#Instamatki: snobizm, kasa, macierzyństwo

Instagramowe matki to społeczność, która codziennie, namiętnie i wiernie, ładuje do sieci tysiące zdjęć swoich dzieci. Dla niektórych mam to tylko zabawa ładnymi obrazkami, ale dla innych Instagram to sposób na samorealizację, na walkę z samotnością lub na zarobienie kasy.

Ja również jestem #instamatką. Bywa, że dzień zaczynam właśnie od Instagrama. Jeszcze na dobre nie przebudzona, przesuwam leniwie paluchem po telefonie, zarzucając oczy i mózg dziesiątkami zdjęć. Najczęściej obłędnie idealnych zdjęć. Idealne zdjęcia idealnych mam i ich idealnych dzieci, idealnie wpasowanych w ich idealne domy. Przeważnie po paru minutach dociera do mnie, że ups, cholera, te dziewczyny są już od dobrych dwóch godzin na nogach! Na twarzach mają pełen makijaż („oj, kochane, dzisiaj zaspałam, stawiam więc na naturalny "look”) i wraz z cudnie ubranym przychówkiem wędrują poprzez malowniczy park („nadłożyliśmy dzisiaj nieco drogi, ale spójrzcie jak tu pięknie!”) do przedszkola/szkoły. Rany, jaka ja jestem beznadziejna, jutro wstanę przed 5 rano, tak jak one, obiecuję!

Ponieważ moje poranki wyglądają podobnie jak u redaktor Kasi (czyli są z gatunku tych raczej chaotycznych i mało fotogenicznych), nawet do głowy mi nie przychodzi, by uwieczniać je na zdjęciach. Tutaj najlepszy filtr kurna nie pomoże. Ale one, te idealne instagramowe matki, jakoś to robią. Ogarniają siebie, swoje dzieci i dom w sposób przemyślany, perfekcyjny i tak irytująco estetyczny. Jak one to robią? Nie ma szans, nie odpowiem wam na to pytanie, nie potrafię (mimo najszczerszych chęci). Ale z własnych obserwacji oraz rozmów z niektórymi z tych mam domyślam się dlaczego to robią.

Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o co? O pieniądze, oczywiście. Jest to o tyle ciekawe, że większość idealnych polskich #instamatek, tych popularnych i wyznaczających trendy, to kobiety dość zamożne. Kasa to dla nich zarówno narzędzie, jak i cel. Narzędzie - ponieważ trudno jest zdobyć dużo polubień zdjęciami przeciętnie ubranych dzieci w przeciętnym wnętrzu. Inwestycja jest niezbędna. Cel - ponieważ będąc instagramową trendsetterką można nieźle zarobić. Instagram to dla tych kobiet praca, to dla pieniędzy są takie idealne.

Minimalną stawką, za którą znane #instamatki godzą się na współpracę, jest 1000 złotych. W barterze lub gotówce. Za kilka zdjęć to zupełnie niezła kwota. Cóż, nie ma wybacz. Próbowaliście kiedyś wycenić ubrania i przedmioty pokazywane na najbardziej popularnych parentingowych kontach? Nie? W takim razie nie róbcie tego, tylko się zdołujecie - mimo iż polskie #instamatki nie są raczej klientkami Diora czy nawet Armaniego, to pojedyncza dziecięca stylizacja z ubrankami marek w rodzaju Grey Label, Pola&Frank czy Mini Rodni warta jest od 400 do 800 złotych. Dorzućcie do tego buty za minimum 300 zyli oraz takie must have jak wózek Stokke kosztujący od 4000 do 6000 złotych, kocyk Effii za 200 złotych czy przytulankę Mailmeg za kolejne dwie stówy. Sporo? Być może, ale #instamatki to często straszne snobki i kupią wszystko, za dowolną kwotę, by tylko mieć modną w danym momencie rzecz i pochwalić się tym faktem przed światem przefiltrowanych obrazków.

Byłabym jednak niesprawiedliwa pisząc, że wszystko na Insta sprowadza się do zarabiania kasy. Dla niektórych mam wrzucanie fot na Instagram to sposób na samorealizację. Czasami jest to banalne i płytkie podbudowywanie swojego ego, innym razem, jak to w serwisach społecznościowych bywa, kreowanie alter ego. Są też na Instagramie dziewczyny, które zrozumiawszy potęgę marketingu szeptanego, z sukcesem wykorzystują obrazkową platformę do rozwoju swych rękodzielniczych biznesów (tak, znowu kasa, ale trochę inaczej). Zdarzają się też przypadki zupełnie inne, kiedy serwis staje się lekarstwem na zwykłą samotność.

Pisząc wszystko co powyżej, starałam się omijać pewien aspekt bycia aktywną #instamatką. Aspekt moralny. Sama wrzucam miesięcznie na Insta nie więcej niż jedno, dwa zdjęcia mojego osobistego dziecka. Nie zarabiam na tym, Instagram nie stanowi dla mnie lekarstwa na cokolwiek. OK, czasami to remedium na nudę. A i tak miewam wyrzuty sumienia. Oglądając kolejne fotograficzno-logistyczne arcydzieła idealnych #instamatek, zastanawiam się czy to w porządku, czy wolno tak bardzo zawłaszczać życie swoich dzieci. Ich wizerunkiem poprawiać własną samoocenę, zdobywać popularność, zarabiać na nim. Tłumaczę sobie, że zdecydowana większość tych mam bezgranicznie kocha swoje potomstwo, zarzuty hejterów, że traktują swoje dzieci przedmiotowo są bezzasadne i spowodowane zwykłą zazdrością (bo kto by nie chciał zarabiać kokosów, robiąc foty swoim dzieciom, zamiast siedzieć w korpo). A jednak... A jednak w takich chwilach niepewności przypomina mi się pewne zdjęcie, ze stylizacją podliczoną na około 20 tysięcy złotych, pod którym ktoś napisał: „A ty? Za ile sprzedałaś dzisiaj swoje dziecko?”.

Więcej o: