu, natychmiast wjeżdżają mniej wyrafinowane argumenty typu: „feminizm jest fe!”. Niezmiennie zaskakuje i przeraża mnie ilość wykształconych, światłych mężczyzn, którzy przeryli się, tomiszcze po tomiszczu, przez wszystkie fale feminizmu tylko po to, żeby dowieść głupoty i niecnych intencji kobiet w niego wierzących. To zwykle strasznie mądrzy faceci, którzy szanują mnie i moje prawo do własnego zdania o ile przyznam, że feminizm jest niemądry, naiwny, nielogiczny, napastliwy i wyższościowy, i właściwie to nie mam pojęcia jakim cudem zbłądziłam w jego szeregi.

Niemal każdego dnia spotykam na swojej drodze inny gatunek adwersarzy feminizmu. Są humaniści, którzy zastanawiają się po co używać brzydkiego słowa na „f” skoro istnieje piękne słowo na „h”, „a zresztą po co komu głupie etykietki?”. Są też tacy, którzy lecą na barykady dla wszystkich - uchodźców, mniejszości seksualnych, religijnych i rasowych - ale seksizm i dyskryminację kobiet uważają za wydumane problemy. W końcu to, że geje mają przesrane jest ewidentne i niesłuszne, za to szklany sufit jest jak najbardziej uzasadniony. Trudno oczekiwać, żeby kobiety zarabiały tyle co mężczyźni, skoro mają:

a) bolesne miesiączki, które zmniejszą ich wydajność;

b) chorowite dzieci, przez które w kółko biorą L4;

c) jakieś dziwne, gorsze mózgi.

Feminizm nie podoba się też sprawiedliwym, którzy „tak gwoli ścisłości” czują się w obowiązku zaznaczyć, że dyskryminacja dotyka obydwu płci (co, naturalnie, powinno sprawić, że rakiem wycofam się z feminizmu). Rzeczywiście, można by powiedzieć, że jedziemy na tym samym wózku, gdyby tylko przymknąć oko na fakt, że na dziesięciu światowych przywódców przypada raptem jedna kobieta, a za to na dziesięć ofiar gwałtu - dziewięć kobiet.

Przez lata gorliwie tłumaczyłam się mężczyznom ze swojego kontrowersyjnego poglądu, że zasługuję na to samo co oni, chociaż mam cycki. W końcu dostałam zadyszki, więc teraz po prostu siedzę i (być może naiwnie) czekam na moment, w którym feminizm przestanie być przedmiotem debaty i stanie się oczywistością. Nie oczekuję postępowego myślenia od pokolenia mojego ojca, które nie ma kobietom do powiedzenia nic poza „uśmiechnij się i przestań się garbić, bo nikt cię nie zechce”, ale śmiać mi się chce, kiedy pomyślę, że pokolenie trzydziestolatków, którzy wychowali się na muzyce feministy Cobaina, latają do kina na filmy feministy Goslinga i żyją w czasach, w których do feminizmu przyznaje się nawet cholerny Dalajlama, uparcie uważa mój kobiecy feminizm za przywarę, która z potencjalnie fajnej laski zmienia mnie w upierdliwy wrzód na dupie.

Jeśli druga dekada dwudziestego pierwszego wieku to nie jest dobry moment, żeby feminizm zamiast fanaberii zaczął przywodzić na myśl zwykłą ludzka przyzwoitość, to nie wiem czy ten moment w ogóle nadejdzie. Być może wystarczy odrobina szczęścia, bym trafiła na choć jednego faceta, który wzruszy ramionami i powie: "szanuję cię jako człowieka i nie chcę, byś kiedykolwiek miała gorzej niż ja”, ale jeśli to marzenie jest zbyt wyuzdane by mogło się ziścić, to poddaję się i wybieram singielstwo - nawet do grobowej deski.

Więcej o: