Można bojkotować Walentynki. Tylko po co?

Czy naprawdę staliśmy się aż tak cyniczni, że ze wszystkich głupich świąt tego świata, uwiera nas akurat to, które celebruje kochanie i bycie kochanym? Jest tysiąc powodów, żeby olać Walentynki, ale ja wolę mieć po prostu miły dzień.

Bo wino jest dobre na wszystko (rys. Magda Danaj)Bo wino jest dobre na wszystko (rys. Magda Danaj)

Czternasty lutego był kiedyś dniem gdy wciąż mówiło się "kocham". Teraz częściej pada słowo "bojkot". Zewsząd słychać te same zmęczone argumenty, że Walentynki to durne, amerykańskie święto, które komercjalizuje zakochanie i stawia znak równości między miłością, a słodyczami z różowym lukrem i tulipanami kupowanymi w pośpiechu od przemarzniętych przekupek. Jesteśmy na to stanowczo za mądrzy. Dzielnie opieramy się czternastoprocentowej promocji na czerwone wytrawne i rezygnujemy z tajskiego masażu dla dwojga w osiedlowym SPA, bo nasza miłość jest dojrzała i nie trzeba stymulować jej kiczem i tandetą. A zresztą co to za pomysł z tym Dniem Zakochanych, skoro kocha się cały rok? Miłość płynie z nas niezmąconym strumieniem przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku, więc czternastego lutego naprawdę nie musimy nic nikomu udowadniać.

Przyznaję się bez bicia, że prawie to kupuję. Pokusa jest ogromna, bo wystarczy wrzucić tryb „bojkot” i z głowy! Nie ma presji, nie ma ceregieli. Jest zwykły dzień, cudowny w swojej zwyczajności. Można umyć kibel, polecieć do warzywniaka, odgrzać wczorajszy obiad i zjeść go z wyszczerbionego talerza. Tylko że ja nie potrafię tego zrobić, nie pytając przy tym samej siebie dlaczego ze wszystkich świąt tego świata bojkotuję akurat to poświęcone miłości? Nie może chodzić tylko o komerchę, bo niemal każde święto jest komercyjne.

W Dzień Matki zawsze mam mocne postanowienie, że moim prezentem będzie domowe ciasto i wspólne majowe popołudnie. Trwam w nim do chwili, gdy natykam się na jakąś elegancką perfumerię z witryną pełną kremów 60+ i plakatem reklamowym, który oskarżycielskim tonem pyta: "a czy ty wydałaś już dwie stówy na jedyną matkę, która dała ci życie?". Wchodzę, wyskakuję z forsy, zgarniam serum pod oczy z drobinkami złota i wychodzę ze świadomością porażki. Nie ma od tego ucieczki - nawet Wielkanoc to festiwal konsumpcji! Nie wiem jakim cudem udało nam się połączyć święto upamiętniające cierpiętniczą śmierć na krzyżu z prężnym handlem czekoladowymi barankami i zajączkami, ale wiem jedno: nikt z tego powodu nie nawołuje do bojkotu Wielkanocy. Z jakiejś przyczyny stosowną pogardę uruchamiamy w sobie tylko na okoliczność święta miłości.

Nie mam właściwie powodu, by uparcie bronić Walentynek. Nigdy mnie zbyt dobrze nie traktowały. Dno absolutne osiągnęłam już jako piętnastolatka, kiedy w myśl zasady „wszystko się może zdarzyć”, przez pół dnia robiłam rundki dookoła bloku chłopaka, który nie znał nawet mojego imienia. Przez kolejne lata moje związki rozpadały się na przełomie stycznia i lutego, więc Dzień Zakochanych zastawał mnie w żałobie po utraconej miłości. Nawet podczas mojego jedynego wieloletniego związku tylko raz udało mi się spędzić ten wyjątkowy dzień z ukochanym. Pamiętam to dobrze, bo poprzedniego wieczora pokłóciliśmy się śmiertelnie o jakiś nieistotny detal, który przez noc urósł do rangi problemu nie do przeskoczenia, więc calutkie Walentynki spędziłam skulona na kanapie z glutami w nosie i kocem na głowie. Potem przyszło singielstwo, a wraz z nim Walentynki z koleżankami i płonącą sambucą, która dobrze wygłuszała smutki, ale w gratisie dorzucała ponurego kaca.

Mam dziesiątki powodów, by najgłośniej krzyczeć "precz z Walentynkami!", ale nie zamierzam tego robić. Rozumiem, że można zupełnie nie zauważać tego święta, ale aktywny bojkot wcale nie jest mądry ani dojrzały, tylko cyniczny. Bo wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, miłość wcale nie wylewa się z nas przez okrągły rok. W normalne dni robimy nadgodziny w pracy i jemy w samotności, a przed snem zamiast przytulać się do ukochanej osoby, rozsiewamy błyskotliwie uszczypliwe uwagi w mediach społecznościowych. W normalne dni nie mamy w sobie dość miłości, by pamiętać o telefonie do mamy. Nawet samych siebie nie kochamy tak bardzo, żeby zadbać o odpowiednią ilość snu i głupie pół godziny relaksu w ciągu dnia. Skąd więc pomysł, żeby nonszalancko pokazywać środkowy palec akurat temu dniu w roku, który, koniec końców, ma nam dać poczucie szczęścia?

Nie ma sensu tracić energii na szarpanie się z Walentynkami, bo wcale nie muszą być dniem mdlących lizaków z napisem "Kocham Cię", ani nawet dniem obsesyjnego sprawdzania skrzynki pocztowej. Nie powinny też stawać grubej krechy między tymi, którzy są w związku (i z tego tytułu muszą wykosztować się na weekend w cieniu Wieży Eiffela albo przynajmniej kolację z trzech dań), a singlami, którym nie pozostało nic innego, jak zabarykadować się w pustym domu, pogrążyć w smutnym letargu i jakoś dożyć do piętnastego. To, czy jest się w związku czy nie, w ogóle nie ma znaczenia.

Ważne, by spróbować podnieść trochę stężenie miłości w swoim życiu. Może to być miłość do drugiej osoby (partnera, rodzica, przyjaciela) albo miłości do samego siebie. Nie trzeba nic robić po amerykańsku. Nie trzeba wydawać ani złotówki. Można wyszeptać kilka ciepłych słów do słuchawki, iść na długi spacer we dwoje albo uszczknąć trzy kwadranse czasu dla siebie w wannie z bąbelkami. Nie ma na to jednej recepty, ale skutek zawsze powinien być ten sam: szeroko pojęte zadowolenie z życia i poczucie, że zadbało się o siebie i o innych. Jeśli ktoś czuje, że ten stan wymaga bojkotu, to zapraszam na barykady. A ja sobie w tym czasie pospaceruję po mieście, zjem lody pistacjowe i obdzwonię wszystkich, których kocham.

Więcej o: