Półmaraton: przemyślenia z każdego kilometra

Zanim zdecydujesz się przebiec 21 kilometrów, żeby zaimponować mężczyźnie, zastanów się, czy nie lepiej zamiast tego ugotować mu pyszny obiad. Na pewno będzie mniej bolało.

Tak to sobie wyobrażałam / fot. Pixabay.com CC0Tak to sobie wyobrażałam / fot. Pixabay.com CC0

Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, że przebiegnę półmaraton. Uznałam, że będzie to dobre dla ducha i ciała. I nadał utrzymuję, że fakt, iż darzyłam wtedy ciepłym uczuciem zapalonego biegacza, pozostaje bez związku.

Jak tylko podjęłam tę decyzję i zapłaciłam wpisowe, mój organizm przystąpił do sabotażu całego projektu. Najpierw dostałam zapalenia oskrzeli, a niedługo potem spadłam ze schodów (w sklepie sportowym, żeby nie było) i skręciłam sobie kostkę. Wszystko to rozłożyło mój misternie ułożony plan treningów i w dzień startu moim celem było jedynie dobiec do mety i nie umrzeć. Oto raport z tego wiekopomnego wydarzenia.

Biegnij, Kinga, biegnij /fot. Pexels.com CC0Biegnij, Kinga, biegnij /fot. Pexels.com CC0

START: Ustawiłam się w ostatnim boksie startowym dla najwolniejszych ludzi. Jesteśmy tu wszyscy - emeryci, grubasy i leniuchy. Ale nikt nam nic nie powie, bo w końcu będziemy biec półmaraton. I tak czujemy się lepsi od większej części populacji. Ruszyliśmy! Słońce świeci, tłumy wiwatują, muzyka gra. Biegnę jak na skrzydłach.

1 km: Dobra. Jeszcze tylko dwadzieścia. To jest do zrobienia.

2 km: Zrównałam się z jakąś dziewczyną. Trochę się ścigamy. Nie wiem czy ona o tym wie. Nic nie mogę wyczytać z jej twarzy.

3 km: Nie będę tracić cennych sekund na picie. To dla mięczaków.

4 km: Przebiegliśmy obok kawiarni, gdzie ludzie siedzą na zewnątrz i popijają napoje. Patrzymy na siebie z zazdrością.

5 km: Że też akurat dzisiaj się trafił ten jedyny słoneczny dzień w Londynie.

6 km: Wyprzedziłam dziewczynę , która pamiętam grała chojraka i się ustawiła w przedostatnim boksie. Mam nadzieję, że nie jestem tak czerwona jak ona.

Fot. Pixabay.com CC0Fot. Pixabay.com CC0

7 km: Trasa zawija i przez chwilę mijamy się z tymi, którzy są z przodu o parę kilometrów dalej niż my. Oczywiście wszyscy przystojni mężczyźni są tam, a nie w naszej grupie geriatryków. Staram się wciągać brzuch i oddychać przez nos.

8 km: Jeszcze dwanaście kilometrów. Staram się obliczyć, ile to procent, ale mózg odmawia współpracy w takich warunkach. Nikt nas nie goni. Dlaczego biegniemy?

9 km: Jednak będę pić wodę. To żaden wstyd. Jest bardzo dobra, nigdy takie dobrej nie piłam. Co to za marka?

10 km: Ktoś leży na ziemi a przy nim sanitariusze. Ja przynajmniej nadal biegnę, ale zaczynam się bać, że mam ukrytą wadę serca, która zaraz da o sobie znać.

11 km: Ok. Już połowa. Jest dobrze. Jestem bohaterką. Czy ktoś to kręci? Jakiś chłopak czyta moje imię na koszulce i krzyczy "Dalej, Kinga"! Tłumy szaleją.

12 km: Dawno nie było przystanku z wodą. Przy drodze dzieci rozdają żelki, więc biorę i jem, chociaż nie znoszę żelek. Dzieci cieszą się tak samo, jak wtedy gdy karmią kaczki w parku.

13 km: Zaczynam planować co zjem jak dobiegnę. Trzy hamburgery z bekonem. I dużo frytek. I kubeł coca-coli.

14 km: Przestałam myśleć o jedzeniu. Myślę o tym, żeby nie zwymiotować.

15 km: Daleka znajoma opowiadała mi, że gdy biegła półmaraton to nie chciało jej się stawać w kolejce do toalet, więc zsikała się w majtki, uznając, że i tak nikt nie zauważy. Jest to dla mnie szokująca historia i nie wyobrażam sobie, żebym mogła coś takiego zrobić. Głównie dlatego, że każdy mililitr płynu w moim ciele jest natychmiast przerabiany na pot i wydzielany porami.

16 km: Deszczu, deszczu. Ten jeden raz mi jest potrzebny deszcz, to go nie ma.

Fot. Pixabay.com CC0Fot. Pixabay.com CC0

17 km: W punkcie z wodą skończyła się woda. Jesteśmy załamani. Wszędzie walają się nadpite butelki wody wyrzucone przez tych szybszych od nas. Co za marnotrawstwo!

18 km: Podnoszę butelkę z ziemi i piję. Staram się nie myśleć, kto z niej wcześniej pił i czy przypadkiem nie leżała w psich sikach. Jest mi wszystko jedno.

19 km: Wybiegłam na olbrzymie pastwiska Parku Olimpijskiego Królowej Elżbiety. Są tu pagórki i nie widzę nikogo przede mną ani za mną. Jestem zupełnie sama. Może się zgubiłam? Może nie muszę już biec? Zwalniam coraz bardziej i zaraz chyba zacznę iść. Nagle zza pagórka wyłania się dwóch chłopaków jedzących lody. Skąd się wzięli na tym pustkowiu? Czy to fatamorgana? Krzyczą, żebym się nie poddawała, że już prawie meta. Ktoś ich tam specjalnie ustawił. Teraz muszę dalej biec.

20 km: Super. Jest super, totalnie. Biegnę dalej. Nigdy, nigdy już czegoś takiego nie róbmy, Kinga. To był strasznie głupi pomysł. Jest 11 rano w niedzielę, mogłabyś teraz smacznie spać!

21 km: Jeszcze 100 metrów. Tylko się teraz nie zrzygaj. Ludzie biegają dwa razy tyle? Po co?

META: Próbuję zrobić selfie, ale gdy widzę jak wygląda moja twarz, postanawiam na Facebooka wrzucić tylko zdjęcie medalu i stóp w butach do biegania. To powinno wystarczyć. Mężczyzna Obdarzanymi Ciepłymi Uczuciami wysyła SMS-y, szuka mnie i pyta się gdzie jestem. Chcę uciekać, ale nie mam siły.

Więcej o: