Chcesz zbudować udany związek? Przestań oczekiwać, że będzie idealny

Nie mam wymagań z kosmosu, nie szukam księcia na białym koniu. Wierzę, że w miłości nie musi być perfekcyjnie, a wystarczająco dobrze. I to działa!

rys. Magda Danajrys. Magda Danaj

Należę do romantyczek o wszelkich znamiennych cechach: od chronicznego roztargnienia po umiłowanie stylu boho. Ale, chociaż mój wrodzony romantyzm ślepo wierzy w koncept „żyli długo i szczęśliwie”, to model księcia na białym koniu zgrzyta mi już niemiłosiernie. Nic nie wnerwia mnie bowiem bardziej od przekładania perfekcjonizmu na relację. „Byłoby super, gdyby nie jego wieczne barłożenie skarpet na podłodze”, „jest taki nieporadny, zarabia mniej ode mnie”, „wolę brunetów”. Zaraz pewnie spadną na mnie gromy krytycznych komentarzy, ale te przykłady nie są wyssane z palca. Nasłuchałam się ich od znajomych, które chcą zamknąć faceta w złotej klatce perfekcji.

A przecież, nie dość, że idealny facet nie istnieje, to nie istnieją nawet idealne związki. Natomiast znam trochę związków wystarczająco dobrych, by szczęśliwie przetrwać półwiecze. A czy to nie o to nam chodzi?

sytuacja win-winWażne, by się dogadać (il.Mroux)

„Szczęścia nie szukaj daleko, znajdziesz je w drugim człowieku” śpiewała Violetta Villas w przykurzonej już z lekka piosence. Nucę ją sobie, czekając aż mój chłopak łaskawie wróci z przedłużającej się próby zespołu. Kiedyś takie kilkugodzinne obsuwy doprowadzały mnie do szału, teraz - przymykam oko. Wiem, że z perspektywy co poniektórych moje nastawienie jest nie pobłażliwe, a żałosne. Mówię o kobietach-treserach, które jasno dają do zrozumienia, że półgodzinne spóźnienie czy mecz z chłopakami w niedzielę nie będą tolerowane. Jeśli chłop jest plastusiem, czyli materią podatną na takie psychiczne ugniatanie, to nawet można tak pociągnąć lata. Ale prędzej czy później, nawet najbardziej wychowanego królewicza trzepnie odkrycie, że blond kasjerka z drogerii jest o wiele milsza od własnej żony. I perfekcyjnie ułożone, wspólne lata sypną się jak domek z kart. Brrr.

Perfekcjonizm to niejedyny zabójca związków. Żyjemy w czasach efektu „wow!”, czyli wymogu ponadprzeciętnych doznań. Więcej o tym problemie mówi Esther Perel w świetnym wykładzie „Why happy couples cheat”. W tej, dość brutalnej zresztą, analizie psycholożki poruszyło mnie jedno zdanie, doskonale opisujące nie tylko problem małżeńskich zdrad, a samą koncepcję udanego związku. Perel twierdzi bowiem: „kiedyś pary rozwodziły się, bo były nieszczęśliwe. Teraz robią to, bo mogłyby być szczęśliwsze”. O niebiosa!

Tak bardzo chciałabym, by na świeczniku zamiast promocji produktu o tak krótkim terminie ważności, jakim jest zakochanie, znalazła się zwykła, codzienna miłość. Trudno bowiem się oprzeć pokusom, skoro dobry PR ma nie czułość, a namiętność, nie przyjaźń, a wieczna niewiadoma. Jestem zdania, że w wystarczająco dobrej relacji jest miejsce na wszystkie te uczucia - tylko, cholera, wymaga to trochę pracy. O wiele więcej, niż poznanie kogoś nowego.

„Ja go kocham, chociaż mnie wkurza nieraz”, mówi o miłości swego życia moja babcia. Spytałam ją o receptę na udaną relację - a, jak twierdzi, buduje ją z dziadkiem od 59 lat. Pomogła tolerancja, udany dobór charakterów, przyjaźń. A idealny związek? „Nie, Marysiu, nie istnieje. Przecież ludzie nie są idealni”. Wystarczy, że się kochają - i wtedy jest dobrze.

Więcej o: