Martwisz się tym, co myślą o tobie inni?

Kolekcjonuję pierwsze wrażenia na swój temat. Lubię je, bo pokazują, jak bardzo ludzie się mylą. I jak bardzo ja sama czasem mylę się, oceniając kogoś innego.

Pytanie, czy należy się tym martwić? (fot. Unsplash.com CC0)Pytanie, czy należy się tym martwić? (fot. Unsplash.com CC0)

Zabawna historia spotkała mnie "na feriach”. Poznałam nowych ludzi, spędziliśmy razem kilka wieczorów. Bodajże drugiego dowiedziałam się, że najpierw pomyśleli, że mój syn (lat prawie 18) jest moim chłopakiem (czyżbym wyglądała aż tak młodo? czy może bardziej jak stara lampucera z młodym kochankiem?). Trzeciego wieczoru okazało się jednak, że jesteśmy już lepiej zakolegowani, bo usłyszałam, że tak naprawdę wydawało im się, że jestem po poważnej chorobie, konkretnie po raku i ostrej chemii, zabawy więc ze mną nie będzie. Tak, to były ferie, nie chciało mi się malować. Ani ubierać. Ani specjalnie czesać. Czy mnie ta opinia zasmuciła? Nie. Wiem, że nie młodnieję i wiem, że żeby wyglądać, muszę sobie twarz namalować. Ale muszę też przyznać, że TO pierwsze wrażenie na razie widnieje na czele mojej prywatnej listy.

Czasem jestem brana za lesbijkę (długi czas nosiłam tlenione, krótkie włosy z irokezem, a do tego jeszcze lubię mięśnie, ludzie twierdzili, że miałabym powodzenie w Berlinie), czasem za osobę nieprzystępną, wręcz bucowatą (jestem nieśmiała i nie lubię small talków, ciężko mi więc szybko nawiązać relacje z nowymi ludźmi, poza tym bozia dała mi "bitch face”, czyli taką twarz, że jak się nie uśmiecham, to wyglądam, jak bym była wkurzona i obrażona). Nie pamiętam żadnego dobrego pierwszego wrażenia na swój temat, ale może to dlatego, że te mniej korzystne bardziej zostają w głowie, poza tym - mnie śmieszą. Ale to, co mają na mój temat do powiedzenia obcy mi ludzie to jedno, a to, co na temat nowych ludzi tworzy mój umysł to drugie, również bardzo ciekawe. Uwielbiam się temu przyglądać, uwielbiam ulegać iluzjom swojego umysłu, a potem z tych iluzji wychodzić. Bo pierwsze wrażenie jest może ważne, ale czy prawdziwe?

Ale spokojnie, mam wiele twarzy (fot. BlindBloger)Ja po raku i chemii, stąd ta peruka (fot. BlindBloger)

Pojechałam kiedyś na narty w ekskluzywny rejon trzech francuskich dolin. Pojechałam z synem, poznaliśmy tam starszego pana, który też przyjechał z synem. Okoliczności tego poznania się były dosyć zabawne, bo firma, która nas na te narty wysłała, zrobiła z nas rodzinę, o czym jednak nie raczyła nas poinformować (rodziny miały tańsze karnety). Dowiedzieliśmy się o tym przy okienku, gdzie mieliśmy odebrać nasze karnety. Musieliśmy się poznać, zaczęliśmy rozmawiać. O sobie, dzieciach. Pan powiedział mi, że ma trójkę, wszystkie uczą się w amerykańskiej szkole w Konstancinie. To taka superekskluzywna, baaaardzo droga szkoła (zdaje się, że kilkanaście tysięcy miesięcznie). Super, pomyślałam, mam do czynienia z jakimś bardzo dobrze sytuowanym biznesmenem-milionerem, bo kogóż innego stać byłoby na to, żeby troje dzieci wysłać do takiej szkoły? Pan posługiwał się bardzo pięknym językiem polskim, umiał barwnie opowiadać, doskonale znał francuski, miał taką "starą” kindersztubę - wszystkie klocki elegancko się układały. W swoim pierwszym wrażeniu trwałam dzień. Może dwa. W kolejnych rozmowach okazało się, że pan jest muzykiem, zdecydował się zostać nauczycielem w tej szkole, kiedy trzeba było wysłać do niej dzieci - nauczyciele mają zniżkę, czesne na ich dzieci jest znikome. W ten oto sposób runęły misternie wybudowane wyobrażenia na czyjś temat. Nie chodzi o to, że nowe informacje były gorsze, były po prostu inne. Bardzo lubię tę historię, bo idealnie pokazuje to, jak bardzo mylne okazuje się czasem pierwsze wrażenie

Dlaczego o tym piszę? Bo wydaje mi się, że dzisiejszy świat pierwszym wrażeniem stoi. Że ciągle musimy się znakomicie prezentować, żeby nas lubiano, żeby dostać pracę, żeby chciano nas słuchać. Oceniając innych ludzi, słuchamy innych ludzi i ich pierwszych wrażeń, zamiast oprzeć się na własnym doświadczeniu. Mniej lubimy tych, którzy mniej się uśmiechają, bo wydaje nam się, że ci, którzy się uśmiechają są fajniejsi. Tego, kto chodzi w dresach, uważamy za "dresiarza", z całym inwentarzem, który za tym idzie (wiem coś o tym, często chodzę w dresach), tego, kto w rurkach i z brodą - za hipstera z pustą mózgownicą. Blond laskę z irokezem - za lesbijkę, wystrojoną ślicznotkę - za pustą lafiryndę. Ja kocham swoje pierwsze wrażenia, ale nie przywiązuję się do nich, bo wiem, że człowiek ma do zaproponowania dużo więcej, niż tylko to.

Więcej o: