Suknia ślubna prawdę ci powie. Nie tylko o tym, czy masz dobry gust

To, jaką suknię ślubną wybiera kobieta jest nietypowym testem na osobowość. Można się z tym oczywiście nie zgodzić, ale czy ktoś widział przed ołtarzem twardzielkę w bezie, a romantyczkę w ascetycznej garsonce? No właśnie.

Chociaż W "Ślubnych wojnach" przyjaciółki walczą o to, która będzie miała lepsze wesele. Tego nikomu nie życzę (fot. materiały prasowe)

Gdy pannie młodej, która przysięga wieczną miłość ukochanemu, łamie się głos, ja ronię łzy. Gdy przyjaciółka po raz pierwszy pokazuje się w sukni ślubnej, chlipię w chusteczkę.  Przyznaję, jestem bridezillą (nieco nawiedzoną na punkcie ślubów dziewczyną). Uważam się jednak za okaz nietypowy, bo bardziej poruszają mnie śluby cudze niż własny. Po ceremonii zachowuję się jak dobrotliwa ciocia, która z rozmazanym tuszem do rzęs życzy "dzieciom" wszystkiego dobrego na nowej drodze życia.

Jak byłam mała, chciałam mieć sukienkę jak Andie MacDowell w filmie "Cztery wesela i pogrzeb" (fot. materiały prasowe)

To może nie świadczy o mnie najlepiej, ale śluby polubiłam dopiero gdzieś w okolicach własnego. Wcześniej oczywiście oglądałam wszystkie komedie romantyczne, kończące się ślubem (czyli większość), ale bliżej mi było do ciepłego, ale gorzkiego "Wesela Muriel" niż "Ślubnych wojen", w którym najlepsze przyjaciółki walczą o to, która z nich będzie miała fajniejsze wesele.

Zanim nie wyszłam za mąż, nie wiedziałam, jak fajnie być żoną. Zanim nie zapisaliśmy się w urzędzie, nie wiedziałam, że kiedykolwiek zdecyduję się na ślub. Zanim nie znalazłam tej jedynej sukienki, nie wiedziałam, że chcę poczuć się jak księżniczka.

"Wesele Muriel": śmieszny i straszny film o tym, że marzenie o ślubie idealnym potrafi zniszczyć życie (fot. materiały prasowe)

Myślę, że nawet dziewczyny, które nie interesują się modą, nawet te, które biorą ślub, żeby łatwiej było się rozliczać przed Urzędem Skarbowym, nawet te, które chcą powiedzieć "tak" w obecności świadków na bezludnej wyspie, żeby tylko nie dopłynęli na nią rodzice, sprawią sobie przyjemność, wybierając sukienkę, w której czują się najpiękniej na świecie. Najpiękniej, czyli prawdziwie.

Bo w sukni ślubnej, wbrew obiegowej teorii, nie o to chodzi, żeby się za nią schować, w nią przebrać albo nigdy więcej jej nie założyć. Lubię więc ten moment, gdy patrząc na sukienkę wybraną przez bliską mi kobietę, wiem, o czym marzy. Moja świadczyła o tym, że chciałabym się przenieść w czasie do lat 50., mojej przyjaciółki o tym, że lubi błyszczeć, jeszcze innej, że ma totalnie rockandrollową duszę. I super, że każda z nas jest inna. Super, że żadna nie zakłada bezy, która upodabnia ją do tysiąca innych bez. Super, że jesteśmy wierne sobie w momencie jednej z najważniejszych decyzji swojego życia.

Nie namawiam do ulegania białemu szaleństwu, bo przecież nie każdy musi dla sukienki zapożyczać się, stracić rozsądek i zmieniać się w piszczącą, podskakującą, płaczącą bohaterkę komedii romantycznej. Ale mi jest dobrze z moim uleganiem, bo z moich obserwacji wynika, że im lepiej panna młoda czuje się w swojej sukience, tym więcej szampana się potem leje, a więc tym huczniejsza impreza weselna. A z tego korzystają nawet ci, którzy własnego ślubu nigdy nie wezmą, sukienki nigdy nie włożą i łzy nigdy nie uronią. Może w naszych smutnych czasach śluby, z całą ich lekko kiczowatą otoczką, podziałają jak odtrutka na doła, politykę i wszystko to, co idzie nie po naszej myśli?

Więcej o: