Jak dostać Oscara? Pięć łatwych kroków

Sezon nagród w pełni, ale kolejne gale to tylko przygrywka do rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Aby pomóc spragnionym glorii filmowcom zdobyć statuetkę pozłacanego golasa z wielkim mieczem, sporządziłam praktyczny poradnik, jak to zrobić. Nie ma za co.

Neil Patrick Harris czaruje Oscary 2015 (fot. ROBYN BECK/AFP/Getty Images)Neil Patrick Harris czaruje Oscary 2015 (fot. ROBYN BECK/AFP/Getty Images)

Wszyscy wielbiciele kina mają swoje zdanie na temat tego, które filmy w danym roku zdobyły nasze serca, ucieszyły oko i zdominowały rozmowy. I co roku po kolejnym rozdaniu Oscarów z coraz mniejszym zdziwieniem zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo nasze oceny nie pokrywają się z wyborami Akademii. Oczywiście są wyjątki, ale naturalnie potwierdzają one tylko regułę.

Z przyjaciółmi od lat organizujemy towarzyskie oglądanie Oscarów, od wywiadów na czerwonym dywanie po ostatnie werdykty. Co roku biorę urlop na dzień po, by odespać wspólne kibicowanie faworytom i złorzeczenie niezasłużonym zwycięzcom, wznoszenie toastów na cześć zwycięzców zasłużonych oraz ogólną, zakrapianą alkoholem głupawkę. Zwykle jeszcze przed oscarową nocą robimy własne głosowanie, a na tych, którzy najtrafniej wytypują laureatów, czekają nagrody o znikomej wartości materialnej, ale sporej anegdotycznej. W edycji 2009 kolega Michał Zygmunt - który najsłuszniej wytypował - dostał znaleziony przez koleżankę w jednym z siedleckich szmateksów wielokolorowy, za to jednoczęściowy strój narciarski z lat 80. Zwycięzca pozował w swym nowym outficie do zdjęć, ale nie zostałam upoważniona do ich publikacji. Zresztą nawet nie pytałam.

Mnie nigdy nie udało się wygrać, bo uparcie głosuję na filmy, które moim zdaniem powinny zostać nagrodzone, a nie te, które Akademia na pewno pokocha. Nie traktuję Oscarów jako ostatecznej wyroczni w sprawie tego, czym jest dobre kino, tylko jako wyraz pewnych trendów w sposobie myślenia o tym, jaki produkt należy nagrodzić i dlaczego. I z mojego doświadczenia wynika, że wybory członków Akademii są tak przewidywalne, że można na ich podstawie stworzyć całkiem zgrabny matematyczny wzór. Nie podejmę się tego zadania, ale mogę podrzucić kilka wskazówek. Co trzeba zrobić, by zwiększyć swoje szanse na Oscara?

1. Być na fali

Aktor czy aktorka ma już na koncie Oscara, do tego zdobytego całkiem niedawno? To znaczy, że zasługuje na następnego. W ciągu ostatnich z grubsza 20 lat Hilary Swank otrzymała za „Nie czas na łzy” w 2000 roku i „Za wszelką cenę” w 2005, Cate Blanchett za „Aviatora” w 2005 i za „Blue Jasmine” w 2014. Do tego 4 Oscary Katharine Hepburn, 3 Oscary Meryl Streep, Jacka Nicholsona i Daniela Day-Lewisa oraz fakt, że co roku wśród nominowanych widzimy w zasadzie wciąż te same, najczęściej białe, twarze.

2. Znacznie zbrzydnąć do roli

Na przykład mocno schudnąć (Matthew McConnaughey w „Witaj w klubie”, Tom Hanks w „Filadelfii”) nabrać masy (Robert De Niro we „Wściekłym byku”). Gdy mowa o aktorkach: Och, schowała do kieszeni damską próżność i dała sobie dorobić wielki nos (Nicole Kidman w „Godzinach”), przytyła i chodziła męskim krokiem w okropnej fryzurze i paskudnych ciuchach (Charlize Theron w „Monster”), więc należy się nagroda! Gwiazda odbierze ją na nowo olśniewając urodą, w pięknej kreacji od Diora. Nie twierdzę, że wszystkie z wymienionych ról zawdzięczają laury tylko i wyłącznie fizycznej transformacji aktorów, ale nie oszukujmy się, Akademia docenia złożenie swego wyglądu na ołtarzu sztuki. Byle wyładnieć do sezonu nagród.

3. Nie być Davidem Lynchem, Davidem Cronenbergiem, Timem Burtonem, Sergio Leone, Marilyn Monroe, Johnnym Deppem, Samuelem L. Jacksonem...

Wielu gigantów filmu, utalentowanych reżyserów i aktorów, nie doczekało się Oscara za filmy dziś uznawane za klasyki i role, którymi inspirowały się kolejne pokolenia. Po latach Akademia czasem próbowała nadrobić te przeoczenia, przyznając nagrody za całokształt twórczości, jak Oscar honorowy dla Charliego Chaplina w 1972 roku (w 1929 roku dostał innego Oscara honorowego, a w 1973 kolejnego, za ścieżkę dźwiękową „Świateł rampy” 21 lat po premierze filmu - ale nigdy za reżyserię). Czasem po latach olewania prawdziwych arcydzieł wręczała statuetkę za film owszem, dobry, ale chyba jednak nie aż tak, jak poprzednie - na przykład pierwszego Oscara za reżyserię Martin Scorsese dostał dopiero w 2007 roku za „Infiltrację”.

Jego wcześniejsze filmy zapewniły nagrody Akademii wielu aktorom i innym współpracownikom, ale sam Scorsese musiał czekać na uznanie swojego reżyserskiego fachu wiele lat. Podobnie jak jego muza i ulubiony ostatnio aktor, czyli Leonardo DiCaprio, którego kolejne nominacje i zero Oscara na koncie stały się ulubionym internetowym memem - spójrz, tutaj. Bardzo możliwe, że Leo w końcu dostanie upragnioną statuetkę za przetrwanie ciężkich warunków pogodowych, ataku sztucznego niedźwiedzia, konieczności ogrzania się w prawdziwym martwym koniu i noszenia przez ponad rok okropnej brody na potrzeby „Zjawy” Alejandra Gonzáleza Inárritu.

4. Zrobić film - lub w nim zagrać - o postaci zmagającej się z ciężką chorobą, najlepiej psychiczną, ale fizyczna też ujdzie

Postacią tą może być geniusz ze schizofrenią paranoidalną (4 Oscary dla „Pięknego umysłu”, w tym za najlepszy film fabularny i reżyserię), geniusz z postępującym stwardnieniem zanikowym bocznym (zeszłoroczny Oscar dla Eddie'go Redmayne'a za „Teorię wszystkiego”), geniusz z autyzmem (8 Oscarów dla „Rain Mana”, w tym dla Dustina Hoffmana za pierwszoplanową rolę męską). Geoffrey Rush dostał Oscara za rolę wielokrotnie poddanego terapii wstrząsowej pianisty w filmie „Blask”, Angelina Jolie - za postać zamkniętej w szpitalu psychiatrycznym socjopatki w „Przerwanej lekcji muzyki”.

Wyjątkiem jest oczywiście Leonardo DiCaprio, który za wyborną kreację upośledzonego umysłowo Arniego w „Co gryzie Gilberta Grape'a” dostał swą pierwszą nominację do Oscara, ale przegrał z Tommy Lee Jonesem (za „Ściganego”).

5. Stworzyć film z rozmachem, cokolwiek to znaczy

Wizualne fajerwerki, epickie opowieści, ogromne filmowe przedsięwzięcia, które pozwalają zapomnieć o szarej rzeczywistości. Takie filmy lubi i publiczność, i Akademia. Stąd rekordowa liczba 11 Oscarów przyznanych „Ben-Hurowi” Williama Wylera (starożytny Rzym, pierwsi chrześcijanie, relacja love-hate dwóch głównych bohaterów - zresztą napisana specjalnie z podtekstem homoerotycznym, co trzymano w sekrecie przed konserwatywnym odtwórcą głównej roli, Charltonem Hestonem), „Titanicowi” Jamesa Camerona (statek, lodowiec, Leonardo DiCaprio) czy „Władcy Pierścieni: Powrót króla” Petera Jacksona (Tolkien, CGI, Viggo Mortensen). Między innymi dlatego w zeszłym roku widowiskowy „Birdman” pokonał „Boyhood”, którego epickość rozłożyła się na 12 lat powstawania filmu i najwyraźniej okazała się dla Akademii zbyt subtelna.

Naturalnie, takie kategorie można wymieniać w nieskończoność. Akademia chętnie przyznaje nagrody filmom o traumatycznych wydarzeniach z historii ludzkości, a najlepiej o II wojnie światowej (tylko z ostatnich 30 lat przykładowo „Lista Schindlera”, „Szeregowiec Ryan” czy „Pianista”). Prędzej dostanie się Oscara za biografię powszechnie znanej postaci, albo rolę w takiej biografii („Ray”, „La vie en rose”, „Żelazna dama”), niż za za rolę stricte komediową (Tom Hanks w „Forreście Gumpie” był rzeczywiście boski, ale ten film nie był ot tak po prostu świetną komedią, to przecież historia Stanów Zjednoczonych opowiedziana przy pomocy losu zwykłego-niezwykłego człowieczka). I tak dalej.

Tymczasem, czekając na 28 lutego, gdy zbojkotowaną przez Willa Smitha i Spike'a Lee za jednostajność karnacji nominowanych aktorów, 88. ceremonię wręczania nagród Akademii poprowadzi (po 11 latach przerwy) komik Chris Rock, oglądam powolutku kolejne nominowane filmy i wypełniam tabelkę.

Jeśli macie swoich faworytów, antyfaworytów lub wyrobione zdanie na temat zasadności przyznawania jakichkolwiek nagród za sztukę („przecież to nie sport!”), śmiało wyżywajcie się w komentarzach, chętnie podyskutuję. Wolę o filmach, niż polityce.

Więcej o: