Kiedy nie warto chronić autorytetu rodzica?

Dla małego dorosły to władza absolutna - bo duży, bo silny, więc pewnie wie lepiej. Tyle że większy gabaryt nie zawsze oznacza większy rozum. Zdarza się, że dorosły jest cymbałem, który postępuje źle. Jak wtedy reagować?

Czy rodzic zawsze ma rację? (fot. Unsplash.com CC0)Czy rodzic zawsze ma rację? (fot. Unsplash.com CC0)

Medal temu, kto nie ma oporów w zwracaniu uwagi rodzicom, że postępują źle wobec własnych dzieci. W sumie oporni mają sporo racji: lepiej się zastanowić, bo to, co widzimy zawsze jest wyrwane z kontekstu. Nie mamy pojęcia, co działo się chwilę wcześniej albo co zadzieje się chwilę później. Nie znamy stylu wychowawczego tych innych rodziców. Kto wie, może zwracając się do dziecka per "debilku" - żartują i dziecko nie odbiera tego aż tak źle, bo papa mówi w podobny sposób i o mamusi, i o szefie, i o starym kumplu? Sama byłam kiedyś świadkiem, jak matka - na oko klasyczna meliniara - wrzeszczała na koleżankę, która pilnowała na podwórku jej maleństwa: "Ochujałaś?! Gdzie czapeczka? Chcesz mi, k... dziecko przeziębić?!"

Ale co, do licha, robić, gdy jesteśmy świadkami czegoś jednoznacznie niedobrego?

Miałam taką sytuację. Szłam sobie ze sklepu i patrzę, a tu sunie malec, na oko pięcioletni. Dzielnie ciągnie za sobą wózek, do którego przyczepiona jest torba z zakupami. Tata kroczy parę metrów przed nim, ręce w kieszeniach. Widać, że mały bardzo się stara, ale torba ciągle się zsuwa i wpada w błoto. Tata pruje do przodu. Chłopiec woła: tatusiu, poczekaj! - ten nawet głowy nie odwróci. Krew się we mnie zagotowała, ale nie odważyłam się interweniować. Bo mi się w głowie włączyła maszynka do racjonalizowania: że co to da, że jak się wtrącę, to mogę jeszcze zaszkodzić małemu, że jeśli facet jest chamem, to da dodatkowy popis swoich możliwości - i wyjdzie jeszcze gorzej. I tak dalej, i tak dalej. W czasie gdy ja nie mogłam się zdobyć na odwagę, do bucowatego ojca podszedł jakiś facet i mu wygarnął.

- Jak panu nie wstyd?! To dla niego za ciężkie, pan ma obowiązek mu pomóc. Coś z panem nie tak, że musi się pan wyręczać dzieciakiem? Sił brakuje? On nadawał, a typek naprawdę kurczył się w oczach. Wreszcie podszedł do dzieciaka, coś burknął i wziął od niego wózek.

O, nieznajomy obrońco uciśnionych! Oby cię spotkały w życiu same dobre rzeczy! Co nie znaczy, że natychmiast opuściły mnie wątpliwości. Czy taka jednorazowa akcja miała sens? Czy wolno było się wtrącić? W sumie nie ma pewności, czy tatuś nie odegrał się za swój wstyd, gdy już znaleźli się w domowym zaciszu. A jeśli tak, to czy się dziecku najzwyczajniej nie zaszkodziło?

Nie zawsze się wie wszystko od razu i ja się musiałam zastanowić. A jak już się zastanowiłam, to doszłam do wniosku, w takiej jak opisana sytuacji współczujący dorosły nie tylko może, ale wręcz musi interweniować. Bo dzięki temu malec dostał kilka mocnych komunikatów:

1. Ojciec postępuje źle i dziecko nie musi się czuć winne, że uważa postępowanie ojca za złe. W końcu inny dorosły też tak uważa.

2. Świat nie jest miejscem obojętnym na wołaniem krzywdzonego dziecka, zawsze może się znaleźć ktoś, kto pomoże.

3. Jeśli dziecku będzie bardzo źle, może szukać pomocy.

4. W przyszłości nie musi być taki jak ojciec, może być jak człowiek, który się za nim wstawił.

Oczywiście, nie sądzę żeby dokładnie takie myśli lęgły się w głowie pięciolatka, ale pozostaje w nim to doświadczenie i silne przeczucie dobrego.

Fot. Unsplash.com CC0)Fot. Unsplash.com CC0

A, no i jeszcze jedno. Francuski psycholog, Boris Cyrulnik, który przebadał dzieci wojny na całym świecie, doszedł do bardzo konkretnego wniosku: złe dzieciństwo nie musi ani zahamować rozwoju człowieka, ani przekreślić jego szansy na szczęście. Jednak, aby dzieciak miał szansę wygrzebać się trudnych doświadczeń, musi spotkać na swojej drodze człowieka, który okaże mu przyjaźń i otoczy opieką. Na sto dzieci, które mają za sobą ciężkie przeżycia, tylko czworo porodzi sobie o własnych siłach. Na sto dzieci, które miały ciężkie przeżycia, ale trafiły na dobrego człowieka, aż osiemdziesiąt wygrzebie się ze swoich dramatów.

To chyba wystarczający argument za tym, żeby - w razie czego - nie siedzieć cicho.

Więcej o: