Jak napisać książkę kciukiem na telefonie - Dominika Węcławek o swoim literackim debiucie

Moja redakcyjna przyjaciółka napisała książkę pt. "Upadła świątynia". Nawet dość dobrą, polecam. A ponieważ nie wiem, jak - mając tyle zajęć - można napisać książkę, to postanowiłam o tym z Dominiką porozmawiać.

fot. archiwum prywatnefot. archiwum prywatne

Kiedy znalazłaś czas na napisanie książki? Znam cię trochę, wiem jak wygląda twój dzień. KIEDY?

Dominika Węcławek: Najprościej powiedzieć, że wcale go nie znalazłam, po prostu w chwilach, kiedy zamykałam komputer i wychodziłam z domu, żeby dojechać do pracy, albo dotrzeć do innego miasta na jakąś konferencję, spotkanie, albo wyprawę - odpalałam telefon i pisałam w notatniku. Potem to wszystko sklejałam sobie w całość i dobudowywałam resztę. Pisanie tej książki sprawiało mi znacznie większą frajdę niż oglądanie filmów lub seriali. Tym bardziej że z czasem bohaterowie się rozpanoszyli i pokrzyżowali mi plany. "Upadła Świątynia" miała mieć jednego głównego bohatera, tymczasem w miarę jak dołączały kolejne osoby do drużyny, musiałam weryfikować swoje plany. To było świetne uczucie. Dodam jeszcze, że ani dzieci, ani mój były mąż, ani pracodawcy nie wiedzieli, że coś sobie dłubię. Przebiegało to bezkolizyjnie.

W metrze. Na telefonie. Jesteś szalona. I cierpisz na logoreę?

- Najprawdopodobniej tak. Niestety patrząc na swoją obecną sytuację, chyba nauczyłam się powstrzymywać lawinę słów. Teraz mam klasyczną blokadę. W głowie kłębią się pomysły, dialogi, postaci, a ja czekam na chwilę wolnego. Kiedy ta przychodzi, zwyczajnie zasypiam zamiast pisać. Dyskretnie zwalam winę na telefon. Tamten model po prostu nie przeżył, a zapasowy smartfon nie jest już tak wygodny.

Jaki to był telefon? Może producent powinien wiedzieć, że ma potencjał handlowy wśród pisarzy?

- To był ten podły, hipsterski iPhone5. Wystarczająco malutki, by móc bezpiecznie trzymać go jedną ręką i pisać kciukiem, a potem wysyłać sobie wszystko do jednej chmury.

Gadżeciara. Czy twoje zamiłowanie do technologii przydało się też przy konstruowaniu świata przedstawionego? Dodajmy: świata po zagładzie, bez telefonów komórkowych i jeszcze kilku innych udogodnień.

- Świat pozbawiony nowych technologii to bardzo miła wizja. Odpoczywałam przy niej. Warto mieć świadomość, jak wiele zawdzięczamy obecnie różnym sprytnym rozwiązaniom technicznym. Bez tego wiele osób nie tylko miałoby problemy zdrowotne, czy komunikacyjne, ale wręcz nie mogłoby żyć. Dosłownie. Nie chodzi oczywiście o głupi telefon z aparatem do robienia selfie, tylko o nieco mądrzej wykorzystywane rozwiązania.

Rozumiem ten dydaktyczny wymiar literatury postapo (zobaczcie, jak macie dobrze i tego nie cenicie!), ale poza tym to ona mnie dość nudzi, muszę przyznać. To jak z zombie - przeczytasz jedną taką książkę i wszystkie kolejne różnią się już tylko detalami. PRZEKONAJ MNIE, ŻE JEST INACZEJ!

- Setting jest podobny, prawda? Wszystko zniszczone, przetrwali nieliczni, a poza tym, to idą i strzelają, żrą jakiś syf i umierają młodo. Lubię oglądać ruiny, najlepiej z dystansu. To, co mnie zawsze ciekawi, to ludzie i ich historie. Więc także w swojej książce skupiłam się na ludziach.

No właśnie - dlatego się nie nudziłam. I wiesz co jeszcze mi się podobało? To, że opisujesz bardzo istotny z punktu widzenia matki lęk: że dzieci zostaną same we wrogim świecie.

- A nie jest tak? W normalnych warunkach niektórzy rodzice mają tak, że zaczynają się zastanawiać nad tym, jak te małe (nastoletnie?) cholery sobie poradzą w dorosłym świecie. W realiach postapokaliptycznych robi się jeszcze ciekawiej. Jednych może ogarnąć bezsilność, innych może to zmotywować do działania. Są też tacy, którzy wrócą do mentalnej praprzeszłości "nie przywiązywać się nazbyt, nie wiadomo, kiedy umrze".

fot. archiwum prywatnefot. archiwum prywatne

Jak to czytałam to trudno było mi nie myśleć o twoich prawdziwych dzieciach i nie nakładać ich obrazu na bohaterów książki. Pomyślałam sobie, że takie postawienie własnych dzieci wobec ekstremalnych zagrożeń to niezłe ćwiczenie dla wyobraźni i może forma terapii?

- Jeden rabin powie tak, a drugi inaczej, jak mawia słynne powiedzenie z internetów. Nie wiem, czy dla mnie to forma terapii, ja po prostu staram się jak mogę zrobić co się da, żeby dzieci umiały sobie poradzić. Najczęściej zakładam bezpiecznie, że jednak będą wymagały wsparcia w takiej czy innej sytuacji. Pewne zdarzenia z naszych wypraw pokazują, że dzieciaki radzą sobie świetnie.

A co było dla ciebie najtrudniejsze podczas pisania tej książki? Oprócz trafiania kciukiem w literkę.

- Najtrudniejsze w pisaniu tej książki jest pisanie drugiej książki - taka smutna prawda.

Kryzys drugiego albumu?

- I przyjmowanie z pokorą recenzji jest bardzo trudne. Kiedy ganią, to się naturalnie lekko jeżę, bo przecież czepiają się często rzeczy, które są częścią danego świata albo miały takie właśnie być. Na przykład "co tak mało strzelają i walczą?" "Bo dużo chodzą, gadają i przeżywają". To taka książka, że dużo zależy od tego, co sam wniesiesz w te tunele. Znacznie milej jest mi rozmawiać z czytelnikami niż z recenzentami. A czytelnicy są świetni. Kocham moich odbiorców obu płci. Jeszcze trudniej znosić pochwały. No, bo to takie deprymujące, jak się zachwycają. Staram się oczywiście nie zaprzeczać, ale z drugiej strony też mam świadomość, że to mój fabularny debiut i trzeba jeszcze popracować, żeby było lepiej.

O, to ja też się czepnę - mogę? Jako twój redaktor, znający twoje nawyczki językowe czasami zgrzytałam zębami, że redaktor książki czegoś tam nie wyłapał.

- Nie da rady wszystkiego wyłapać. Redaktor mojej książki to świetny człowiek, ale mam poczucie, że dostaliśmy na tę zabawę za mało czasu. Takie realia. Potem była jeszcze korekta, a po korekcie też pewnie coś zostało.

Zawsze jest za mało czasu Domi. KTO JAK KTO, ALE TY POWINNAŚ TO WIEDZIEĆ.

- No ja to wiem, ale z drugiej strony jest mi zawsze przykro, że ktoś jest rozczarowany. Życie nauczyło mnie, że nie da się dostarczyć perfekcyjnego produktu. Nie da się. Praca w dzienniku pokazała mi, że pokornie trzeba znosić pewne sytuacje i po prostu następnym razem uniknąć starych wpadek, by popełnić nowe błędy.

Póki co mam tu poważne plany związane z maltretowaniem ludzi po zagładzie. Będą doświadczani na milion nowych sposobów.

Biedacy. Huragan Domi nadciąga. Ale serio - twoje wyczucie dialogu i fajnie zarysowane relacje - chciałabym poczytać to bez tych apokaliptycznych dekoracji.

- Kiedy miałam 22 lata chciałam napisać książkę o "współczesnych młodych ludziach wchodzących w dorosłość" i jak widać świetnie mi wyszło, do dziś jej nie ruszyłam. Trudno mi powiedzieć co jest nie tak ze mną, może przekora wpisana w charakter. Po wielkiej porażce mojego opus magnum ( tej książki o współczesnych, młodych, której nawet nie zaczęłam pisać) postanowiłam dać sobie spokój z pisaniem książek. Wyszło, jak wyszło.

fot. Fabryka Słówfot. Fabryka Słów

OD REDAKCJI: Debiutancką powieść Dominiki pt. "Upadła świątynia" możecie kupić ze zniżką w Publio (lub napisać ładny list do redakcji, bo mamy kilka kodów na e-booki do rozdania).

Więcej o: