Jak wybrać faceta na lata (z gwarancją zadowolenia)

Osoba, która wymyśli receptę na udany związek dostanie Nobla, bo na razie nie ma przepisów w stu procentach skutecznych. Można jednak sporządzić dość uniwersalną listę męskich cech, które bycie we dwoje ułatwiają. A nawet czynią dość przyjemnym.

Srebrne gody - 25 lat razem - kto by pomyślał (fot. Unsplash.com CC0)Srebrne gody - 25 lat razem - kto by pomyślał (fot. Unsplash.com CC0)

W tym roku ja i pan B. obchodzimy 25. rocznicę ślubu. Wiem, wiem, to brzmi, jakbym zaczynała snuć wspomnienia sprzed wojny rosyjsko-japońskiej i, szczerze mówiąc, sama nie mogę uwierzyć, że to już tyle czasu. Jednak chyba największym zdziwieniem jest dla mnie to, że im dalej w las, tym fajniej. I chociaż udany związek to zawsze jest wypadkowa miliona rzeczy w nas i poza nami - potrafię chyba wyłuskać cechy, których obecność w osobniku płci męskiej sprawia, że kobieta może być z nim szczęśliwa. A więc po pierwsze:

Lubi i szanuje kobiety

Dałam to na początek, bo z tego wynika cała reszta. Od zrozumienia dla twoich potrzeb po partnerski podział obowiązków. Pan B. sam o sobie mówi, że jest feministą. Mogłabym w tym miejscu opowiedzieć, że promuje w pracy kobiety albo, że zachęcał mnie, żebym poszła do szkoły, o której marzyłam latami. Jednak najbardziej rozczula mnie wspomnienie, jak to mój mąż stał kiedyś przy akwarium i pilnował, żeby gupik samiec nie napastował zbyt nachalnie gupika samicy - bo mu się ta jego bezczelność strasznie nie podobała.

W tym co najważniejsze, dzieli twoje przekonania

Chyba tylko raz udało mi się zagłosować tak, jak mój mąż. Kiedyś było nawet tak, że on zagłosował na KPN, a ja na Unię Pracy - żadna z tych partii nie przetrwała, natomiast my mamy się nieźle, a wniosek z tego taki, że nie ma sensu kłócić się o pierdoły, które i tak w końcu wessie czarna dziura. Z drugiej strony zawsze w sytuacjach, gdy potrzebne jest wspólne stanowisko (co jest dobre a co złe, jaką szkołę wybrać dzieciom, jakie kupić wino) osiągamy porozumienie.

Zdarzyło się też kiedyś tak, że koleżanka poprosiła mnie, żebym była jej świadkiem w sądzie. Nie chciałam odmówić, bo racja była po jej stronie, ale poparcie wiązało się z ryzykiem utraty dochodów.

- Wiesz - powiedziałam panu B. - chyba nie mogę tego zrobić... Troje dzieci, kredyt.

- Jak to, nie możesz?! - ryknął - Musisz! Jeśli wszyscy będziecie się bać, to zrobią z wami co zechcą!

To była jedna z takich chwil, które człowiekowi uświadamiają, dlaczego właśnie tym towarzystwie spędza życie.

Wierzy w ciebie

To jest jak stałe zasilanie. Na przykład kiedy marudzę, że muszę schudnąć, to mój mąż zawsze powtarza: nie musisz, ale jeśli chcesz, to na pewno ci się uda.

Prawda, że sprytnie?

Albo taka historia: popełniłam kiedyś błąd stulecia. Opisywałam w gazecie konkurs i wszystkim kandydatom do głównej nagrody przekręciłam nazwiska. W każdym była jakaś kompromitująca literówka, a jedno było kompletnie zmienione: zamiast Pyzika napisałam Kluska. Nie sprawdziłam, a wydawało mi się, że dobrze pamiętam i poszło tak do druku.

Leżałam potem na kanapie, jęcząc:

- Wywalą mnie! Jak nic!

- Nie wywalą cię, bo i tak jesteś najlepsza, gdzie by znaleźli taką drugą - powtarzał pan B. z tak absolutną pewnością, że mu na moment uwierzyłam. A jak już uwierzyłam, to nabrałam sił, żeby się zmierzyć z tym koszmarem i jakoś z niego wybrnęłam.

Słucha i słyszy

To, co mam na myśli w poważnym psychologicznym języku nazywa się „uważnością na drugiego człowieka” i „zaspokajaniem jego potrzeb”. I teraz będzie moja ulubiona historia o moim mężu. Powiedziałam kiedyś, że coś musi być nie tak z materacem w łóżku, bo bolą mnie plecy. Ot tak, raz rzuciłam w powietrze, więcej nie, potem zapomniałam. Tymczasem po trzech miesiącach zjawił się w domu supermaterac. Pan B. przez cały ten czas ścibolił złotówki na to wypasione posłanie, żeby mi było wygodnie.

Lubi drobne przyjemności

Im dłużej to wszystko trwa, tym większą mam pewność, że tylko umiejętność robienia sobie regularnych drobnych przyjemności - i nie mam na myśli wyłącznie seksu - pozwala stawić czoło prozie dnia codziennego, kłopotom w pracy, dziurze budżetowej i całemu światu, który akurat spadł ci na głowę. To może być dowolna rzecz, która bawi oboje w danym momencie, partia scrabbli albo wspólny spacer. Fajnie jest też raz na parę tygodni dostać SMS-a z pytaniem: „idziemy na kolację?” albo „może zaprosimy gości?”.

Ma pasje

To jest cholernie ważne. Jeśli facet ma pasje, to raczej nie uświerknie na kanapie przed telewizorem, czego, jak wynika na przykład z wpisów na forach, my kobiety strasznie nie lubimy. Istnieje też szansa, że będzie umiał o tym, co go pociąga, ciekawie opowiadać (żegnaj, nudo!), no i odpada problem, co mu kupić pod choinkę albo na imieniny. Moim ulubionym hobby pana B., o którym naprawdę mogę słuchać w kółko, są typy płyt żeliwnych na wlotach do kanalizacji. Potrafi powiedzieć, kiedy zostały położone, gdzie je produkowano i co znaczą wszystkie umieszczone na nich symbole, w dodatku układa mu się to w arcyciekawą historię o Warszawie. Powinien to kiedyś opisać.

Nie mówi wszystkiego

Niby dowodem na bliskość danej osoby jest to, że się ją (lub jego) zna jak własną kieszeń, ale czy kieszeń jest pociągająca? Nie ma sensu tropić wszystkim myśli, ani starać się przeniknąć całej przeszłości człowieka, bo taki pozbawiony tajemnic jest o wiele mniej seksowny.

Pan B. nigdy nie powiedział mi niczego na temat żadnej ze swoich byłych dziewczyn. Ani słowa, nul - poza tym, że były. Nie myślcie że nie próbowałam się czegoś dowiedzieć - owszem, wiele razy, podstępem i wprost. Jednak przecież właśnie to, że nie mam na własność wszystkich jego myśli czy przeżyć wytwarza przyjemne napięcie, o które nam wszystkim chodzi.

Wady też ma, ale znośne

No, musiałam to napisać. Każdy z nas ma defekty, więc gdyby nam przyszło żyć z ideałem, to mogłoby się to okazać nie do wytrzymania. Doskonałość powodowałaby tylko frustrację. A wady mają, że tak powiem, mnóstwo zalet. Można dzięki nim okazać siłę uczucia, bo jedna strona się przełamuje, żeby je zaakceptować, a druga - żeby nad nimi zapanować.

Pan B., na przykład, nie lubi tańczyć i przysięgam, że jest to z mojego punktu widzenia poważny feler, bo sama za tym przepadam. Kiedyś, podczas sylwestra poprosił mnie do tańca kolega. Ja - próbowałam prowadzić, więc trochę przypominało to zapasy, w dodatku raz za razem nadeptywałam mu palce. No, istna męka, gdy się więc wreszcie skończyła, pobiegłam do pana B. i wykrzyczałam:

- Znowu podeptałam Andrzeja, to wszystko przez ciebie, bo ze mną nie tańczysz i nawet już nie wiem, jak to się robi!

A wtedy mój mąż niespodziewanie wstał, wyciągnął z wazonu różę, włożył ją sobie w zęby i porwał mnie do tańca (bo, cwaniak, umie, tylko nie chce). Towarzystwo było tak zachwycone, że otoczyli nas kręgiem i zaczęli klaskać. Cholera, trzy minuty pląsania w kole, a będę to pamiętać do końca świata.

Oszczędnie dawkowana przyjemność (fot. Pexels.com CC0)Oszczędnie dawkowana przyjemność (fot. Pexels.com CC0)

Ciekawe, czy kiedyś uda mi się go namówić, żeby to powtórzył.

I przy okazji...

Więcej o: